To nie tak miało wyglądać… Dzisiaj w nocy czasu środkowoeuropejskiego, podobnie jak przed rokiem, w finale Copa América naprzeciw siebie stanęły reprezentacje Argentyny i Chile. Teraz, tak jak i wtedy, lepsza okazała się La Roja, która znowu pokonała Messiego i spółkę w serii rzutów karnych.
Przed dzisiejszym spotkaniem kibice reprezentacji Argentyny mówili: „teraz albo nigdy”. Po dwóch kolejnych przegranych finałach (mistrzostwa świata w 2014 roku przeciwko Niemcom oraz mistrzostwa Ameryki Południowej przed rokiem z Chile) Messi miał sięgnąć wreszcie po pierwszy poważny puchar w swojej karierze reprezentacyjnej. Zamiast łez radości Argentynę po raz trzeci z rzędu zalały łzy smutku i rozpaczy.
Lionel Messi i Javier Mascherano wybiegli w wyjściowym składzie na boisko MetLife Stadium, aby zmierzyć się z drużyną Claudio Bravo. O pierwszej połowie nie będziemy mówić w kontekście gry samych piłkarzy, a niestety fatalnej postawy sędziego, który zepsuł całe widowisko. Brazylijczyk Heber Lopes był największą negatywną „gwiazdą” całego spotkania i to właśnie on ponosi winę za nerwową atmosferę, jaka udzieliła się na boisku, ławce rezerwowych i trybunach.
Obie reprezentacje rozpoczęły spotkanie w bardzo intensywnym tempie. Nie brakowało agresji, fauli, polowania na nogi rywala. Przez pierwsze 30 minut lepsze wrażenie sprawiała Argentyna, która za sprawą Higuaína miała świetną okazję do wyjścia na prowadzenie. Były gracz Realu postanowił jednak utrzymać swój poziom skuteczności z poprzednich dwóch finałów, dlatego zmarnował sytuację sam na sam z Claudio Bravo.
W 28. minucie doszło do pierwszej skandalicznej decyzji brazylijskiego arbitra, który pokazał drugą żółtą kartkę Díazowi za faul na Messim. Telewizyjne powtórki pokazały, że owszem, do faulu doszło, lecz w żadnym wypadku nie można było mówić o pokazaniu Chilijczykowi drugiego żółtego kartonika. Wydaje się, że Heber Lopes chciał naprawić swoją fatalną decyzję kolejną równie fatalną decyzją, dlatego w 43. minucie pokazał bezpośrednio czerwoną kartkę Marcosowi Rojo. Powtórki jasno udowodniły, że gracz United zasłużył najwyżej na żółtą kartkę. Całe „show” Brazylijczyka wyprowadziło z równowagi graczy obu zespołów, sztaby szkoleniowe i kibiców na trybunach. Heber Lopes totalnie nie panował nad boiskowymi wydarzeniami, dlatego zejście do szatni na przerwę było najlepszym możliwym scenariuszem, aby ochłodzić nieco atmosferę.
Po przerwie lepsze wrażenie sprawiali Chilijczycy, którzy wydawali się bardziej poukładani. Argentynie ciężko było stworzyć sobie klarowną sytuację, zaś ekipa Claudio Bravo dobrze neutralizowała akcje, które niemal w 100% przechodziły przez Messiego. Dobrą okazję do zdobycia gola miał Eduardo Vargas, jednak na posterunku był Sergio Romero. Po 90 minutach żaden z zespołów nie mógł cieszyć się ze zdobycia choćby jednej bramki, dlatego potrzebna była dogrywka.
Podczas dodatkowych 30 minut obraz gry nie uległ zbytnio zmianie. Argentyna wciąż sprawiała wrażenie zespołu, który nie miał pomysłu na to, jak wpakować piłkę do siatki Claudio Bravo. Dogodną okazję zmarnował Sergio Agüero, a swojej szansy nie wykorzystał także Vargas. Żadna z drużyn nie potrafiła zdobyć decydującej bramki, przez co, podobnie jak rok temu, do wyłonienia mistrza Ameryki Południowej potrzebna była seria rzutów karnych.
Konkurs rzutów karnych rozpoczął się wyśmienicie dla Argentyny, ponieważ Sergio Romero doskonale wyczuł Vidala, dając swojej reprezentacji przewagę. Ze strony Albicelestes pierwszy do piłki podszedł Leo Messi. Kapitan wicemistrzów świata miał pewnie wykorzystać swoją jedenastkę, lecz Messi fatalnie chybił, posyłając piłkę wysoko nad bramką. Chile odżyło, a Castillo, Aranguiz i Beausejour nie mylili się, wykonując swoje rzuty karne. Z kolei ponownie zawiódł gracz Argentyny, tym razem Biglia, którego doskonale wyczuł Claudio Bravo. Gol Francisco Silvy sprawił, że powtórka sprzed roku stała się faktem i to Chile ponownie okazało się lepsze od Argentyny, sięgając po drugi z rzędu triumf w Copa América.
Ciężko wyobrazić sobie, jak w tej chwili czują się Argentyńczycy. W 2014 roku Messi i Mascherano przegrali finał mistrzostw świata z Niemcami. Rok później ponieśli porażkę w finale Copa América przeciwko Chile i dokładnie to samo stało się dzisiaj w nocy. Messi miał zostać bohaterem w swoim kraju i pozwolić zapomnieć kibicom o wydarzeniach z zeszłego sezonu. Niestety Leo nie trafił karnego w decydującym momencie, a następnie Claudio Bravo walnie przyczynił się do obrony upragnionego tytułu przez Chile. Koszmar Argentyny trwa w najlepsze. Pytanie brzmi natomiast: „Argentyno, jak nie teraz, to kiedy?”.
Komentarze (59)