La Otra Liga: Nowe życie Isco

Sebastian Warzecha

2 grudnia 2016, 19:01

6 komentarzy

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej publicystyki dla miłośników La Liga.


Jeszcze do niedawna Francisco Román Alarcón Suárez, czyli po prostu Isco, wydawał się w Realu niepotrzebny. Dużo mówiło się o jego opcjonalnym odejściu z Madrytu lub wypożyczeniu do innego klubu. Do niczego jednak nie doszło, a Hiszpan, pod nieobecność kontuzjowanych kolegów pokazał, że może być bardzo istotnym ogniwem układanki Zinedine’a Zidane’a.

Dotychczasowa kariera Isco w Madrycie przypominała równie pochyłą, po której zjeżdżał on coraz niżej, tylko czasem odbijając się, by rozegrać jedno, może dwa dobre spotkania z rzędu. Nic więcej, bo na to nie pozwalały mu zresztą otrzymywane minuty, a i on sam nie potrafił ustabilizować swojej formy. Teraz, jeśli Zizou zaufa mu i wstawi do jedenastki na El Clásico, nastąpi idealna okazja, by udowodnić, że może być inaczej.

Z wysokiego C do niskich lotów

A przecież Isco wejście do zespołu zanotował wręcz idealne. Sprowadzony przed sezonem 2013/14 i rzucony na głęboką wodę, bo z miejsca wprowadzony przez Carlo Ancelottiego do pierwszego składu, do tego obciążony przez kibiców dodatkową presją, związaną z pozbyciem się przez Real Mesuta Oezila, radził sobie wyśmienicie. Cztery gole i asysta to bilans z jego pierwszych pięciu spotkań ligowych w białej koszulce. Dopiero w ostatnim z nich został zmieniony – w 84. minucie. Włoski trener zaufał mu i się nie zawiódł, a kibice szybko zaczęli doceniać umiejętności młodego Hiszpana.

Później przyszły problemy – duża dawka meczów, do której Isco nie przywykł, w połączeniu ze zmianą systemu gry z 4-2-3-1 na 4-3-3, sprawiły, że Hiszpan stał się postacią drugoplanową. Nie mógł już grać za plecami napastnika, dostał dodatkowe zadania, na których musiał się skupić i gdzieś zniknęła jego przebojowość, jaką imponował na początku. Było to dostrzegalne gołym okiem i zignorować nie mógł tego Carlo Ancelotti – w drugiej połowie sezonu Isco grał głównie „ogony”, dopiero w samej jego końcówce na powrót zanotował kilka występów w pierwszym składzie.

W podobny sposób przebiegał dla Hiszpana cały kolejny sezon – czasem grał od pierwszych minut, czasem wchodził na ostatnie. Znów nie potrafił ustabilizować formy, co też przekładało się na taką sytuację. Do tego do klubu przyszli Toni Kroos i James Rodríguez, którzy zwiększyli konkurencję, równocześnie zabierając Hiszpanowi kolejne szanse na występy. Obaj grali jednak świetnie, potwierdzając swoje prawo do pierwszej jedenastki.

Mimo to Isco otrzymywał kolejne szanse, wciąż wyciągnięta była w jego kierunku pomocna dłoń trenera i czasem udawało mu się z tego skorzystać – najlepszym tego przykładem będzie zapewne wygrany 3:1 mecz z Barceloną, gdzie Hiszpan był jedną z pierwszoplanowych postaci, a kibice przypomnieli sobie, dlaczego rok wcześniej się nim zachwycali. Problem w tym, że to wciąż były jedynie przebłyski, nic więcej.

Stale zarzucano mu to samo – niepotrzebne dryblingi, zbyt długie holowanie piłki, wybieranie gorszych opcji w rozegraniu… Oczywiście, pracował na boisku, wracał się do defensywy, zaliczał nawet odbiory, nauczył się „harować” o wiele więcej niż na początku, ale po pierwsze miał być odpowiedzialny za grę w ofensywie, a tu często, zamiast napędzającym akcję, stawał się hamulcowym. I to powodowało, że już wtedy sporo mówiło się o możliwym wytransferowaniu byłego zawodnika Málagi.

Nie śmiej się, bratku…

Niemal nic w grze Isco nie zmieniło się po przyjściu Rafy Beníteza. Choć wiele osób sądziło, że hiszpański szkoleniowiec może odmienić grę swojego rodaka, to – podobnie zresztą, jak w przypadku całej drużyny – nic z tego nie wyszło. Isco wciąż grał wolno, nie brał na siebie odpowiedzialności, był przewidywalny, wybierał proste opcje rozegrania. Słowem – nie robił tego, czego po nim oczekiwano. Zresztą nie on jeden miał u Rafy problem – na ławce często przesiadywał również James i obaj w miarę upływu czasu grali coraz mniej i słabiej.

Doszło do tego, że coraz głośniej mówiło się o zimowych transferach jednego lub nawet obu zawodników. Dla Isco punktem kulminacyjnym stał się mecz z Rayo, gdy kamery złapały go, śmiejącego się po bramce dla rywali Królewskich. Benítez nie był z tego zachowania swojego podopiecznego zadowolony i postanowił go ukarać, nie wystawiając w trzech kolejnych spotkaniach, a media nagłośniły to na wielką skalę.

Mimo że początkowo, jak i inni zawodnicy Los Blancos, Isco był zadowolony z pracy z nowym szkoleniowcem, tak jego zwolnienie mogło go tylko ucieszyć. Bardzo prawdopodobne zresztą, że gdyby nie to, już by go w klubie nie było. Nie można było odmówić hiszpańskiemu zawodnikowi chęci do gry i starań, zresztą jeszcze na początku listopada zapowiadał, że „zmusi Beníteza do podjęcia trudnych decyzji” i że „jest gotowy grać na każdej pozycji”, ale wszystko skończyło się na zapowiedziach. Sytuację Isco i jego grę poprawił dopiero Zinédine Zidane. Jednak nie od razu.

Przez pewien czas Hiszpan grał za nowego trenera jeszcze mniej niż za Beníteza, ale Francuz cały czas z nim rozmawiał i powtarzał, że i dla niego znajduje się miejsce w jego planach. To za jego decyzją Isco został w klubie, mimo wielu plotek dotyczących jego osoby na sezon 2016/17. Niemniej, kampanię 2015/16, niezależnie od tego, który trener był akurat na ławce, Isco mógł prawie całkowicie spisać na straty.

Nieszczęście jednych, szczęściem innych

Casemiro, Modrić, Kroos, Bale, Cristiano, Benzema, Morata… niemal każdy zawodnik występujący w pomocy i ataku Królewskich w tym sezonie doznał jakiegoś urazu, który na dłużej lub krócej wyłączył go z gry. Sam Isco też zresztą pauzował przez trzy spotkania, gdy miał problem z kostką. Natomiast później, gdy to jego koledzy lądowali w gabinetach lekarskich, korzystał na tym. Miał rywalizować o miejsce w składzie z Jamesem, ale już na starcie stało się jasne, że z tej dwójki to Hiszpan prezentuje się lepiej i na niego będzie stawiać Zidane. Słusznie.

Regularna gra pomogła Isco, który powoli zaczął stawać się… sobą. Po prostu. Wróciła kreacja gry, dochodzenie do sytuacji, dobre rozegranie, włączyło się myślenie. Do tego Zidane oduczył go przesadnie długiego przytrzymywania piłki i wdawania się w bezpośrednie dryblingi. Na powrót Isco nabył też chęć do gry i radość z niej – widać to było w niemal każdym jego kontakcie z piłką, a wysiłek, jaki wkładał w każdy mecz, tylko to potwierdzał.

Ukoronowaniem tego wszystkiego było oczywiście spotkanie z Atlético. Taktyka, jaką obrał Zizou na to spotkanie, była niemal skrojona pod Isco, a ten bezwzględnie to wykorzystał. To był jego popis, prywatne show, którego nie przyćmił nawet Cristiano Ronaldo swoim hat-trickiem. Niemal każdy kontakt z piłką, podanie, odbiór… wszystko było perfekcyjnie i nierzadko najistotniejsze dla danej akcji. Hiszpan wreszcie brał na siebie ciężar gry w kluczowych momentach, od niego zależała postawa ofensywy w danej akcji i nie bał się tej roli. Wręcz przeciwnie – spisał się w niej na tyle dobrze, że wiele osób z miejsca zaczęło życzyć sobie, by Zidane częściej korzystał z tej taktyki, głównie ze względu na Hiszpana.

44 podania na 48 dotarły do celu. Wykreował jedną sytuację. Trzykrotnie odbierał rywalom piłkę, wygrał cztery pojedynki, a pamiętajmy, że operował głównie z przodu. Kontrolował w znakomity sposób tempo akcji w ofensywie. Przy trzeciej bramce zanotował asystę drugiego stopnia. Jednym zdaniem: zaliczył występ, na jaki wszyscy czekali. Być może najlepszy od wspominanego 3:1 z Barceloną. I dał Zidane’owi sporo do myślenia.

Skała czy technika?

Po kontuzji do treningów wrócił Casemiro, który w zeszłym sezonie dwukrotnie odgrywał kluczową rolę w trakcie El Clásico. Raz, za Beníteza, go zabrakło i Barcelona po prostu zmiotła Real z powierzchni ziemi. Za drugim razem, gdy obie drużyny spotkały się na Camp Nou, był kluczowym zawodnikiem, niemal w pojedynkę wyłączając z gry Messiego i doprowadzając Real do wygranej.

Gdyby był w pełni formy, naturalnym byłoby wstawienie go do składu z miejsca, zapewne obok dwójki Chorwatów, ze względu na nieobecność Toniego Kroosa. Problem w tym, że teraz, gdy dopiero co wrócił do składu, nie wiadomo czy byłaby to rozsądna decyzja. A jest przecież Isco, który udowodnił, że potrafi grać w najważniejszych spotkaniach na świetnym poziomie i tylko czeka, by wyjść na boisko przeciwko Barcelonie.

To prawdopodobnie największy problem Francuza – jaką taktykę obrać, by zapewnić sobie zwycięstwo i powiększyć przewagę nad Dumą Katalonii do dziewięciu punktów? Postawić na defensywnie nastawionego Casemiro, który – niczym skała – będzie rozbijać ataki rywali, zapewniając niezbędną równowagę czy na bajeczną technikę Isco, dającego wiele w ofensywie i który na miejsce w składzie po prostu zapracował?

Odpowiedź poznamy już w sobotę. Jeśli Zizou wybierze Hiszpana, to El Clásico może okazać się przedstawieniem jednego aktora.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (6)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze