„Świeże, ożywcze powietrze wypełniło mu płuca, co odczuł jak pieszczotę. Ludzie rozeszli się wcześnie i kawiarniane tarasy były puste. Miasteczko wydało mu się ogromnym cmentarzyskiem, gdzie grobem było każde okno, a każdy budynek był mauzoleum jakiegoś marzenia czy nadziei. Dla tego kraju czas stał w miejscu, lecz oni, jego synowie, przemijali bez śladu”. *
Mecz z Atlético Madryt poprzedził tydzień, który w historii Barcelony zapisał się ponurymi zgłoskami. Wydawało się, że do jednego z najtrudniejszych ligowych starć bieżącego sezonu Barça przystępuje w najgorszym z możliwych momentów - z prezydentem na wylocie i trenerem pod ostrzałem, bez dyrektora sportowego i z piłkarzem-dyktatorem w szatni. Tymczasem w wyjątkowo przygnębiających okolicznościach Leo Messi i spółka przemówili w swoim stylu - na boisku, z dbałością o estetykę, podejmując wreszcie rękawicę w stylu największych twardzieli. Messi to nie tyran, Messi to mąż stanu.
Nie będę wieszczył końca kryzysu. Nadzieję na sportowo-instytucjonalny spokój Barcelony pod rządami obecnego kierownictwa klubu pogrzebałem już dawno. Ba, ich grób tak zarósł, że trudno by go było odszukać celem przeprowadzenia ekshumacji. Dlatego po nieprzespanej, pełnej ciągle palących emocji i marzeń nocy wolę zejść na ziemię i spróbować wytłumaczyć to, że na przykładzie Barçy futbol znów wyrzekł się logiki. Bo przecież przed meczem na Camp Nou wszystko - lub prawie wszystko - wskazywało na zwycięstwo Atlético. Tymczasem stało się inaczej.
Ale po kolei. Zdumienie dopadło wszystkich culés już przed meczem, bo Luis Enrique zaskoczył tym, że… nie zaskoczył. Asturyjczyk oddelegował do wyjściowego składu wszystkich najlepszych piłkarzy i po prostu ustawił ich na optymalnych pozycjach, pozwalając grać swoje. Bez zbędnego kombinowania i pokrętnej logiki, która z trenerskim wizjonerstwem nie ma nic wspólnego. W najtrudniejszym dla drużyny momencie Lucho wybrał prostotę. I wygrał, choć np. w domowej rywalizacji z PSG pożądany efekt przyniosły pokaźnych rozmiarów eksperymenty.
Nie wiadomo jednak, ile w tym zabiegu było faktycznej mocy sprawczej Enrique, ile bezpiecznego pójścia po linii najmniejszego oporu w chwili sportowo-instytucjonalnego wrzenia, a ile kompromisu między wyborami własnymi Asturyjczyka a głosem piłkarzy. Bo do tej pory trener Barçy wydawał się zaborczym, wyalienowanym, zamkniętym na zewnętrzne sugestie dogmatykiem. Sztorm, jaki w minionym tygodniu rozbujał barcelońską łajbę, nie mógł jednak pozostać bez wpływu na jego przekonania. Zwłaszcza że pośród wszystkich komentarzy, spekulacji i plotek pojawił się wyjątkowo niepokojący i uderzająco ostentacyjny głos Sergio Busquetsa. - Nie mamy wielu sposobów na grę - powiedział Busi. To dramatyczne świadectwo półrocznej pracy trenera, który niczym mantrę powtarza frazesy o dbałości o nieprzewidywalność i taktyczną elastyczność drużyny.
I po wczorajszym meczu nic w tej materii nie uległo zmianie. Bo Barça zagrała swoje. Wreszcie. Już dawno Blaugrana nie przypominała samej siebie. Owszem, gospodarze zagrali agresywnie, bardziej wertykalnie i z kontry, ale to nie oznacza, że przybrali odmienne od dobrze nam znanego boiskowe oblicze. Może po prostu Barcelonie zechciało się chcieć? Może wreszcie Alves postanowił być Alvesem, Busquets Busquetsem, a Messi Messim? A kiedy ten ostatni jest sobą, wszystko wydaje się łatwiejsze. Bo wczorajszy występ Argentyńczyka przypomniał jego najlepsze popisy, te z czasów Pepa Guardioli, kiedy wynik rywalizacji o Złotą Piłkę znany był już dawno przed rozpoczęciem oficjalnej gali. Wczoraj znów zobaczyliśmy w akcji najlepszego piłkarza w historii, choć przecież przesuniętego na prawy skrawek boiska, w miejsce, które już dawno przestało być jego ulubionym.
Kluczem do zwycięstwa z Atlético było więc właściwe przygotowanie mentalne. Trudno przesądzić, czy piłkarze Blaugrany walczyli o siebie i swoją przyszłość, przyszłość trenera, z którym ponoć jednak nie są skonfliktowani, czy przyszłość klubu. Klubu ze 115-letnią historią, który w ostatnich dniach został upokorzony, oczerniony i przeczołgany przez wszystko i wszystkich, łącznie z tymi, którzy śmią nazywać się culés (to temat na oddzielną rozprawę). Może po prostu solidnie się wkurzyli i uznali, że bez względu na okoliczności dadzą z siebie wszystko i pokażą najlepszy futbol z możliwych.
Może się okazać, że był to jednorazowy wyskok, światełko w tunelu, które za chwilę szybko zgaśnie. Może. Ale może też być początkiem nowego otwarcia, mitem założycielskim drużyny dowodzonej przez trenera, który okazał się większy niż umysły wszystkich jego krytyków. Albo drużyny, która odniesie triumfy - większe lub mniejsze - bez trenera de facto, wbrew gęstemu lasowi kłód pod nogami i powszechnemu wieszczeniu porażki. Niektórzy przecież już wczoraj żartowali, że starcie z Atlético było wyśmienitym szkoleniowym debiutem… Messiego.
Ale w moim przekonaniu armię barcelońskich mężczyzn, a nie znanych nam z przeszłości zniewieściałych uczniaków, wybrał Enrique. Enrique do spółki z niewypowiedzianymi podszeptami nieco sfrustrowanych piłkarzy, którzy podskórnie czuli, że podążanie drogą ciągłych eksperymentów, pozornych nowości i zaskoczeń szybko okaże się drogą bez powrotu. Dlatego też postanowili zareagować, w sposób zdecydowany i drastyczny, ale jednocześnie sprytny i mądry – nieobecność Messiego na poniedziałkowym treningu, niespotykane wcześniej przecieki z szatni, milcząca zgoda na przykre insynuacje. Bo Messi, Xavi, Iniesta czy Busquets to nie tylko wielcy piłkarze, ale również po prostu inteligentni faceci. Dwudziesta siódma w tym sezonie „jedenastka” okazała się więc prawdopodobnie kompromisem pomiędzy dogmatami zatwardziałego dotąd trenera, a sugestiami bystrych, doświadczonych i wygranych zawodników.
A skoro w głowach piłkarzy i w szatni zapanował przynajmniej chwilowy ład, to na boisku po prostu musiało się udać. Bo Duma Katalonii ma lepszych piłkarzy od Atlético. I nie jest to przytyk po adresem Rojiblancos, im należy się dozgonny szacunek, nawet jeśli wczoraj częściej skupiali się na kopaniu rywali, a nie piłki. Wszak twór Diego Simeone każe przywołać znane nam przysłowie - „tak krawiec kraje, jak mu materii staje”. Wszelkie braki piłkarskie madrytczycy nadrabiają charakterem oraz doskonałym przygotowaniem kondycyjno-taktycznym. Ale w niedzielny wieczór technika użytkowa, czyste umiejętności piłkarskie, polot, swoboda i fantazja były po stronie Barcelony. Być może nie był to efekt chytrego planu, nakreślonego w zaciszu gabinetów Ciutat Esportiva, choć zachowanie gospodarzy przy np. stałych fragmentach gry przeciwnika każe sądzić coś dokładnie odwrotnego. Być może po prostu wielcy piłkarze, jakimi są Don Andrés, Busquets i magiczne „tridente”, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Rozdrażnieni zaprezentowali światu najlepsze wersje samych siebie. A to wszystko w imię odrzucenia indywidualnych interesów, z troską o sprawy klubu i drużyny, ponad istniejącymi niewątpliwie podziałami i niesnaskami.
Mascherano: „Prawda jest taka, że wszystko, co zostało ostatnio powiedziane, to kłamstwa. Nic takiego się nie zdarzyło”.
Iniesta: „Te wszystkie rzeczy, o których ostatnio się mówiło, to nieprawda. To rzeczy, które ranią i mają nas zniszczyć. Najlepszym sposobem na odpowiedź jest wygrana na boisku”.
Neymar: „Nie mamy żadnego problemu z Enrique. Jesteśmy razem”.
Enrique: „Liderem jest herb, szatnia, piłkarze, Camp Nou, kibice… Najważniejsze jest bycie zjednoczonym”.
I wreszcie Messi, piłkarz-mąż stanu: „Nie planuję odejścia. Wszystko, co zostało powiedziane, to fałsz. Wszystko o konflikcie z trenerem, o Chelsea, o Manchesterze City, o warunkach, które rzekomo postawiłem klubowi”.
Przypuszczalnie zawarty pakt o nieagresji może skończyć się różnie. Na dłuższą metę jest to jednak sytuacja wręcz patologiczna, nie do zniesienia. Koniecznie do uporządkowania, prawdopodobnie po zakończeniu sezonu, z być może nowym zarządem w gabinetach i trenerem na ławce. Właściwym będzie dogłębne wyjaśnienie zaistniałej sytuacji, wyciągnięcie stosownych wniosków i przywrócenie właściwych proporcji oraz hierarchii. Bo żaden piłkarz, nawet najlepszy, nie może być ważniejszy niż klub, zwłaszcza tak wielki i dumny jak Barcelona, z tak pokaźną i imponującą historią. Bo to nie drużyna ma rządzić szatnią, a kompetentny trener i jego oddani współpracownicy. Ale zanim nastanie ład, culés powinni trwać przy tej ekipie, ufać jej i ją wspierać, pewnie bardziej piłkarzy niż trenera, którego za chwilę na Camp Nou może już nie być. I wierzyć, że wieczorów takich jak ten wczorajszy, przeżyjemy jeszcze kilka.
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.
*Juan Goytisolo, „Znaki tożsamości”
Komentarze (25)