Przy Canaletes mówią. Degrengolada, demobilizacja, degradacja

Mateusz Bystrzycki

31 lipca 2015, 14:17

67 komentarzy

W zakończonej niedawno kampanii wyborczej hasło „Barça B” prekandydaci, chętnie i z trudną do ukrycia swadą, odmieniali przez wszystkie możliwe przypadki. Żaden z nich jednak nie pokusił się o merytoryczną diagnozę oczywistego kryzysu sportowego drugiej drużyny Barcelony. Ba, to m.in. decyzje podjęte w przeszłości przez zwycięskiego ostatecznie Josepa Marię Bartomeu były jednymi z kluczowych czynników na drodze ku upadkowi niedawnej chluby Dumy Katalonii.

Przed kampanią 2007/08 podjęto decyzję o likwidacji trzeciej drużyny Barcelony. Jej najzdolniejszych piłkarzy przesunięto do drugiej ekipy Blaugrany, której ster przejął Pep Guardiola. Szkoleniowiec z Santpedor odpowiadał za selekcję, a następnie rozwój i występy w czwartej de facto klasie rozgrywkowej najlepiej rokujących zawodników z bezpośredniego zaplecza drużyny seniorów. Awans drugiej drużyny do rozgrywek Segunda B oraz promocja jej najlepszych piłkarzy do teamu, który rok później wywalczył historyczny tryplet, zapoczątkowało narosły wokół Barçy B i La Masíi bezprecedensowy etos. Jego siłę wzmocniły kolejne sukcesy Barcelony Guardioli oraz reprezentacji Hiszpanii przepełnionej katalońskimi canteranos. Ponadto na podium Złotej Piłki za 2010 rok po raz pierwszy w historii w komplecie stawili się absolwenci jednej tylko akademii. To był ostateczny i niekwestionowany triumf tożsamości, wartości i filozofii Barçy oraz jej szkółki. W międzyczasie Luis Enrique pokonał z rezerwami kolejny szczebel rozgrywek, a Guardiola - właściwie całą swoją osobą i działalnością na poziomie instytucjonalnym - wzmocnił klubowe przekaz i narrację, wizerunkowo i marketingowo doskonale wpisujące się w hasło „więcej niż klub”. To ułatwiło polaryzację piłkarskiej Hiszpanii na „tę dobrą Barcelonę” - z wychowankami, wartościami i wręcz niewinnymi Messim i Guardiolą - i „ten niedobry Real” - z celebryckim przepychem, obrzydliwą mamoną i antypatycznym Mourinho. Do Barcelony i jej bohaterów, także tych najmłodszych, wzdychał cały futbolowy świat.

