Javier Mascherano jest zmuszony coś wyznać: Nicklas Bendtner zmienił jego życie. Był marzec 2011 roku, pierwszy sezon Argentyńczyka na Camp Nou i on sam obawiał się, że może być też jego ostatnim. Barcelona prowadziła 4:3 w dwumeczu z Arsenalem w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Ta sama faza turnieju i ten sam przeciwnik, z którym Katalończycy zmierzą się we wtorek. Zegar pokazywał 90. minutę i Barça była już jedną nogą w ćwierćfinale. Wtem, zupełnie niespodziewanie, znaleźli się w samym centrum horroru, gdy awans mógł nagle wymknąć im się z rąk.
Arsenal nie zaliczył wcześniej nawet jednego celnego strzału, gdy wtem Jack Wilshere jednym podaniem wypuścił Bendtnera sam na sam z Víctorem Valdésem. Bramka – i awans powędrowałby do Arsenalu; Barcelona wypadłaby poza burtę Ligi Mistrzów. Bendtner dotknął piłkę, nieco ją wypuścił i nagle jakaś postać wyłuskała mu ją spod nóg.
target="_blank">Mascherano zaliczył wślizg, Arsenal wrócił do domu, a Barcelona sięgnęła po Puchar Europy. To wydarzenie położyło podwaliny pod karierę Javiera w Katalonii. Gdyby Bendtner trafił, jego przygoda na Camp Nou mogłaby się tam właśnie zakończyć. I on sam o tym wie.
− Ten wślizg rozdzielił czas na przed i po.
Mascherano pochyla się do przodu na krześle w barcelońskim centrum treningowym Sant Joan Despí.
− Szczerze mówiąc − przyznaje − po tych pięciu, sześciu miesiącach sądziłem, że to mało możliwe, bym zagrzał tu dłużej miejsce. Moja charakterystyka gry wydawała się przeczyć wszystkiemu, na co Barcelona stawiała. Ten moment zbudował moją karierę. Gdyby Bendtner dobrze opanował piłkę, pobiegł w inną stronę... ufff!... Nie mam pojęcia, co mogłoby się wtedy wydarzyć. Ale stało się tak, jak się stało, i skończyliśmy, zdobywając Ligę Mistrzów. Wszystko ułożyło się dobrze.
Dobrze? Mascherano sięgnął z Barceloną po trzynaście trofeów, w tym trzy razy po mistrzostwo Hiszpanii, dwukrotnie Ligę Mistrzów i również dwukrotnie klubowe mistrzostwo świata. Był niekwestionowanym graczem wyjściowego składu przez pięć lat sukcesów, rozegrał 265 meczów – jako środkowy obrońca. Nieważne, że zagrał w środku pola w finale mistrzostw świata w 2014, że wielu okrzyknęło go graczem turnieju, że Roy Hodgeson głosował na niego w tym roku jako na kandydata do Złotej Piłki; nieważne, że Barcelona zapłaciła za niego 22 miliony euro, gdy był już pomocnikiem z wyrobioną renomą, a nie anonimowym dzieciakiem. W końcu skoro Mascherano mówi nam, jak było, tak właśnie musiało tak być.
− Nigdy nie chciałem się poddać. Jasne, myślałem sobie: skoro nie gram w West Hamie, jak mógłbym grać teraz w Liverpoolu, gdzie mają już Gerrarda i Xabiego Alonso? Ale potraktowałem to jako wyzwanie i tak samo było, gdy przeszedłem do Barcelony. Jednak było mi wtedy ciężko, wiedziałem, że nie mógłbym zająć miejsca Sergio Busquetsa. Niemożliwe, po prostu niemożliwe. Spróbuj wyobrazić sobie innego gracza, gdziekolwiek, który zrobiłby tyle, co Busquets dla tej drużyny... Nie ma kogoś takiego. Trudno było mi sobie wyobrazić, że zostanę tu na dłużej.
Jednak tej nocy coś się zmieniło. W szczególności zmieniła się pozycja Mascherano. Skoro nie mógł zająć miejsca Sergio Busquetsa, musiał zająć je gdzie indziej. Nigdy nie wyobrażał sobie siebie jako obrońcy.
− Nie, nie, nie, nie miałem o tym zielonego pojęcia.
Jednak zmiana pozycji zmieniła wszystko.
− W tamtym meczu grałem w pomocy, to Busquets został cofnięty na środek obrony − wspomina. − Ale od tego momentu zacząłem grać jako stoper: ten wślizg odmienił wszystko. Odnalazłem moją pozycję i spędziłem tyle lat, starając się utrzymać moje miejsce i poziom. Jak długo? Nie wiem, ponieważ Barcelona wymaga wiele i ma możliwość zakontraktowania kogokolwiek zechce.
Poszukiwanie stopera stało się kontinuum, jednak gra Mascherano na tej pozycji również. Przyjął tę zmianę. Nie poszukiwał sposobu uwolnienia się od niej, raczej podejrzewał, że to klub – wbrew jego woli – go od niej uwolni.
– Po tym wszystkim, gdzie miałbym pójść? Było warto, bo gram dla jednej z najlepszych drużyn na świecie, mam szansę sięgnięcia po tytuły. Postrzegam futbol jako sport drużynowy, nie indywidualny.
– Lubię mówić o piłce nożnej – dodaje.
Dla przeprowadzającego wywiad to idealne wprowadzenie. Zresztą szybko staje się to widoczne. Jest elokwentny, inteligentny, analityczny i przekonujący. Lubi mówić o futbolu, to fakt, jednak, co równie ważne, lubi o nim słuchać. W tym, co mówi, jest głębia, jest też otwartość i lekcje, które on sam otrzymał, a teraz może je nam przekazać. Łatwo dostrzec, jak zaadaptował się w sytuacjach, w których inni nie byliby do tego zdolni. Łatwo dostrzec obie cechy: pokorę, która pomogła mu się zintegrować, i umiejętności przywódcze, dzięki którym zasłużył sobie na przydomek Jefecito, Szefuńcio. To powody, dla których koledzy z drużyny widzą go w roli przyszłego trenera.
Prześledźmy to szybko, czy faktycznie jest materiałem na szkoleniowca?
– Bawić się w trenera jest bardzo prosto, ale faktycznie nim być to zupełnie inna sprawa. Kiedy znajdziesz się na pozycji szkoleniowca, dopiero wtedy możesz dostrzec, jak bardzo to wszystko jest złożone. Ale chciałbym spróbować. Jeśli masz zamiar coś zrobić, to powinieneś się do tego właściwie przygotować i ja się przygotuję. Wtedy zobaczę, czy mogę wykonać kolejny krok.
Ale gdzie? W jakimś małym klubie?
– Ja? Zacznę w Argentynie, to pewne.
A potem Europa?
– Cóż... tego nie wiem. Nie wiem, czy będę miał to, co jest potrzebne, by trenować w Europie.
Nie wiedział też, czy ma to, co jest potrzebne, by tu grać, a jednak miał. Mascherano wspomina o powtórnym nauczeniu się futbolu. O zupełnym kontraście pomiędzy jego cechami a charakterystyką Barcelony. O konieczności stania się innym typem zawodnika, wyłamania z destruktywnej roli, jaką zawsze pełnił, by budować akcje w klubie, który opiera się na ataku. Wspomina o dryblingu Andrésa Iniesty na skraju pola karnego i o tym, że on sam się zastanawiał: „jak to możliwe, że on robi to z takim spokojem?”. I o tym, co myślał, gdy na to patrzył: „niezależnie od tego, co zrobię, nigdy nie będzie to wystarczające”. Potrzeba dramatycznej poprawy techniki, by zasypać przepaść, która pod tym względem dzieliła go od reszty drużyny, stała się „zbyt widoczna”.
A jednak się zaadaptował. Gdzie indziej zmiana pozycji mogłaby nie rozwiązać tych problemów, wręcz przeciwnie – posłać go na dno. Ale w Barcelonie się udało. Te same cechy, które sprawiały, że gra w środku pola była dla niego trudniejsza, ułatwiły i upłynniły przejście do obrony.
– Być stoperem w Barcelonie to co innego niż grać na tej pozycji w innej drużynie. Obszar, który zajmujesz, jest bardzo zbliżony do tego, w którym grasz jako pomocnik. Często, gdy stosowaliśmy pressing, ja i Busquets graliśmy praktycznie w jednej linii. Gdyby kazać mi przez cały czas bronić w moim nominalnym obszarze, z pewnością bym cierpiał ze względu na moje warunki fizyczne. Ale nie graliśmy w ten sposób. Największą zmianą było to, że otrzymywałem piłkę, mając boisko przed sobą, a nie tyłem do gry.
Swego czasu Mascherano twierdził, że mecz to 90 minut cierpienia, zwłaszcza jeśli jesteś obrońcą. Teraz jednak jest w stanie powiedzieć „cieszę się tym”. Czy czas sprawił, że odeszła w niepamięć idea Mascherano-przestawionego-stopera? Nie do końca. Zapytany, czy nie irytuje go to, że jest traktowany jako człowiek grający poza swoją pozycją, jako potencjalne słabe ogniwo, w swoim szóstym sezonie, trzynaście trofeów później, Mascherano odpowiada:
– nie, ponieważ sam wciąż postrzegam siebie jako pomocnika.
Wciąż?
– Wciąż. Spójrz, pewnego dnia nie będę już grać w Barcelonie. Odejdę gdzieś indziej i jestem przekonany, że będę tam grać jako środkowy pomocnik. To coś, do czego będę dążyć, ponieważ to pozycja, którą lubię. Okoliczności tego wymagały, a ja pragnąłem nadal grać tutaj, więc przystosowałem się. Lubię rolę stopera, jednak pomoc to pozycja, którą wybrałem, by prowadzić moją karierę.
Więc gdzie dalej potoczy się ta kariera? Co jeśli, na przykład, wezwie go Pep Guardiola?
– Pep mnie nie wezwie – śmieje się. – Nie wezwie. Nie, nie, nie.
Mimo to powrót do Premier League jest możliwy. Nie ulega wątpliwości, że dobrze się tam czuł. Przede wszystkim czule wspomina Anfield, nawet karmienie kaczek w Sefton Park. Jakkolwiek świetna była linia pomocy Barcelony – tak świetna, że on sam nie był w stanie się do niej przedrzeć – waha się, gdy zapytać go, czy trio Busquets-Iniesta-Xavi było lepsze niż Mascherano-Gerrard-Alonso.
– To były dobre czasy i graliśmy niezły kawał piłki – uśmiecha się. – Kibice wciąż mi o tym przypominają.
Jednak związek z Liverpoolem nie determinuje jego przyszłości.
– Moje uczucie względem Liverpoolu nie oznacza, że jestem do niego przykuty. Żywię względem tego klubu ciepłe uczucia, zawsze będę je żywić, ale jeśli w przyszłości inna ekipa z Premier League da mi szansę, to nie powiem „nie, gram tylko dla jednej drużyny”. Jesteśmy zawodowcami, to nasze życie. Cokolwiek się stanie, moje uczucia względem Liverpoolu nie ulegną zmianie.
– Liverpool był jedną z najlepszych drużyn, dla jakich grałem, jednak klub borykał się z problemami. Nigdy nie spotkałem jego właścicieli. Liverpool to wspaniały klub, by się nim cieszyć, by być tam, mieszkać. Nie ma sensu prowadzić go, mieszkając 20 tysięcy kilometrów od tego miasta. Klub należy do ludzi stamtąd i jeśli nigdy cię tam nie było, nie zrozumiesz tego. To wielka szkoda. Zawsze miałem wrażenie, że klub próbował zrobić krok naprzód, ale nie był w stanie. Teraz, z Kloppem u steru, mogą tego spróbować. To dobry trener dla Liverpoolu, skupiony na ludziach. Nigdzie nie traktowano mnie tak dobrze jak tam. To smutne, że musiałem odejść w taki sposób.
W takim razie dlaczego odszedł?
– To, co się stało, musiało się stać. Obiecano mi, że jeśli pojawi się dobra oferta, to puszczą mnie, ponieważ klub przechodził proces rozpadu. Ale okazało się, że klub nie zawsze mówił mi prawdę; a potem to piłkarz jest tym, kogo wizerunek ulega zniszczeniu. Tak samo było w przypadku Fernando [Torresa], jednak sprawy były jasne: nigdy nie kłamałem. Kiedy Rafa [Benítez] odszedł, wiedzieli, że i ja opuszczę klub. Czułem, że projekt się rozpada. Rafa odszedł, nikt nie wyznaczał nam kierunku, w którym powinniśmy iść – przerywa na moment. - A oferta przyszła z Barcelony.
Trzynaście trofeów, tryplet w poprzednim sezonie, może kolejny w tym? Miejsce w finale Pucharu Króla, sześciopunktowe prowadzenie w lidze, a teraz Arsenal w ostatniej szesnastce Ligi Mistrzów, wspomnienie z dnia, który zmienił dla niego wszystko; wspomnienie frustracji Arsenalu – przeszkoda znana z własnego podwórka, na której zawsze się rozbijali. Nie zawsze, przerywa Mascherano, stając w obronie Arsène'a Wengera.
– Wciąż mierzy się z takimi przeszkodami.
Jest też pierwszy, by stanąć w obronie Alexisa Sáncheza, jednego z wielu wspaniałych piłkarzy, którzy – być może – nie byli do końca sobą w Barcelonie. Niezdolny do przystosowania się, tak jak zrobił to Mascherano, swoją stałą i najlepszą formę odnalazł dopiero w ostatnim sezonie. Jednak Argentyńczyk w jego dotknięciu piłki widzi rys Luisa Suáreza.
– Tak, całkowicie. Alexis to walczak, który nigdy nie odpuszcza walki o piłkę. Pomijając to, jak dobrze grał, zawsze dawał z siebie wszystko. To fundamentalne: odgrywał dla nas ogromną rolę, wręcz niezwykłą. Jego agresja i nastawienie były po prostu zaraźliwe. Przekazywał to wszystkim. Myślę, że kluczowe było to, że był bardzo zaangażowany. Może potrzebował wyzwania gdzie indziej; jestem w stanie to zrozumieć. Ale dał nam bardzo wiele.
– Arsenal zawsze był konkurencyjny, walczył o najwyższe cele, cały czas. Nawet wtedy, gdy co roku tracił ważnych zawodników i musiał odbudować skład. Na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów znacząco podniósł swój poziom – kontynuuje Mascherano. – Mesut Özil jest decydujący: można zauważyć, że coraz więcej i więcej kręci się wokół niego. No i ich linia pomocy, gdzie każdy jest na swoim miejscu, każdy ma ogromne umiejętności: Coquelin, Cazorla, Ramsey, to piłkarze, na których trzeba bardzo uważać. Będzie z nimi trudno: chcą grać piłką i chcą atakować. Nie będą tego zmieniać dlatego, że zagrają z Barceloną. Zaatakują nas i sądzę, że trzeba to docenić.
Dla Arsenalu też jednak istnieje promyk nadziei. Barcelona podróżowała do Japonii na Klubowe Mistrzostwa Świata, które wygrała 20 grudnia. Od tego czasu rozegrała szesnaście spotkań.
– Nie mieliśmy nawet trzech dni wolnego przez ten czas. To nie wymówka; to coś, co musimy robić, ale nie jesteśmy maszynami. Może brakować nam świeżości w grze. To nie musi być koniecznie zmęczenie fizyczne, często jest to zmęczenie mentalne, które prowokuje złe decyzje; podanie, które powinieneś posłać w jedną stronę, zagrywasz w inną i to ma swoje konsekwencje. To niełatwe... – śmieje się. – No dobra, może dla Messiego to łatwe... Ale nie dla nas, normalnych piłkarzy.
Problemem Arsenalu jest teraz fakt, że jakkolwiek Barcelona w ostatnim czasie mogła niekiedy wyglądać na nie najmocniejszą w obronie, to trudne mecze przeplata z występami, które wręcz przeszywają mózg swoim geniuszem. Mascherano podkreśla, że to chęć rywalizacji utrzymuje ich na zwycięskiej ścieżce: mają za sobą 31 spotkań bez porażki. Tryplet nie stępił ich apetytu. Trener Atlético Madryt Diego Simeone przyznaje: nawet ofensywne trio Barçy nie ma przerośniętego ego, a to coś, co niezwykle rzadko się spotyka.
– Nie, to nie jest normalne i dlatego ta drużyna jest wyjątkowa – Mascherano przyznaje rację Cholo. – Po tylu zwycięstwach ta ekipa nadal próbuje karmić się wygranymi. Jest nas dwudziestu pięciu i nie myślimy wszyscy w taki sam sposób, mamy różne charaktery, ale kiedy idziemy wspólną ścieżką, wszystko jest prostsze. To nie dotyczy tylko tridente. Gracze tacy jak Busquets, Iniesta, Piqué, którzy wygrali wszystko, co było do wygrania, wciąż mają to pragnienie. Wychowankowie, którzy przekazują nam tożsamość klubu.
Jak Jamie Carragher i Gerrard w Liverpoolu?
– Tak. I pierwszą rzeczą, jaką robiłeś, gdy co dzień przychodziłeś do klubu, było szukanie ich wzrokiem, czy już są. Jednak tam było ich tylko dwóch. Tu takich graczy jest pięciu, sześciu, siedmiu, ośmiu. Nawet najmniejsza pochwała może cię osłabić, sprawić, że zbytnio się odprężysz. Zamiast pochwał wyobrażaj sobie rzeczywistość: medale leżące na stole. To oni wyznaczyli nam drogę, którą reszta podążyła; przekazali nam kulturę tego klubu.
– Sekretem nie jest to, by ci z wewnątrz przystosowali się do nowych piłkarzy; sekret leży w tym, by zawodnicy, którzy przybywają do klubu, dostosowali się do niego.
Komentarze (42)