Jutro na Vicente Calderón FC Barcelona będzie musiała zmierzyć się nie tylko z drużyną Simeone, ale również z Mateu Lahozem i jego sposobem prowadzenia zawodów.
Statystyki meczów Barçy prowadzonych przez urodzonego w Walencji sędziego nie wyglądają źle. W siedemnastu spotkaniach piłkarze ze stolicy Katalonii wygrali trzynaście razy i cztery razy zremisowali. Mówimy oczywiście o podstawowym czasie gry, bo nie można zapomnieć o bolesnej porażce po dogrywce w finale Puchar Króla w 2014 roku.
W przypadku Lahoza chodzi jednak o coś innego niż suche liczby. Od początku swojej kariery w Primera División sędzia wyraźnie skłaniał się ku "angielskiemu" stylowi prowadzenia meczów. Pozwalał na ostrą grę i mnóstwo rozmów z piłkarzami, co w środowisku hiszpańskim zostało odebrane bardzo dobrze po wielu latach zbyt szybko pokazywanych kartek i praktycznie zerowej możliwości dialogu na linii arbiter-piłkarz.
Wkrótce stało się jednak jasne, że styl prowadzenia zawodów okazał się być zaproszeniem dla wielu graczy i trenerów do wyszarpywania swoich racji. Piłkarze Barçy nie byli tutaj wyjątkiem, ale z biegiem czasu trenerzy drużyny czuli się skrzywdzeni przez Lahoza. Tak było w przypadku Tito Vilanovy, Gerardo Martino i Luisa Enrique.
Tito uważał, że Mateu nie reaguje na ewidentne faule przeciwników, przez co wyprowadza piłkarzy Barcelony z równowagi. Gerardo Martino z kolei opuścił klub bez zdobycia mistrzostwa Hiszpanii. Powodem był brak prawidłowego funkcjonowania drużyny w trakcie całego sezonu, ale nie zapominajmy, że w decydującym o losach tytułu spotkaniu Lahoz nie uznał
Komentarze (59)