Przy Canaletes mówią. Dokąd zmierzasz Lucho?

Mateusz Bystrzycki

26 października 2014, 20:39

262 komentarze

Dla zmęczonej wygrywaniem FC Barcelony wtargnięcie Luisa Enrique na Camp Nou miało być oczyszczającym katharsis. Pomimo porażki Barçy w dwóch najważniejszych meczach jesieni nadal może nim być, choć Lucho wymalował przy swoim projekcie pokaźnych rozmiarów znak zapytania. Trudno oprzeć się wrażeniu, że sobotni Klasyk Blaugrana przegrała w chwili ustalania wyjściowego składu.

- Spodziewałem się innego meczu, nie tak otwartego - powiedział tuż po zakończeniu rywalizacji na Santiago Bernabéu Luis Enrique. Rodzi się więc pytanie, jaki obraz sobotniego spotkania narodził się w głowie Asturyjczyka na etapie planowania strategii. Odpowiedzią niech będą taktyczne i personalne wybory Lucho.

Ustawienie na lewej stronie obrony Jérémy’ego Mathieu miało być przydatne przy stałych fragmentach gry, które Real Madryt - dzięki umiejętności walki w powietrzu Sergio Ramosa, Cristiano Ronaldo czy Pepe - uczynił jedną ze swoich głównych broni. Tymczasem gol dla gospodarzy z początku drugiej odsłony meczu jest najlepszym świadectwem efektywności powyższego zabiegu. Nie sądzę, by szkoleniowiec FC Barcelony chciał w sposób szczególny zabezpieczyć prawą flankę Los Blancos, głównie ze względu na fakt, że Carlo Ancelotti ustawił w tym sektorze schodzącego do środka Jamesa Rodrígueza. Ofensywne zapędy Daniela Carvajala mogły ujarzmić nieustanne ataki Neymara i Mathieu. Francuz miał jednak problemy ze znalezieniem wspólnego języka z Brazylijczykiem, działania w ofensywie traktując raczej jako zło konieczne. W oczy natychmiast rzucił się brak Jordiego Alby, który na dystansie dotychczas rozegranych meczów nie dał powodów do umieszczenia go wśród piłkarzy rezerwowych. Sytuacji, w których Neymar, Leo Messi czy Andrés Iniesta szukali nieistniejącego, de facto, piłkarza było przerażająco dużo. A Mathieu stał w miejscu lub plątał się w okolicach linii środkowej, kompletnie nie rozumiejąc potrzeb drużyny i wymogów pozycji, na której został wystawiony. Odniosłem wrażenie, że od czasu do czasu były piłkarz Valencii rzuca pełne wyrzutu spojrzenie w kierunki sztabu szkoleniowego. Bo tak jak Alba nie zasłużył na ugniatanie rezerwowego siedziska, tak Mathieu nie zapracował na przesunięcie na skraj wykoślawionej defensywy. Co więcej, w owym zestawieniu personalnym obrona zagrała po raz pierwszy.

Tym bardziej, że Enrique - przynajmniej w założeniu - wzmocnił defensywnie skrzydło, które wymagało tego w mniejszym stopniu. Bo to na lewej stronie Realu hasali najgroźniejsi Ronaldo i Marcelo. Nie od dziś także wiadomo, że Xavi nie jest skłonny do pomocy w destrukcji Daniemu Alvesowi (świetny w tym elemencie, grający od początku sezonu niemal „wszystko” Ivan Rakitić zasiadł na ławce), który przecież do tytanów taktycznej odpowiedzialności nie należy. Grad bramkowych okazji dla Realu, który gospodarze przywołali zaraz po stracie bramki (wszystkie nadciągały z lewej strony Los Blancos), jest dowodem na brak drużynowej pracy w destrukcji. Bo Alves zanotował w sumie aż 8 interwencji. Teoretycznie zagrał więc nieźle. Problemem był brak wsparcia ze strony pozostałych piłkarzy Dumy Katalonii.

Przy początkowej indolencji Realu w obronie oraz ewidentnym braku defensywnego pomocnika należało postąpić tak, jak Królewscy w środowym starciu z Liverpoolem. Podopieczni Ancelottiego postanowili możliwie szybko rozstrzygnąć mecz, dążąc do zdobycia kolejnych goli. Tymczasem FC Barcelona, po stworzeniu dwóch okazji do podwyższenia prowadzenia, zagmatwała się w przedziwne zmiany pozycji Iniesty i Xaviego, zadowalając się trzema dobrymi odbiorami Buquetsa. Szybko okazało się, że wybrane przez Enrique zestawienie drugiej linii było błędem. Asturyjczyk liczył na wypracowane dawno temu automatyzmy, które miały posłużyć do zdominowania środka boiska. Tymczasem na początku drugiej odsłony spotkania z całą stanowczością powróciły koszmary dawnych lat, z zagubionym, wchodzącym w niepotrzebne dryblingi Busim, apatycznym i pozorującym bieganie Xavim oraz bezproduktywnym i odciętym od podań Iniestą. Enrique wielokrotnie podkreślał, że na wysokości drugiej linii jego Barça będzie moblina, agresywna i bardziej wertykalna. Tymczasem na najważniejszy ligowy sprawdzian jesieni wystawił piłkarzy, którzy są tego zaprzeczeniem.

Wielu z culés domagało się umieszczenia w drugiej linii Javiera Mascherano. W dwóch ostatnich meczach Argentyńczyk przypomniał sobie grę na pozycji defensywnego pomocnika, a efekt był co najmniej zadowalający. Tymczasem Lucho ponownie postawił na Busquetsa, który aktualnie jest jedynie przykrym wspomnieniem najlepszego niegdyś pivota świata. Masche zanotował w sobotę 5 interwencji i aż 4 przechwyty, większość z nich w drugiej połowie, kiedy grał nieco wyżej, tuż przed trzyosobową linią obrony (Alves, Piqué, Mathieu). Zresztą, działania destrukcyjne mówią o tym meczu więcej niż swobodne pląsy ofensywne. Aż 4 piłkarzy Realu zanotowało po 3 przejęcia piłki (Luka Modrić, Pepe, Ramos i Carvajal). Ba, stoperzy Los Blancos zaliczyli łącznie aż 15 wybić futbolówki. Efektywne odzyskiwanie piłki przez gospodarzy było początkiem kontr, które na przestrzeni ostatnich dwóch lat stały się znakiem firmowym Realu Ancelottiego. Real wyprowadził w sumie aż 5 szybkich ataków, Blaugrana ani jednego. Kontry gospodarzy sunęły bocznymi sektorami boiska. Carvajal zanotował 2 kluczowe podania, Marcelo aż 4 (znów ta lewa strona, Lucho!). Dla porównania Mathieu uzbierał jedno takie zagranie, zaś Alves ani jednego. A to wszystko w drużynie, która jeszcze do niedawna czarowała świat najlepszą współpracą skrajnie ustawionych zawodników, których obiegi i wejścia we wrogie defensywy przypominały pracę sekatorów elektrycznych.

Do frontalnych natarć bocznymi sektorami boiska Duma Katalonii dokładała przewagę w środkowej strefie, gdzie królowały ruchliwość, intensywność i gra na jeden kontakt na małej przestrzeni, najczęściej w trójkątach. W sobotę FC Barcelona przeprowadziła dwie takie akcje. Ba, Xavi i Iniesta wykreowali tylko 2 sytuacje strzeleckie. Dla kontrastu, Toni Kroos i James Rodríguez uzbierali w sumie aż 6 kluczowych podań.

Powyższy wątek niech skończy smutna konstatacja. Drużyna, która jeszcze do niedawna wychodziła na Klasyki czterema obrońcami i trzema defensywnymi pomocnikami, aktualnie ogrywa Barçę bez udziału skupionego na destrukcji zawodnika drugiej linii. Co więcej, na Santiago Bernabéu to Blaugrana wykonała więcej długich podań (26 do 18), poniekąd występując przeciwko sobie. Nie wspominając o braku zadziorności, pasji, pressingu (zwłaszcza w drugiej połowie), który przecież miał być jednym z filarów nowej drużyny Lucho. Barça wyglądała na drużynę słabiej przygotowaną fizycznie, a przecież na odpoczynek po meczu Ligi Mistrzów miała aż 24 godziny więcej od Realu.

Po sobotniej klęsce Enrique zapowiedział wyciągnięcie wniosków z popełnionych błędów, ale to samo deklarował po przegranej z Paris Saint-Germain. To jasne, że sztab szkoleniowy nie odrobił paryskiej pracy domowej. Przerażająca jest ilość spójnych elementów Barçy z Paryża z tą z Madrytu i co gorsza, wersja pierwsza jest tą lepszą, jakby drużyna z Camp Nou wręcz zanotowała regres. Jego dowodem niech będzie średnia wieku wyjściowej „jedenastki” gości (29 lat i 79 dni). Sobotnia armia była bowiem najstarszą w Klasyku od 1988 roku. I jeszcze jedno - po raz pierwszy od 2008 roku FC Barcelona przegrała ligowe El Clásico różnicą więcej niż jednego gola.

Ogólne statystyki sobotniego starcia są stosunkowo wyrównane (18:16 w strzałach, 11:13 w dryblingach, 23:24 w interwencjach). O wygranej Realu zadecydowały błędy popełnione przez trenerski sztab FC Barcelony. W Madrycie culés ujrzeli Barçę pełną niedoskonałości, skłonną do autodestrukcji, zaplątaną w szamotaninę pomiędzy swoimi ideami, a chęcią dokonania tak potrzebnych przecież zmian. Jedną z nich miało być postawienie na klasycznego snajpera. Sensowność posłania w bój od pierwszych minut Suáreza oddają jego boiskowe dokonania - 3 udane dryblingi, 3 kluczowe podania, asysta i kilka doskonałych zagrań bez przyjęcia. To jeden z nielicznych pozytywów madryckich konwulsji Barcelony. Innym jest fakt, że poprzednim szkoleniowcem gości, który przegrał swój pierwszy Klasyk był Frank Rijkaard. Miało to miejsce w 2003 roku, po czym nastąpiła najlepsza era w historii FC Barcelony. Wygląda na to, że ja już wybaczyłem Enrique. A Wy? Ta drużyna zasługuje na nasze wsparcie. Zwłaszcza teraz, w chwilach bolesnej klęski i przykrego zwątpienia.

Mateusz Bystrzycki - dziennikarz Sport.pl i autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou".

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (262)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze