Niedziela 8.05. Słoneczny poranek w stolicy Katalonii. Marc-André ter Stegen pośpiesznie wrzuca do torby sportowej nieodpakowane rękawice. „Dzień zwycięstwa! Pff… Dobre sobie!”. Derby z Espanyolem już za kilka godzin. Kolejne spotkanie o być albo nie być na fotelu ligowego lidera. Tydzień wcześniej podstawowy bramkarz w rozgrywkach La Ligi Claudio Bravo odniósł kontuzję i to właśnie w rękach (i nogach) młodego Niemca leżą losy całego sezonu. Wygrać najwięcej pucharów w Europie lub skończyć z niczym. Trzy mecze. Wszystko do wygrania. Wszystko do stracenia. Zarzucając torbę na ramię, nasz bohater rzuca jeszcze okiem w kierunku kominka. „Klucze! No tak!”. Sięgając w kierunku pęczka żelastwa, przypadkowo potrąca jedną ze stojących obok ramek. Kawałki szkła rozsypały się po całej podłodze. „Świetnie! Daniela mnie zabije” – mruknął sarkastycznie. Przeklinając własne rozdrażnienie, sięgnął po ramkę. Na widok fotografii na jego twarzy natychmiast pojawił się ironiczny uśmiech. Lucien Favre. „Pewnie masz teraz niezły ubaw stary draniu. Byłem najlepszym bramkarzem w klubie, mogłeś mnie wypróbować dużo wcześniej, ale nie – ty musiałeś wystawić mnie akurat przeciwko FC Köln. Derby i gra o wszystko. Skąd ja to znam. Los ma paskudne poczucie humoru. Wtedy graliśmy o utrzymanie, teraz o zwycięstwo w lidze”.
Nagle wspomnienie tego spotkania uderzyło go z pełną siłą. To też była niedziela, 10.04.2011 r., dzień jego debiutu w pierwszej drużynie Borussii Mönchengladbach. Klub był na dnie, dosłownie i w przenośni. Michael Frontzeck opuścił drużynę po 22 kolejkach z 16 oczkami i ostatnim miejscem w tabeli. Favre robił, co mógł, by ocalić 5-krotnych mistrzów kraju od spadku, jednak 2 wygrane i remis w ostatnich 6 meczach nie wystarczały, by przesunąć się w tabeli o choćby jedną pozycję. „Nie dziwne, mając picusia Bailly’a między słupkami”- pomyślał, wyciągając zmiotkę i szufelkę z szafki w kuchni. Ter Stegen rozgrywał tymczasem fenomenalny sezon w drużynie rezerw, nie dziwne więc, że kibice szybko zaczęli się dopominać o szansę dla wychowanka. „Przetrzymałeś mnie dwanaście spotkań na ławce, a grać miałem akurat w derbach”. Wbrew oczekiwaniom mecz zakończył się gładkim 5:1 dla gospodarzy, a 19-letni wtedy Niemiec miejsca w bramce już nie oddał.
„W sumie ciekawe, czy jakiś kibic Barcelony oglądał tamten mecz. Taki 15-letni, powiedzmy, dzieciak. Koniec gimnazjum, przerzuca sobie po kanałach, szukając odskoczni od końcowych egzaminów. Z resztą i tak by mnie pewnie nie zapamiętał. To inny Mareczek brylował w tamtym spotkaniu. Tak… piękne czasy, w których Reus był jedynym nastolatkiem z undercutem... Chociaż kto wie? Zagrałem całkiem dobrze, bezbłędnie rozgrywałem piłkę i nie zawiniłem przy bramce. Może właśnie tego dnia zyskałem swojego największą psychofana, który widząc mnie po raz pierwszy na oczy, stwierdził, że za pięć lat zastąpię Valdésa i już na zawsze rozkochał się w niewielkim klubie z Północnej Westfalii”. Końcówka tamtego sezonu była szalona, Ter Stegen puścił dwie bramki w pozostałych pięciu meczach. Młody Niemiec zaczął zbierać rozbite kawałki szkła, oddając się zadumie. „Później baraże z Bochum, Borussia Park wypełnione do ostatniego miejsca, wszyscy wykrzykiwali nasze nazwiska. Nikt mnie nawet nie spytał, czy czuję się na siłach po tym, jak wbili mi cztery bramki we wrześniu, gdy grałem jeszcze w 2. Bundeslidze”. Favre był niesamowity, z ligowego popychadła zrobił drużynę rokrocznie walczącą o puchary. Źrebaki były Źrebakami już nie tylko z nazwy. Młodzi zawodnicy grający piękną i zabójczo skuteczną piłkę. Ofensywne usposobienie i błyskawiczne kontrataki znowu cieszyły oczy zagorzałych kibiców stojących na Nordkurve. Odłożył na szufelkę wyjątkowo duży kawałek szkła, zerkając na szalik byłego klubu wiszący na honorowym miejscu na ścianie. „Kiedy ojciec opowiadał mi o wielkim Gladbach z lat 70., nigdy nie myślałem, że ludzie będą nas do nich porównywać, że będziemy łoić Bayern jak w czasach Świętej Wojny. Daliśmy im popalić już w pierwszej kolejce kolejnego sezonu, niby skromne 1:0, ale pokazaliśmy, na co nas stać. Ludzie zaczęli porównywać mnie do Neuera. Też mi coś, w bezpośrednich starciach do pięt mi nie dorastał! To po jego błędzie zyskaliśmy wtedy trzy punkty. Aż nie chce mi się wierzyć, że od tamtego sezonu minęły cztery lata. Ciekawe, czy mój psychofan oglądałby choć część tamtych meczów. A było na co popatrzeć, broniłem, co się dało, a nawet to, czego inni nie marzyli obronić”. Oczy całego kraju zwrócone były na dwóch młodzików. Ter Stegen i Reus, Reus i ter Stegen. Niektóre mecze wygrywali praktycznie we dwóch, nic więc dziwnego, że następnego lata po starszego z nich zgłosił się mistrz kraju z Dortmundu. Dodając do tego odejście Dantego do Bayernu, gorsze wyniki i ósme miejsce w sezonie 12/13 nikogo nie zdziwiły.
Wysypując ostatnie odłamki szkła do kosza, Marc zaczął sobie przypominać niektóre interwencje z tamtego okresu. Grał dokładnie tak, jak wymagał tego styl gry drużyny. Porozgrywać piłkę z obrońcami, wciągnąć rywala na własną połowę i uruchomić skrzydłowych szybkim crossem. „Podobno już wtedy na meczach Borussii pojawiali się skauci Barçy, mój wyimaginowany fan musiał być wniebowzięty. Prasa co chwilę gadała o moich przenosinach na Camp Nou. Mój styl gry pasował do Barçy idealnie. Podobno ich obydwaj bramkarze mieli odejść z klubu czy coś. Zresztą kto by spamiętał te nagłówki. Miałem ciekawsze rzeczy na głowie. Grając tak otwartą piłkę, nieraz tracisz po 4-5 bramek. Rzadko kiedy z twojej winy. Tydzień później wychodzisz i notujesz 15 interwencji w walce z liderem. Musisz wyciąć swój układ nerwowy i przypalić petem, inaczej zwariujesz”. Po jakimś czasie Barcelona faktycznie zgłosiła się po naszego bohatera i mimo widma zakazu transferowego sprowadziła go na Camp Nou.
„Gdyby tamten chłopak istniał, miałby wtedy jakieś 18 lat. Pewnie oglądałby prezentację na Camp Nou, jednym okiem szykując się do opijania matur ze znajomymi. Musiał się wściekać, gdy odniosłem kontuzję tuż przed rozpoczęciem sezonu, oddając Bravo miejsce między słupkami w ligowych potyczkach. Może gdyby oglądali mnie co tydzień, przekonaliby się, na co mnie stać. Miałem świetne występy w pierwszym sezonie, ale to nie było nawet 50% moich możliwości. Może ten rewanż z Bayernem nawiązał trochę do tego, co grałem w Gladbach. Tak… to był całkiem dobry mecz. Takimi występami dostałbym miejsce w lidze z pocałowaniem ręki”. Zamykając szafkę ze zmiotką, zauważył skaleczenie na palcu. W pewien sposób rozwścieczyło go to jeszcze bardziej. „Oczywiście musiałem wszystko spieprzyć w sierpniu. Częściej wyciągałem piłkę z siatki niż ją łapałem. I to jeszcze po takich błędach! Pewnie mój psychofan miałaby pełne ręce roboty, broniąc mnie przed krytyką na przeróżnych forach. Psia robota, tym bardziej mając świadomość, że dałem ciała. Z czasem grałem lepiej, przynajmniej taką mam nadzieję. Na szczęście teraz znowu jestem zależny wyłącznie od siebie. Może jeśli dam klubowi zwycięstwa w pozostałych spotkaniach, dostanę poważną szansę. W końcu nie przyszedłem tu po to, żeby grać od święta”. Energicznie nakleił plaster i wrócił do salonu po swoje rzeczy. I tak był już spóźniony na trening.
„Claudio jest w porządku, ale w tym zawodzie nie ma miejsca na sentymenty. Niederrhein nie wydaje na świat tchórzy uciekających przed konkurencją. Za dwa tygodnie będziemy mieć kolejne dwa puchary w gablocie, zamierzam zadbać o to osobiście. Dałem radę uratować sezon wtedy, więc zrobię to jeszcze raz. Bezimienny kibicu, jeszcze będziesz ze mnie dumny”. Zamknął za sobą drzwi i odszedł w kierunku auta, nucąc pod nosem „unknown, unknown brother, I'll meet you someday”.
Komentarze (15)