- To szczęście mieć trenera, który wierzy w drużynę - powiedział po meczu przeciwko Villarreal Rafinha. Wtórował mu Sandro Ramírez, a do entuzjastycznego chóru dołączył po chwili Gerard Piqué. FC Barcelona Luisa Enrique jeszcze na dobre się nie narodziła, a już pozwala marzyć. Dwa miesiące i siedem meczów - tyle czasu potrzebował „Lucho”, aby przywrócić barcelonismo dumę i wiarę w to, że niemożliwe nie istnieje.
Luis Enrique konsekwentnie podąża ścieżką, na którą wkroczył w chwili rozpoczęcia trenerskiej kariery. Asturyjczyk pozostaje wierny futbolowi w swoim rozumieniu - intensywnemu, pełnemu pasji, zadziornemu, łamiącemu zastygłe schematy, zdolnemu do porwania tłumów. Można odnieść wrażenie, że Barça potrzebowała dwóch lat bezbrzeżnej tułaczki, aby wrócić do korzeni, które przyniosły Katalończykom największe sukcesy w historii i podziw piłkarskiego świata. Być może „Blaugrana” musiała upaść, zdradzić swoje ideały i tożsamość, wykonać autodestrukcyjny krok wstecz, aby narodzić się na nowo. Przez Camp Nou przetoczyło się tsunami zmian, które zmiotło z powierzchni ziemi niezbywalne dotąd postumenty, aby na piedestał wynieść czyste wartości barcelonismo - pracę, pokorę i skromność.
Skalę dokonanych korekt, które z kolei odzwierciedlają faktyczne ich zapotrzebowanie, pokazuje przypadek Xaviego Hernandéza. Najwybitniejszy piłkarz w historii hiszpańskiego futbolu u Enrique jest jedynie rezerwowym. Po raz pierwszy od 2000 roku „Creus” nie rozpoczął w wyjściowym składzie FC Barcelony dwóch pierwszych meczów Primera División. To piłkarz wielki, któremu należą się dozgonny szacunek i wdzięczność, ale od dwóch sezonów jakby „sposobi się do przejścia na drugą stronę rzeki”. Walory piłkarskie 34-latka pozostały nienaruszone, przez co Xavi ciągle jest w stanie dać „Blaugranie” sporą ilość jakości. Idzie raczej o aspekt fizyczny, który wiąże się z zaawansowanym wiekem „Generała”. Enrique chce intensywnego pressingu, agresji, ciągłej pracy w destrukcji, czego Xavi nie jest już w stanie zaoferować. Niedostatki 34-latka doskonale oddają wstępne dokonania Ivana Rakitića, który jest swoistym uosobieniem wizji futbolu „Lucho”. Chorwat nie znajduje się jeszcze w optymalnej formie, ale jego wyszkolenie techniczne, przegląd pola, a przede wszystkim praca w obronie, kryciu i odbiorze są imponujące.
Po niedzielnym meczu przeciwko Villarreal Marcelino García Toral powiedział: „Ta Barça jest bardziej intensywna niż ta z ostatnich lat. Zakładają wysoki pressing, nie pozwalając na swobodną grę”. Gerard Piqué dorzucił coś z barcelońskiego podwórka: „Grasz inaczej, kiedy wszyscy pracują nad odbiorem piłki. Dla obrońców to wygodniejsze, bo nie mamy już 4, 5 przeciwników do krycia”. To niby oczywiste, a jednak jeden z fundamentów boiskowej tożsamości „Blaugrany utknął gdzieś pomiędzy próżnym samozadowoleniem, błogim spokojem, a brakiem odwagi do podejmowania realnej oceny i niezbędnych decyzji.
Bardziej żywiołowa, wertykalna gra nie oznacza rezygnacji z posiadania piłki. Przeciwko Elche FC Barcelona miała futbolówkę przez niemal 72% czasu gry. Co ciekawe, identyczny wynik Barça zanotowała na El Madrigal. Znów potwierdziło się, że Johan Cruyff już dawno temu zdefiniował najlepszy sposób obrony. - Kiedy my mamy piłkę, nie ma jej rywal, a więc nic nam nie grozi - powiedział Holender. Przez półtora meczu (cały przeciwko Elche i pół z Villarreal) Claudio Bravo nawet nie miał sposobności wykazania się. Dopiero w drugiej odsłonie niedzielnego pojedynku „Żółta Łódź Podwodna” nieco postraszyła Chilijczyka.
FC Barcelona długo nie mogła wtłoczyć futbolówki do bramki Sergio Asenjo, ale przy 19. próbie (!) tego dnia wreszcie zdobyła gola. Co ciekawe, po raz pierwszy w historii dwóch zawodników poniżej 20. roku życia strzeliło dla „Dumy Katalonii” gole w dwóch pierwszych ligowych potyczkach. To kolejny dowód na to, że „Lucho” chce więcej Barcelony w Barcelonie. Nic dziwnego, że po meczu Rafinha, który przesunięty na pozycję kontuzjowanego Andrésa Iniesty pokazał skalę swojego nieprzeciętnego talentu, powiedział: „Enrique wierzy w wychowanków. Nie boi się stawiać na młodych piłkarzy. Jesteśmy nim zachwyceni”.
Owszem, „Blaugrana” wymaga dalszej pracy, nie wszystkie bowiem mechanizmy funkcjonują właściwie. Sergio Busquets odzyskał wczoraj 13 piłek, nie tracąc przy tym żadnej, ale jego poruszanie się po boisku pozostawiało wiele do życzenia. „Busi” gubił strefy i rywala, nierzadko był spóźniony lub źle ustawiony, co pozwalało gospodarzom na organizację groźnych kontrataków. Nie zmienia to jednak faktu, że Busquets jest dla Barçy piłkarzem nie do przecenienia, niezbędnym, w jakimś sensie definiującym jej styl. Jak bumerang jednak powraca temat gry w drugiej linii Javiera Mascherano.
Ciągnące się od dwóch lat problemy z dyspozycją „Busiego” są niczym, wobec dawno przebrzmiałej wielkości Pedro. Niby liczby ciągle bronią Kanaryjczyka, w poprzednim sezonie zanotował bowiem 19 goli i 13 asyst. Ale to nie matematyka decyduje o finalnym odczuciu, w innym przypadku na Camp Nou ciągle oglądalibyśmy Alexisa Sáncheza. Z nieco chaotycznym piłkarzem, wzrastającym pod okiem Pepa Guardioli, obecny Pedro nie ma wiele wspólnego (inna sprawa, że o wielkości Pepa świadczy m.in. to, że w jednym okresie, z tak wielu piłkarzy, potrafił wydobyć ich najlepszą wersję). Dziś 27-latek irytuje licznymi stratami, najczęściej związanymi z wdawaniem się w gorączkowe dryblingi lub brakiem umiejętności dokładnego podania bez przyjęcia. Wydaje się, że już teraz więcej może dać „Blaugranie” Munir El Haddadi, a już na pewno Neymar i Luis Suárez.
Niedzielne problemy z finalizacją akcji sprawiły, że wielu z culés ponownie sprawdziło ilość dni dzielących Urugwajczyka od powrotu na boisko. 27-latek mógłby wystąpić w niedzielę w roli finalizującego jedno z wielu dośrodkowań Daniego Alvesa. Brazylijczyk znów zaserwował „Blaugranie” niezliczoną ilość wrzutek, ale w odróżnieniu od tych z poprzedniego sezonu, na El Madrigal widzieliśmy kąśliwe, celne, silne podania. To wciąż nie jest „Diabeł Tasmański”, który rozkochał w sobie barcelonismo, ale na starcie nowej kampanii forma Alvesa wygląda obiecująco. Ciągle jednak irytujące są pozapiłkarskie maniery 31-latka. Na El Madrigal Brazylijczyk otrzymał głupią żółtą kartkę. Za zupełnie zbędne i daremne protesty.
Wściekle gestykulującego Alvesa przed nosem Carlosa Velasco Carballo uspokajał wczoraj Gerard Piqué. W swoim pierwszym meczu nowego sezonu 27-latek pokazał, że chce jak najprędzej wrócić do wysokiej dyspozycji. Deklaracje Katalończyka z presezonu nie były więc efekciarskim pustosłowiem. Nie dość, że wczoraj bez większego trudu przypomniał, że wcale nie tak dawno był najlepszym stoperem świata, to jeszcze wykazał różnicę pomiędzy piłkarzem wybitnym, a jedynie bardzo dobrym, jakim jest Jérémy Mathieu. W pierwszej połowie rywalizacji na El Madrigal Francuz wyglądał równie okazale, co w przedsezonowych sparingach i meczu z Elche. W drugiej był uosobieniem wszystkich narosłych wobec jego osoby obaw culés. „Lucho” wierzy w Mathieu, ale margines błędu jest minimalny. Być może za chwilę znów zobaczymy w akcji duet Piqué - Mascherano. Wyłączam z tych rozważań Marca Bartrę. 23-latek depcze po piętach „Geriemu”, rozwija się równomiernie i systematycznie, ale w hierarchii „Lucho” znajduje się za plecami Piqué. Na duet wspomnianych wieżowców nie ma co liczyć, bo Asturyjczyk nie chce ustawiać obok siebie piłkarzy o niemal identycznej charakterystyce. Swoją drogą, ciekawe będą wybory, jakich dokona Enrique przy obecności i pełnym zdrowiu wszystkich stoperów.
- Nasze odczucia są idealne. Chcę podziękować Luisowi Enrique za zaufanie, jakim mnie obdarzył - powiedział po meczu z „Żółtą Łodzią Podwodną” Piqué (ciekawa kooperacja z Vicente del Bosque przy okazji powołań na najbliższe mecze reprezentacji Hiszpanii). Tym samym Katalończyk dał do zrozumienia, że nie jest już pewny gry w wyjściowym składzie. Wygląda na to, że na wyzwanie „Lucho” odpowiedział w najlepszy z możliwych sposobów, podobnie zresztą jak pozostali piłkarze FC Barcelony. Do znanej już z czasów Pepa Guardioli intensywności, wymiany podań oraz duszącego pressingu „Lucho” dołożył pracę nad stałymi fragmentami gry w ofensywie, mieszane krycie przy rzutach wolnych i rożnych rywali, a także strzały z dystansu.
- Chcemy odzyskać coś, co FC Barcelona ostatnio zatraciła. Culé jest przyzwyczajony do tego, że jego klub gra piękną piłkę - zadeklarował w niedzielę „Lucho”. Obecna Barça ciągle nie odzyskała pełni swojego blasku, słania się i chwieje, ale zmierza w odpowiednim kierunku. Po okresie niewytłumaczalnej apatii „Blaugrana” znów jest głodna zwycięstw, co pozwala na nowo uwierzyć w to, że nie ma marzeń zbyt wielkich.
Mateusz Bystrzycki - dziennikarz Sport.pl i autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"
Komentarze (68)