Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.
Osasuna zawsze była klubem ubrudzonym błotem, walczącym przeciwko wszelkim przeciwnościom. Ta wola walki przywiodła ich aż tutaj, do La Liga. Ale nawet ją przytłoczył ogrom przeszkód jakie Los Rojillos napotkali w Primerze. Fani Nawarczyków oraz sami piłkarze mają wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko nim. Prawda jest jednak brutalna – problemy są dla nich wielkie, ponieważ sami są mali. Tak wspaniały oraz oczekiwany awans pojawił się nie w porę, przez co Osasuna została posadzona na rower, zanim ponownie zaczęła chodzić po rekonwalescencji.
Wiosna 2015 roku. Hiszpańskimi mediami wstrząsnęła bomba, której epicentrum znajdowało się na El Sadar. Ángel Vizcay, który do końca października 2014 roku pełnił funkcję dyrektora generalnego Osasuny, przyznał wszem i wobec, iż klub uczestniczył w ustawianiu meczów. Zeznał, że Los Rojillos zapłacili 150 tys. euro, żeby Real Valladolid pokonał Deportivo La Coruñę i tyle samo, by Betis zwyciężył z Celtą w 2013 roku. W następnym sezonie ufundowała 250 tys. euro za remis z Espanyolem i 400 tys. euro za wygraną Betisu z Realem Valladolid (oba mecze rozgrywano w przedostatniej kolejce) oraz następne 250 tys. euro za podłożenie się pewnych już relegacji Beticos Osasunie (ostania seria gier). Łącznie miało ich to wynieść 2,4 miliona euro w przeciągu dwóch kampanii. Oczywiście, zabiegi klubu nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Z powodu niekorzystnych rozstrzygnięć w innych starciach Nawarczycy i tak spadli z La Liga.
Nie chodzi tylko i wyłącznie piętnowanie Los Rojillos, gdyż proceder ten ma dużo szerszą skalę. Javier Tebas szacował, że dotyczy on siedmiu, lub ośmiu spotkań na sezon. AS pisał nawet o 19. Tebas – a zatem szef wszystkich szefów w La Liga – doskonale wiedział i wie o istnieniu problemu. W jego wypowiedzi nie było miejsca na żadne wątpliwości, żadne “może są, a może nie”. Mimo to niewiele w tej materii zrobiono. Kontrole klubowych finansów nie znaczą nic, skoro nikt nie wiedział co się dzieje w Osasunie. Dopiero gdy Vizcay – nie z przypływu dobroci serca, lecz pod naciskiem badającej sprawę korupcji prokuratury – rozlał mleko, LFP przystąpiło do sprzątania. Tylko jaki przykład daje LFP, jeśli pociągniętymi do odpowiedzialności są jedynie przedstawiciele władz, a nie sam klub, który na ich machlojkach skorzystał? Uczciwie muszę przyznać, iż Tebas publicznie nalegał na ukaranie Los Rojillos, lecz to ostatecznie nie nastąpiło. Czyżby odbił się od betonu w LFP, a może grał jedynie pod publikę? Pewne jest tylko jedno.
Latem jest gorąco, jesienią pada, zimą jest zimno, a na wiosnę kupuje się mecze – Alfredo Relaño, AS
Księgi finansowe Osasuny zostały przekopane wzdłuż i wszerz. I to nie tylko z ostatnich kilku lat, ale nawet z ponad dekady. Z biegiem śledztwa okazało się, iż faktycznie znajdują się w nich wydatki, które trudno wyjaśnić. Śledczy doszli do tego, iż pieniądze przeznaczone na kupowanie meczów, zapisywano w księgach Los Rojillos jako prowizje dla nieistniejących agentów z rynku nieruchomości. Oprócz tego dokopano się i do innych rewelacji. Wyszło na jaw, iż pełniący przez dziesięć lat funkcję prezydenta (2002 – 2012) Patxi Izco, mówiąc wprost, okradał klub. Korzystał z Osasuny jak z bezdennej świnki-skarbonki, z pomocą której mógł płacić za obiady w drogich restauracjach, ubrania, zagraniczne wojaże czy prezenty dla rodziny itp. I co najważniejsze, na kilka lat “zapomniał” o płaceniu podatków na rzecz skarbówki. Jego następca – Miguel Archanco, szef Vizcaya – fałszował dokumenty, prowadził kreatywną księgowość, żeby tylko ukryć faktyczny stan finansów klubu. Dlatego nowy, a zarazem obecny prezydent Osasuby, Luis Slazar, mógł złapać się za głowę, gdy dowiedział się, iż zadłużenie Los Rojillos wobec Urzędu Skarbowego nie wynosi 20 milionów euro, jak widniało w klubowych dokumentach, a 50. Powstał nawet plan, żeby ogłosić bankructwo klubu i następnie założyć nową, pozbawioną długów Osasunę. Ostatecznie jednak porozumiano się z wierzycielami i tak drastyczne kroki nie były konieczne.
Pierwszy i drugi most
Scenerię już znacie. Gdzieś w tle tych wydarzeń pozostawał zespół, prowadzony początkowo przez Jana Urbana, na funkcjonowanie którego brakowało pieniędzy. Zakaz transferowy z powodu długów, kontuzje i inne problemy kadrowe sprawiły, że Los Rojillos zwrócili się ku ostatniej desce ratunku – akademii w Tajonar. Dziury w składzie łatano wychowankami, dużo tańszymi od zawodowych piłkarzy, ale przy tym – poza kilkoma wyjątkami – oferującymi mniejszą regularność. Polak także dorzucił do tego swoje trzy grosze. Wraz z końcem lutego, po serii pięciu porażek z rzędu Osasuna znalazła się tuż nad strefą spadkową, a Urban stracił pracę. Jego następca wyleciał po dwóch miesiącach zostawiając Nawarczyków pod kreską. Zmierzającą ku katastrofie drużynę przejął dotychczasowy szkoleniowiec rezerw – Enrique Martín Monreal. I nastąpił cud. Dwa zwycięstwa i trzy remisy do końca rozgrywek, przy czym o dalszej przyszłości klubu zadecydował jedynie punkt. O tyle bowiem wyprzedzili relegowany Racing Santander. Z liczącymi kilkadziesiąt milionów długami Osasuna najprawdopodobniej nie przetrwałaby w Segundzie B i konieczne byłoby zrealizowanie planu zakładającego likwidacją klubu o niemal 100 letniej tradycji oraz postawieniu na jego miejscu tworu “kontującego tradycję”.
Osasuno: wielu widziało jak się rodzisz, nikt nie zobaczy kiedy umrzesz – napis na murze Estadio El Sadar
Cud miał miejsce w wyjątkowo korzystnym momencie, co w świetle toczącego się śledztwa związanego z ustawianiem spotkań, mogło rodzić uzasadnione wątpliwości. Niemniej nie ma dowodów na to, że Los Rojillos pomogli sobie w nieuczciwy sposób. Ponadto, w tym czasie prokuratura patrzyła na ręce władz Osasuny, więc wszelkie próby wpływania na rezultaty spotkań graniczyłoby z głupotą.
Enrique Monreal ponownie stał się bohaterem. Ponownie, bo już wcześniej w sezonie 1996-97, uratował Nawarczyków przed spadkiem. Ten impulsywny, siwowłosy jegomość z orlim nosem, między innymi z jego powodu nazywanym “Wiedźmą z Campanas” – jest ucieleśnieniem tego klubu. Urodzony w Campanas Nawarczyk przeszedł wszystkie szczeble szkolenia młodych zawodników w Osasunie. Dołączył do pierwszego składu i w trakcie kariery był blisko przenosin do Realu Madryt. Jednak drużyna z Pampeluny odmówiła sprzedaży. Kibice z całą pewnością nie wybaczyliby takiego ruchu, choć zapewne sprawa rozbiła się o pieniądze. Po tym wydarzeniu Enrique grał dla Los Rojillos jeszcze przez ponad dekadę, a później został: członkiem sekretariatu technicznego, trenerem drużyn młodzieżowej, a następnie rezerw, by dwukrotnie objąć też stery pierwszego zespołu.
Komentarze (3)