Niedoskonałe perpetuum mobile

W 2010 roku stanowisko prezydenta Barçy zajął Sandro Rosell, który postanowił błyskawicznie zaznaczyć swoją obecność w klubie. Niestety rozpoczął od przesadnego gmerania przy esencji Barcelony, jaką jest (była?) La Masía. Jej dyrektorem, w miejsce Alexanko, uczynił Guillermo Amora, którego kilka lat później wskazał jako winnego sankcjom FIFA i wyrzucił na bruk Josep Maria Bartomeu. Ponadto Barcelonę II włączono w strukturę futbolu profesjonalnego, a Andoni Zubizarreta postanowił, że odchodzącego do Romy Luisa Enrique zastąpi jeden z członków legendarnego „Dream Teamu” Johana Cruyffa Eusebio Sacristán. Były członek sztabu trenerskiego Franka Rijkaarda nie okazał się szkoleniowcem wiernym ideom swoich dawnych mistrzów. Postawił raczej na futbol siłowy, prosty i niewystawny, co natychmiast zahamowało indywidualny rozwój wkraczających do seniorskiego futbolu młodzieńców. Powyższe, wraz z odejściem z Camp Nou Guardioli, spowolniło przepływ canteranos do pierwszego zespołu. Co ważne, na przestrzeni kilku lat rezerwy Blaugrany opuścili zawodnicy jakościowi i bardziej doświadczeni, jak np. Marc Valiente, Víctor Vázquez, Nolito, Jonatan Soriano, Sergi Gómez czy Javier Espinosa. W połączeniu z odejściem do innych klubów kilku dobrze rokujących (m.in. Iago Falqué, Rubéna Rochiny, Oriola Romeu, Marca Muniesy czy Antonio Sanabrii) poskutkowało to znaczącym obniżeniem średniej wieku drużyny, ale również i jej jakości sportowej. Jeszcze w sezonie 2013/14 doskonała runda rewanżowa sprawiła, że ekipa o średniej wieku nieznacznie przekraczającej 19 lat wspięła się na 3. miejsce w tabeli. W letnim okienku transferowym Jordiego Masipa, Gómeza, Denisa Suáreza, Edu Bedię, Ilie Sáncheza czy Espinosę zastąpili m.in. Alen Halilović (18 lat), Gerard Gumbau (19), Bicho (18), José Aurelio Suárez (18) czy też Robert Costa (20). Średnia wieku Barçy B spadła więc do wartości na poziomie 18,91 (dane za transfermarkt.de). Trudno oprzeć się wrażeniu, że przesadnie uwierzono w siłę taśmy produkcyjnej La Masíi. Barcelona B miała być samowystarczalnym perpetuum mobile, napędzanym jedynie przez dopływ piłkarzy własnego wyrobu, incydentalnie wspieranym posiłkami z zewnątrz. Degradacja jakości sportowej dostrzegalna była zwłaszcza w tyłach, gdzie momentami wręcz groteskowe występy notowali Edgar Ié, Macky Bagnack, Diawandou Diagné, Robert Costa czy - nie ukrywam, mój „ulubieniec” - Patric (szczęśliwie jest już piłkarzem Lazio).

Spadek to nie tragedia

Zbiorowisko niedoświadczonych piłkarzy, w części opromienionych zwycięstwem w barwach Juvenilu A w młodzieżowej Lidze Mistrzów, potrzebowało szczególnej opieki i odpowiedniego prowadzenia. Już jesienią barcelonismo otrzymało niepokojące sygnały o postępującej erozji talentów rezerw Blaugrany. Żarty skończyły się we wrześniu, kiedy po trzech kolejnych zwycięstwach ekipa z Mini Estadi zanotowała serię raptem dwóch wygranych na dystansie aż 17 meczów! Szczególnie dotkliwa była porażka z Realem Valladolid aż 0:7. Eusebio bił na alarm, jako winnych kryzysu wskazując… swoich piłkarzy. - Część z naszych zawodników myślami jest już w pierwszym zespole. Bardziej dbają o swoje interesy niż o interes drużyny. Muszą skupić się na pracy w rezerwach, dopiero później będą mogli marzyć o grze u boku Messiego czy Neymara - mówił w styczniu szkoleniowiec z La Seca. Jego rozpaczliwe wołania przyniosły odwrotny od zamierzonego skutek. Niedoświadczona drużyna, nieustannie targana chaotycznymi zmianami personalnymi (np. w bramce czy na lewej obronie) i taktycznymi, sprawiała wrażenie zagubionej, rozdartej i pozbawionej pewności siebie. Dopiero w lutym, po przegranej z Realem Saragossa 0:4, szukający stabilizacji po styczniowym trzęsieniu ziemi sekretariat techniczny postanowił zwolnić Eusebio. Zarządzający La Masíą Jordi Roura doradzał Bartomeu zatrudnienie doskonale radzącego sobie z Juvenilem B Garcíi Pimienty. Bartu postawił jednak na Jordiego Vinyalsa, z pewnością kierując się świeżym wspomnieniem triumfu jego drużyny w młodzieżowej Lidze Mistrzów, nie zaś ówcześnie osiąganymi rezultatami, które pozostawiały sporo do życzenia. Co ciekawe sternik katalońskiego klubu bagatelizował dochodzące zza wypłowiałych murów Mini Estadi sygnały. - Barça B jest drużyną do formowania zawodników. Nam nie chodzi o sukcesy i wyniki. Spadek nie będzie tragedią. Wielu z aktualnych piłkarzy pierwszej drużyny awansowało do niej z trzeciej ligi - mówił w marcowym wywiadzie dla Canal+ Bartomeu. Wcześniej podobne słowa wypowiadał… zwolniony w styczniu Zubizarreta.

I tak zniechęceni i pogrążeni w sportowym kryzysie młodzi zawodnicy Barcelony B otrzymali od klubowych włodarzy demobilizujący przekaz. Z jednej strony piłkarze niby ciągle wierzyli w możliwość pozostania na drugoligowym froncie, o czym świadczyły m.in. zamieszczane przez nich na portalach społecznościowych komunikaty, z drugiej zaś ich przełożeni wtłaczali im do głów, że przecież degradacja do Segunda B nie będzie oznaczała końca świata.

 Ciosy również od swoich

Początkowo Vinyals wspierał swoich nieopierzonych podopiecznych w ich „don kichotowskiej” walce z widmem spadku. Jednak wraz z kolejnymi porażkami jego wystąpienia na konferencjach prasowych niebezpiecznie zbliżały się do tyrad Eusebio. 51-letni Katalończyk wskazywał na „brak dyscypliny poza boiskiem” oraz „mniejsze zaangażowanie i skupienie na pracy niektórych piłkarzy”. Niedoświadczony narybek Barçy B otrzymywał więc ciosy nie tylko od swoich ligowych rywali, ale również od tych, którzy przynajmniej w wystąpieniach publicznych powinni ich bezwzględnie bronić i wspierać. Jednocześnie z samej góry uzyskiwali regularnie odklepywaną mantrę - w rezerwach kształcimy i wychowujemy, a nie wygrywamy; spadek to nie dramat; nic się nie dzieje. Vinyals, czego w sumie należało się spodziewać, nie tchnął w drużynę nowego ducha. Ba, chwilowo odsunął od niej Sergiego Sampera, najzdolniejszego na zapleczu pierwszej drużyny, lidera zespołu i jednego z kapitanów, poniekąd wskazując palcem tego najbardziej winnego. Można tylko przypuszczać, jak ponure, smętne myśli przetoczyły się przez głowę 20-latka. Vinyalsowi nie po drodze było również z Adamą Traoré i Haliloviciem. Na minuty i występy w podstawowym składzie mogli za to liczyć dużo mniej uzdolnieni Gumbau, Juan Cámara, Pol Calvet, David Babunski czy Jean Marie Dongou. To nie mogło skończyć się inaczej - ostatnie miejsce w tabeli, raptem 9 zwycięstw, 24 porażki, 83 stracone bramki i 36 punktów, aż 5 straty do ostatniego bezpiecznego miejsca. Spadek z głośnym hukiem.

Odtrutką na regres i olbrzymiego kaca Barçy B miało być zatrudnienie w roli szkoleniowca Garcíi Pimienty, który przez kilka ostatnich tygodni sezonu 2014/15 pracował z Juvenilem A. Wspierany przez Rourę 40-latek zaplanował kadrę na nową kampanię, opracował system przygotowań oraz dobrał odpowiednich dla katalońskich rezerw sparingpartnerów. Okazało się jednak, że Bartomeu wycofał się ze złożonej wcześniej obietnicy i postanowił, że w przypadku zwycięstwa w lipcowych wyborach prezydenckich nowym coachem drugiej drużyny Blaugrany będzie Gerard López (czyli coś na kształt wolty Rosella wobec Óscara Garcíi z 2010 roku). W ferworze kampanijnej walki Bartu pokusił się nawet o określenie przyczyn regresu Barçy B: „o niektórych graczach zrobiło się zbyt głośno. Musimy wrócić do dyskrecji. Zbyt wiele mówi się o La Masíi. (…) Niektórzy piłkarze zbyt często trenują z pierwszą drużyną. Być może należałoby również ograniczyć liczbę ich występów w meczach Pucharu Króla”. Tym samym 52-latek ostatecznie (bo nie pierwszy raz) dowiódł, że nie powinien wypowiadać się na temat szkolenia młodzieży i futbolu formacyjnego, o podejmowaniu wiążących i strategicznych orzeczeń nie wspominając. Najpierw przyłożył rękę do zmian wprowadzanych przez Rosella, Zubizarretę i Amora, następnie niemal maniakalnie powtarzał, że Barcelona B powinna kształcić, a ewentualna degradacja nie jest czymś szczególnie przygnębiającym, po czym dwukrotnie zlekceważył stanowisko teoretycznie bardziej kompetentnego i decyzyjnego Roury, aby na końcu winę za degradację Barçy B przypisać szlachetnym wartościom klubu, promowanemu przezeń etosowi La Masíi i kruchej psychice zdolnych małolatów (w wielu przypadkach kuszonych wysokimi pensjami przez zagraniczne kluby, głównie te z Anglii). Co więcej postawiona przez Bartomeu w rozmowie z Mundo Deportivo teza jest zupełnie nietrafiona - otóż najlepiej rokujący canteranos powinni jak najczęściej uczestniczyć w treningach pierwszej drużyny. Nie zawsze i nie całą ławą, bo to mogłoby zaburzyć rytm pracy i obniżyć jakość zajęć seniorów. Ponadto możliwość uczestniczenia w sesjach pierwszej drużyny musi być nagrodą za dobre występy na boisku oraz właściwe zachowanie poza nim. Podobne kryteria powinny rządzić procesem powoływania młodocianych canteranos na mecze Pucharu Króla. Zwłaszcza we wstępnej fazie rozgrywek uczestnictwo utalentowanych adeptów z La Masíi powinno być jak największe. Bo niby kiedy mają zbierać ostateczne szlify? Gdzie mają uczyć się futbolu na najwyższym poziomie? Gdzie powinni oswajać się z presją związaną z występami w pierwszej drużynie? I wreszcie co ma być finalną weryfikacją ich umiejętności i przydatności w zespole, jak nie mecze w barwach tej najważniejszej Barçy?

53 mln euro za wychowanków

Jeszcze do niedawna wierzyłem, że zakaz transferowy wlepiony Barcelonie przez FIFA może mieć pozytywne aspekty. Liczyłem, że odblokuje on nieco zatęchły i zastały przepływ wychowanków do pierwszej drużyny. Bo w poczekalni do seniorów tłamsi się zbyt wielu utalentowanych młokosów. Jak się jednak okazało, naiwnie sądziłem, że Blaugrana ponownie zbliży się do wartości promowanych m.in. przez Oriola Torta, Laureano Ruiza, Cruyffa czy też Guardiolę. Tak się nie stanie, głównie dlatego, że Barça kieruje się dziś filozofią, która w 2003 roku doprowadziła do odejścia z Les Corts Cesca Fàbregasa, a rok później także Gerarda Piqué. Ich ponowne sprowadzenie na Camp Nou, wraz z odzyskaniem Jordiego Alby, kosztowało Dumę Katalonii 53 mln euro. Powrót do polityki kadrowej sprzed ponad 10 lat, sugerowana przez nowego dyrektora sportowego klubu Roberta Fernándeza strategia polegająca na sprzedawaniu młodych piłkarzy z opcją odkupienia zamiast wysyłania ich na wypożyczenie oraz wyraźna niechęć Lucho do wychowanków i zdolnych szczeniaków sprawiły, że m.in. Álex Grimaldo, Halilović, Samper czy Adama planują swoją najbliższą przyszłość z dala od Camp Nou. Z korzyścią dla rywali i szkodą dla unikalnej i niestety przebrzmiałej już tożsamości klubu, La Masíi i Barçy B. Być może za chwilę Barcelonę od Realu Madryt odróżniała będzie tylko historia.

Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (67)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze