Fanfiction: Salid y disfrutad

Sylwia Ruła

31 marca 2016, 16:54

16 komentarzy

Po długich miesiącach oczekiwań, wielkimi krokami zbliża się kolejne spotkanie czwartego rodzaju rozgrywek naszych ulubieńców. Rozgrywek, co prawda będących jedynie częścią ligi hiszpańskiej, jednak jak inaczej nazwać Świętą Wojnę pomiędzy Realem Madryt a FC Barceloną? Rywalizację o historii niemal tak długiej i bogatej jak dzieje samego futbolu.

Trudno obecnie znaleźć jest mecz wywołujący tak skrajne emocje. Dla jednych jest to absolutna świętość, moment, na który czeka się przez pół sezonu. Powód do niekończących się dyskusji, wzajemnych obelg, a nawet, co niestety również się zdarzało, pretekst do zabójstwa. Inni z kolei twierdzą, że El Clásico stało się współcześnie przerostem formy nad treścią, stojącym co prawda na najwyższym poziomie sportowym, lecz będącym dość poślednim spektaklem pod względem stadionowych emocji. Faktycznie, trudno upatrywać podczas tych spotkań emocji towarzyszących Superderbom Buenos Aires, szkockim Old Firm Derby czy chociażby starciom Sevilli z Betisem. Europejski Klasyk jest za to bez wątpienia meczem najbardziej medialnym, chociaż stracił on ostatnimi czasy swój specyficzny „smaczek”. Kontekst kastylijsko-kataloński jest współcześnie zaledwie historyczną anegdotą, a by doszukać się meczów, w których zawodnicy obydwu drużyn faktycznie „szli na noże”, trzeba cofnąć się do czasów José Mourinho i Pepa Guardioli.

Także przy najbliższym spotkaniu próżno doszukiwać się emocji nie z tej ziemi. Obydwa zespoły dzieli w tabeli różnica aż 10 punktów i zdają się być one na zupełnie innym etapie rozwoju. Barcelona pewnie kroczy po kolejne trofea, notując 39. mecz bez porażki z rzędu, mając zapewnione miejsce w finale Copa del Rey i komfortowe prowadzenie nad drugim w tabeli Atlético. Tymczasem Real wciąż potyka się o własne nogi w pogoni za dawną wielkością. 13 trenerów w ciągu 13 lat i zaledwie 11 pucharów od czasu odejścia Vicente del Bosque to zdecydowanie mało satysfakcjonujący wynik, zwłaszcza biorąc pod uwagę osiągnięcia odwiecznych rywali i ambicje samych madridistas. Faworyt spotkania jest jeden. Bukmacherzy, sportowi eksperci oraz sami kibice typują zdecydowane zwycięstwo Barcelony, jednak nie oznacza to, że możemy od razu dopisać 3 punkty na konto Katalończyków i bez wyrzutów sumienia przełączyć program na „Łowców aligatorów”.

Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało, derby są nieprzewidywalne. Rządzą się swoimi prawami, są jak pudełko czekoladek, zaskakują jak zima drogowców, a ich przebieg jest bardziej niespodziewany niż pojawienie się hiszpańskiej inkwizycji. Można by powymyślać jeszcze wiele tego typu prównań, ale po co to komu? Jak wyglądają Gran Derbi, każdy widzi, dlatego też lubię określać to spotkanie jako czwarty rodzaj rozgrywek, niemający kompletnie nic wspólnego z rozstrzygnięciami na pozostałych frontach. Nie inaczej będzie zapewne w sobotni wieczór. Pomimo niezbyt sprzyjającego terminu, tuż po przerwie reprezentacyjnej, nikt nie ma wątpliwości, że zawodnicy wyjdą na ten mecz w pełni skoncentrowani i zmotywowani. Zwłaszcza biorąc pod uwagę tragedię, jaka dotknęła klub w ostatnich dniach.

Śmierć legendarnego Johana Cruyffa poruszyła cały świat futbolu. „Cruyff jest jedną z tych osób, które nigdy nie powinny umrzeć”, nie są to o dziwo słowa zagorzałego kibica Barcelony, a prezesa Realu. Szczerze mówiąc, trudno przywołać podobną sytuację, w której sympatycy skrajnie odmiennych klubów i podejść do piłkarskiej taktyki mówiliby tak jednogłośnie: odszedł od nas genialny zawodnik i prawdziwy wizjoner tej dyscypliny. Dziwi to tym bardziej, że przez niemal 40 lat obecności w mediach Holender zdążył skłócić się niemal z każdym środowiskiem, z jakim miał styczność. Byli prezydenci, podopieczni, koledzy z drużyny i trenerzy wszelakich nacji. Cruyff nikogo nie pozostawiał obojętnym. Nawet w swoich ukochanych klubach, Ajaksie i Barcelonie, potrafił wzbudzać nieliche wojenki. Jednak podkreśla to jeszcze bardziej, jak wpływowa była to persona. Nie sądziłam, że przyjdzie mi kiedyś o nim pisać w czasie przeszłym, a przynajmniej nie tak szybko. Jeszcze w lutym tego roku sam Holender twierdził, że czuje się jakby w swojej walce z rakiem płuc prowadził do przerwy 2-0. O ironio, chyba nikt w tym roku nie wie lepiej od culés, jak niebezpieczny jest to wynik.

Reakcja piłkarskiego świata przeszła czyjekolwiek oczekiwania. Minuty ciszy podczas każdego spotkania, wszechobecne koszulki z numerem 14 czy nawet przerywanie meczu w 14. minucie. Słowa podzięki i uznania napływają z każdego zakątka świata. Nawet ludzie, wyznający na co dzień zupełnie odmienne podejście do piłki, musieli na chwilę pochylić się nad tą wyjątkową postacią. Człowiekiem, który zmienił oblicze współczesnego futbolu. Być może dobrze się złożyło, że pierwszym meczem Barçy po jego odejściu będzie właśnie El Clásico. Oczy całego świata będą zwrócone na Camp Nou. Nawet futbolowi Janusze z Wysp Salomona dowiedzą się, że istniał ktoś taki jak Johan Cruyff. „Ludzie upamiętniają go w najważniejszym spotkaniu na świecie, to naprawdę musiał być ktoś”. Być może wielu młodych ludzi dopiero teraz dowie się, kim on był, co zrobił dla piłki. Być może za kolejne 20 lat opowiedzą o nim swoim dzieciom i tym sposobem kolejne pokolenie będzie podsycać jego nieśmiertelność.

Na Barcelonie stoi wielka odpowiedzialność przekazania światu w niespełna dwie godziny całości dziedzictwa, jakie pozostawił po sobie wizjoner z Amsterdamu. Minuta ciszy, kartoniada, obecność wszystkich żyjących prezydentów klubu na trybunach, kwiaty czy nawet chupa-chupsy. To wszystko piękne gesty, które z pewnością dostarczą wielu powodów do refleksji, jednak nie o to tu chodzi. Wszelakie symbole i wzniosłe gesty są… no właśnie, tylko gestami. Kwiaty i kolorowe kartony wylądują w koszu kilka dni później. Prezydenci rozejdą się, każdy w swoją stronę i prawdopodobnie już nigdy nie zamienią ze sobą zdania w podobnym składzie. Najlepsze, co może zrobić klub, a konkretnie sami zawodnicy, będzie jednocześnie najprostszą i najtrudniejszą rzeczą na świecie. Zagrać dobry futbol. Tak po prostu. Pokazać, że idee, które Cruyff wpoił w barcelońską świadomość, są wciąż żywe. Nie są tylko anegdotami sprzed ćwierćwiecza, o których można sobie porozmawiać przy piwie. Rozpisywanie się nad jego zasługami nie ma w tej chwili większego sensu. Wielu dziennikarzy i historyków futbolu zrobiło to lepiej niż ktokolwiek z nas będzie w stanie. Świadomość jego dokonań jest czymś, co każdy culé podświadomie nosi w sobie. Nie sposób mówić o Barcelonie bez Cruyffa ani o Cruyffie bez Barcelony. Zależność tą ujął najlepiej Graham Hunter w swojej książce „Barça. Za kulisami najlepszej drużyny świata”.

"Gdyby 175 tysięcy socios stanęło w uporządkowanej linii, noc po nocy, aby masować jego zmęczone stopy, ugotować mu kolację i położyć do łóżka; gdyby nosili jego kije golfowe przez 18 wzgórz Montayi; gdyby oddali 50% swojej rocznej pensji dla niego. To wszystko nie wystarczyłoby, by spłacić dług, który ten klub zalega Cruyffowi".

Właściwie historię klubu dzieli się na dwa etapy: przed pojawieniem się w nim Cruyffa i po tym zdarzeniu. Przyjście Johana można określić jako najbardziej korzystny „zakup maszyny rolniczej”, lecz opuszcząc klub jako zawodnik w 1978, zapewne nie przypuszczał, że już dekadę później po raz kolejny będzie dźwigał Barçę z kolan. Depresja Luisa Aragonésa, bunt w hotelu Hesperia, wszyscy znamy tą historię aż nadto dobrze. Cryuff przychodził do Barcelony jako początkujący trener, przez cztery lata budował drużynę na miarę zwycięstwa w Pucharze Europy. Chociaż „budował” to za mało powiedziane, on uczył na nowo gry swoich zawodników. Utrzymywanie się przy piłce, gra podaniami, a nade wszystko radość z gry. Tworzenie spektaklu miłego dla oka i martwienie się o wynik w drugiej kolejności. Ze względu na wyjątkowo atrakcyjny w odbiorze styl gry jego Dream Team do tej pory pobudza wyobraźnie futbolowych romantyków i jest wymieniany jednym tchem obok austriackiego Wunderteamu czy reprezentacji Holandii z lat 70. jako jedna z najbardziej efektownych drużyn w historii. Wokół jego Barçy obrosło wiele legend, jedna z nich mówi, że podczas pamiętnego finału na Wembley w trakcie odprawy przedmeczowej powiedział on swoim zestresowanym zawodnikom, przed najważniejszym meczem w ich życiu, tylko jedno zdanie: salid y difrutad – wyjdźcie i bawcie się.

Właśnie taką Barçę chciejmy oglądać w najbliższym meczu - cieszącą się z gry. Bez myślenia o możliwych konsekwencjach potknięcia i bez wybiegania w przyszłość do dwumeczu z Atlético. Niech na tę jedną sobotę zapomną o stanie konta, zawartości garaży oraz siedzących na trybunach dziennikarzach obydwu obozów. Przez chociaż jedną noc futbol ma być futbolem. Tym, za co zawsze uważał go Cruyff: sportem zwyczajnych ludzi i dla zwyczajnych ludzi.

Bez presji i kalkulacji. Salid y difrutad. Wyjdźcie na boisko i bawcie się grą.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (16)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze