Mój ojciec urodził się w 1951 roku i Atlético wygrało ligę. Ja urodziłem się w 1977 i Atlético wygrało ligę. Moja córka urodziła się w 2014 i Atlético wygrało ligę. I tak, jestem kibicem Atlético.
Nie zdobyliśmy aż tylu mistrzostw (10), by lekceważyć ten genetyczny związek. Dwa lata temu: trudny finał, w którym piłkarze Simeone stracili wygrany już tytuł, był męką. Zacząłem wstydzić się własnej rodziny. Na ratunek na Camp Nou przyszedł Godín i wszyscy nagle byli szczęśliwi. Kocham cię, Atlético, jakby Lizbona nigdy nie miała miejsca.
Teraz ponownie zostanę ojcem i chciałem uniknąć dodatkowej presji. "To działa tylko z pierwszym dzieckiem, liga należy już do culés" - powtarzałem sobie. Jednak wtedy Barça zmieniła się w Benjamina Buttona i zaczęła się cofać, zmieniając w nastolatka-fatalistę sprzed czasów Johana Cruyffa. Dodaj strach do strachu, wątpliwość do wątpliwości i nagle Atlético z Realem znów wmieszały się w zamęt. Były pewne, że są od niego wolne i mogą myśleć jedynie o Lidze Mistrzów. Aż chce się im dokuczać.
Barça jest już martwa? Nie. Przeciwko Valencii wyglądała lepiej fizycznie i piłkarsko. Zagadka tkwi w psychice jej piłkarzy, która jest jak sudoku. Mimo niezliczonych trofeów na strychu Camp Nou wciąż pozostaje w tej drużynie zdolność do autodestrukcji w rozmiarze XL. Messi wciąż przechadza się po boisku, Neymar nie może odnaleźć swojego miejsca, Alves jest Alvesem, a Luis Enrique pokazuje, że porażka definiuje jego zespoł. Barça żyje, jeśli chce. Chce? Zobaczymy jutro na Riazor. Wiecie, kto zawsze jest żywy? Dokładnie. Oni. Nigdy nie wierzyłem w pięknego Boga, w świat, w którym wciąż sprzedaje się koszulki z krótkim rękawem i płyty Melendiego [hiszpański piosenkarz - przyp. red.]. Moja wiara gra z kontry tak, jak gdyby trenował ją Luis Aragonés. Wierzę w Real Madryt bardziej niż we wszystko inne. Mój Bóg jest ciemny, choć ubiera się na biało.
Na szczęście nie jest wszechmogący. Jeśli któryś z antimadridistas nie boi się dwójki Zidane i Casemiro, nie przyglądał się z uwagą ostatnim 25 latom w piłce nożnej. Filozofia Realu to wygrywanie poprzez torturowanie wrogów i w tym aspekcie jest niezwykle sumienny. Wydaje się, że to obelga, ale to pochwała.
Z pewnością Real to najgorsza z trzech drużyn. Jedyna, która nie ma jasnej osobowości, lepszego planu niż czekanie na to, co będzie. Ale, w odróżnieniu od Barçy, wierzy w siebie. Nawet w Sergio Ramosa. Atlético z kolei nie może patrzeć na swoją historię, bo Simeone napisał ją od nowa. Nie ma wartych wspomnienia poprzedników. Po meczach z PSV wielu kibiców uznało swoich piłkarzy za martwych - "nie ma bramek, nie ma gry, nie ma przyszłości".
Miesiąc później zawodnicy Atléti wzięli byka za rogi - są współliderem i grają w półfinale Ligi Mistrzów. Z Griezmannem, który wyrabia sobie miejsce w światowym top5, Koke Resurección, który zmienia swoje nazwisko w fakt [resurección (hiszp.) - zmartwychwstanie - przyp. tłum], i Torresem, robiącym to co zwykle: niszczącym nekrologi i dającym zwycięstwa. Mecz za meczem, zostało siedem (oby osiem) do osiągnięcia niemożliwego. Kolejny raz. Powtórka, ale... Wiem jedynie, że nie mam więcej dzieci. Nie istnieje serce, które zniesie takie zwycięstwo.
Komentarze (11)