La Otra Liga: Osasuna - o jeden most za daleko

¡Olé! Magazyn

26 kwietnia 2017, 18:55

3 komentarze

Cykl La Otra Liga współtworzymy we współpracy z portalem ¡Olé! Magazyn, na którym znajdziecie jeszcze więcej tekstów dla fanów La Liga.


Osasuna zawsze była klubem ubrudzonym błotem, walczącym przeciwko wszelkim przeciwnościom. Ta wola walki przywiodła ich aż tutaj, do La Liga. Ale nawet ją przytłoczył ogrom przeszkód jakie Los Rojillos napotkali w Primerze. Fani Nawarczyków oraz sami piłkarze mają wrażenie, że wszystko sprzysięgło się przeciwko nim. Prawda jest jednak brutalna – problemy są dla nich wielkie, ponieważ sami są mali. Tak wspaniały oraz oczekiwany awans pojawił się nie w porę, przez co Osasuna została posadzona na rower, zanim ponownie zaczęła chodzić po rekonwalescencji.

Wiosna 2015 roku. Hiszpańskimi mediami wstrząsnęła bomba, której epicentrum znajdowało się na El Sadar. Ángel Vizcay, który do końca października 2014 roku pełnił funkcję dyrektora generalnego Osasuny, przyznał wszem i wobec, iż klub uczestniczył w ustawianiu meczów. Zeznał, że Los Rojillos zapłacili 150 tys. euro, żeby Real Valladolid pokonał Deportivo La Coruñę i tyle samo, by Betis zwyciężył z Celtą w 2013 roku. W następnym sezonie ufundowała 250 tys. euro za remis z Espanyolem i 400 tys. euro za wygraną Betisu z Realem Valladolid (oba mecze rozgrywano w przedostatniej kolejce) oraz następne 250 tys. euro za podłożenie się pewnych już relegacji Beticos Osasunie (ostania seria gier). Łącznie miało ich to wynieść 2,4 miliona euro w przeciągu dwóch kampanii. Oczywiście, zabiegi klubu nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Z powodu niekorzystnych rozstrzygnięć w innych starciach Nawarczycy i tak spadli z La Liga.

Nie chodzi tylko i wyłącznie piętnowanie Los Rojillos, gdyż proceder ten ma dużo szerszą skalę. Javier Tebas szacował, że dotyczy on siedmiu, lub ośmiu spotkań na sezon. AS pisał nawet o 19. Tebas – a zatem szef wszystkich szefów w La Liga – doskonale wiedział i wie o istnieniu problemu. W jego wypowiedzi nie było miejsca na żadne wątpliwości, żadne “może są, a może nie”. Mimo to niewiele w tej materii zrobiono. Kontrole klubowych finansów nie znaczą nic, skoro nikt nie wiedział co się dzieje w Osasunie. Dopiero gdy Vizcay – nie z przypływu dobroci serca, lecz pod naciskiem badającej sprawę korupcji prokuratury – rozlał mleko, LFP przystąpiło do sprzątania. Tylko jaki przykład daje LFP, jeśli pociągniętymi do odpowiedzialności są jedynie przedstawiciele władz, a nie sam klub, który na ich machlojkach skorzystał? Uczciwie muszę przyznać, iż Tebas publicznie nalegał na ukaranie Los Rojillos, lecz to ostatecznie nie nastąpiło. Czyżby odbił się od betonu w LFP, a może grał jedynie pod publikę? Pewne jest tylko jedno.

Latem jest gorąco, jesienią pada, zimą jest zimno, a na wiosnę kupuje się mecze – Alfredo Relaño, AS

Księgi finansowe Osasuny zostały przekopane wzdłuż i wszerz. I to nie tylko z ostatnich kilku lat, ale nawet z ponad dekady. Z biegiem śledztwa okazało się, iż faktycznie znajdują się w nich wydatki, które trudno wyjaśnić. Śledczy doszli do tego, iż pieniądze przeznaczone na kupowanie meczów, zapisywano w księgach Los Rojillos jako prowizje dla nieistniejących agentów z rynku nieruchomości. Oprócz tego dokopano się i do innych rewelacji. Wyszło na jaw, iż pełniący przez dziesięć lat funkcję prezydenta (2002 – 2012) Patxi Izco, mówiąc wprost, okradał klub. Korzystał z Osasuny jak z bezdennej świnki-skarbonki, z pomocą której mógł płacić za obiady w drogich restauracjach, ubrania, zagraniczne wojaże czy prezenty dla rodziny itp. I co najważniejsze, na kilka lat “zapomniał” o płaceniu podatków na rzecz skarbówki. Jego następca – Miguel Archanco, szef Vizcaya – fałszował dokumenty, prowadził kreatywną księgowość, żeby tylko ukryć faktyczny stan finansów klubu. Dlatego nowy, a zarazem obecny prezydent Osasuby, Luis Slazar, mógł złapać się za głowę, gdy dowiedział się, iż zadłużenie Los Rojillos wobec Urzędu Skarbowego nie wynosi 20 milionów euro, jak widniało w klubowych dokumentach, a 50. Powstał nawet plan, żeby ogłosić bankructwo klubu i następnie założyć nową, pozbawioną długów Osasunę. Ostatecznie jednak porozumiano się z wierzycielami i tak drastyczne kroki nie były konieczne.

Pierwszy i drugi most

Scenerię już znacie. Gdzieś w tle tych wydarzeń pozostawał zespół, prowadzony początkowo przez Jana Urbana, na funkcjonowanie którego brakowało pieniędzy. Zakaz transferowy z powodu długów, kontuzje i inne problemy kadrowe sprawiły, że Los Rojillos zwrócili się ku ostatniej desce ratunku – akademii w Tajonar. Dziury w składzie łatano wychowankami, dużo tańszymi od zawodowych piłkarzy, ale przy tym – poza kilkoma wyjątkami – oferującymi mniejszą regularność. Polak także dorzucił do tego swoje trzy grosze. Wraz z końcem lutego, po serii pięciu porażek z rzędu Osasuna znalazła się tuż nad strefą spadkową, a Urban stracił pracę. Jego następca wyleciał po dwóch miesiącach zostawiając Nawarczyków pod kreską. Zmierzającą ku katastrofie drużynę przejął dotychczasowy szkoleniowiec rezerw – Enrique Martín Monreal. I nastąpił cud. Dwa zwycięstwa i trzy remisy do końca rozgrywek, przy czym o dalszej przyszłości klubu zadecydował jedynie punkt. O tyle bowiem wyprzedzili relegowany Racing Santander. Z liczącymi kilkadziesiąt milionów długami Osasuna najprawdopodobniej nie przetrwałaby w Segundzie B i konieczne byłoby zrealizowanie planu zakładającego likwidacją klubu o niemal 100 letniej tradycji oraz postawieniu na jego miejscu tworu “kontującego tradycję”.

Osasuno: wielu widziało jak się rodzisz, nikt nie zobaczy kiedy umrzesz – napis na murze Estadio El Sadar

Cud miał miejsce w wyjątkowo korzystnym momencie, co w świetle toczącego się śledztwa związanego z ustawianiem spotkań, mogło rodzić uzasadnione wątpliwości. Niemniej nie ma dowodów na to, że Los Rojillos pomogli sobie w nieuczciwy sposób. Ponadto, w tym czasie prokuratura patrzyła na ręce władz Osasuny, więc wszelkie próby wpływania na rezultaty spotkań graniczyłoby z głupotą.

Enrique Monreal ponownie stał się bohaterem. Ponownie, bo już wcześniej w sezonie 1996-97, uratował Nawarczyków przed spadkiem. Ten impulsywny, siwowłosy jegomość z orlim nosem, między innymi z jego powodu nazywanym “Wiedźmą z Campanas” – jest ucieleśnieniem tego klubu. Urodzony w Campanas Nawarczyk przeszedł wszystkie szczeble szkolenia młodych zawodników w Osasunie. Dołączył do pierwszego składu i w trakcie kariery był blisko przenosin do Realu Madryt. Jednak drużyna z Pampeluny odmówiła sprzedaży. Kibice z całą pewnością nie wybaczyliby takiego ruchu, choć zapewne sprawa rozbiła się o pieniądze. Po tym wydarzeniu Enrique grał dla Los Rojillos jeszcze przez ponad dekadę, a później został: członkiem sekretariatu technicznego, trenerem drużyn młodzieżowej, a następnie rezerw, by dwukrotnie objąć też stery pierwszego zespołu.

target="_blank">Wówczas zasłynął niecodzienną akcją. W przypływie emocji wyszedł poza przeznaczony dla szkoleniowców i wybiciem piłki przerwał kontrę przeciwników Osasuny.

Enrique został także na kolejny sezon, w którym ponownie jego czary zdziałały cuda. Osasuna z chłopca do bicia, zamieniała się w drużynę walczącą o awans. Nikt do końca nie wiedział jak to się stało. Z pewnością ważne było poczucie jedności w szatni oraz wsparcie płynące z trybun. Martín doprowadził nawet do tego, że każdy z fanów otrzymał od klubu darmowy szalik. To jednak nie tłumaczy wszystkiego. O tym, że Los Rojillos wzięli udział w barażach zadecydowała jedynie mała tabela z udziałem Alcorcónu i Realu Saragossy. Promocję Enrique mógł przypłacić życiem, gdyż miał poważne problemy z miażdżycą i dwukrotnie poddawał się zabiegowi implantacji stentu (stalowa, siatkowana “rurka”, którą wszczepia się do naczynia krwionośnego, żeby zapobiegać jego zasklepieniu, a w dalszej konsekwencji zawałowi serca). W takich okolicznościach nadmierna ekscytacja czy stres nie są wskazane.

Trzeci most

Na początku listopada Enrique Martín przebywał w Madrycie, gdzie reprezentował Osasunę na gali zorganizowanej przez Marcę. Sergio León odbierał tam nagrodę Trofeo Pichichi Segunda División za strzelenie 22 goli w poprzedniej kampanii. Sam Enrique był nominowany w kategorii najlepszego trenera, którą ostatecznie – zasłużenie – otrzymał Asier Garitano za poprowadzenie Leganés do ich pierwszego awans w historii. Kiedy Martín przebywał w hotelu zadzwonił do niego telefon. Nie dzwoniono do niego z gratulacjami, ale by poinformować, że właśnie został zwolniony. Zarząd przy siedmiu zdobytych punktach w jedenastu meczach (tylko jedno zwycięstwo) miał ku temu podstawy, lecz forma była zdecydowaną przesadą. Wobec każdego trenera wypada zachować minimum przyzwoitości, a już tym bardziej jeśli ktoś jest – nie boję się użyć tu tego słowa – klubową legendą. Jakby pięć miesięcy po awansie, przy pierwszych większych trudnościach, przestało być ważne kim dla Osasuny jest Enrique Martin.

Ludzie mówią, że “taki jest futbol”, ale jak nie uważam; my go takim uczyniliśmy – Enrique Martín Monreal

Zarząd Osasuny spanikował. Naraził się kibicom, którzy pożegnali swoje ulubieńca transparentem wywieszonym na obiektach treningowych w Tajonar. Napis na nim głosił: “W obecnych czasach futbol to biznes, ale ty przywróciłeś mu uczucia”. Cała sytuacja mogła też odbić się na współpracy miedzy zawodnikami Los Rojillos, a Joaquínem Caparrósem. Współpracy, która zakończyła się kompletną klapą. Andaluzyjczyk musiał opuścić Nawarrę szybciej, niż się tam pojawił z siedmioma porażkami w lidze na siedem rozegranych spotkań. Caparrós odszedł od wariantu z piątką obrońców, który przyniósł Enrique sukcesy i próbował wprowadzić system gry oparty na 4-4-2. Kiedy zastąpił go Petar Vasiljević, dyrektor sportowy Osasuny, powrócił do taktyki stosowanej przez Enrique Martína. Pod tym względem drużyna zatoczyła koło, tracąc jedynie siedem kolejek na nic nie wnoszące eksperymenty. Tymczasem zespół ma tyle samo zwycięstwo, ilu szkoleniowców przewinęło się przez jego ławkę.

Powrót do La Liga spadł na Osasunę jak grom z jasnego nieba. Oczywiście towarzyszyła mu olbrzymia euforia, lecz jednocześnie nikt w klubie nie widział do końca, co z tym fantem zrobić. Było to wyzwanie, na które nie byli przygotowani, dlatego ich ruchy na rynku transferowym charakteryzowały się dużą przypadkowością. Rękę przyłożył do tego i Enrique Martin, który z całą pewnością blisko współpracował z Petarem Vasiljeviciem. Obaj błędnie ocenili, w którym miejscu znajdują się słabe i mocne punkty drużyny.

Przykładowo zarówno Leganés jak i Alavés, choć w drugiej lidze dysponowały lepszymi defensywami niż Osasuna, sprowadziły w swoje szeregi stoperów, którzy już wcześniej pokazali, iż na poziomie Primera Divisón są solidnymi ligowcami. Los Rojillos tego nie zrobili, bazując na trzech środkowych obrońcach bez doświadczenia w La Liga oraz Miguelu Flaño. Ten ostatni najlepsze lata kariery ma już niestety za sobą. Ten ruch, a ściślej jego brak, zadziwia tym bardziej, że – jak już wspomniałem – za Enrique Martína Osasuna stosowała wariant z piątką defensorów, a Nawarczyk miał ich do dyspozycji latem tylko czterech. Los Rojillos nie postarali się, by dobrze obsadzić pozycję bramkarza. Dwójka pozostałych beniaminków mogła sobie to odpuścić, ponieważ miała w swych szeregach Jona Andera Serantesa i Fernando Pacheco, czyli najlepszych portero Segudny División 2015/16. Nauzet Pérez to takich pewniaków już nie należał. Błąd ten naprawiono dopiero zimą. Salvatore Sirigu wybronił niedawno nawet dwa rzuty karne w starciu z Atlético. Zbyt wiele to nie dało, ponieważ Osasuna i tak przegrała 0:3, ale sytuacja idealnie oddaje z czym zmaga się Włoch.

target="_blank">Robi co może, żeby Los Rojillos nie zostali najgorszą defensywą w Primera Divsión.

Po drugiej stronie, do ataku, sprowadzono trzech napastników. Jeden – Sergio León – okazał się rewelacją, a pozostali dwaj są gorsi niż Kenan Kodro (6 goli w obecnym sezonie), którego Osasuna już miała w składzie. Jeden z ofensywnych niewypałów – Emmanuel Rivière oraz defensywny pomocnik Didier Digard stracili poprzednią kampanię z powodu urazów i już latem byli ryzykownym wyborem. Osasuna miała bardzo ograniczone środki, nie stać ich było na rewolucję jak w Alavés. Budżet obciążony spłatą długów pozwolił na wydatki na poziomie 37 milionów euro (z czego 15,6 miliona przeznaczyli na pensje, najmniej w La Liga), ale zdecydowanie mogli te pieniądze lepiej wykorzystać.

Nie przedstawiam recepty na sukces. Pokazuję jedynie przykłady, gdzie można było podjąć lepsze decyzje. Nawet jeśli do tych błędów by nie doszło, utrzymanie Osasuny wciąż byłoby misją niebywale trudną, z gatunku impossible. Być może jedynie uniknęliby kompromitacji. Swoje zrobiły bowiem zdarzenia losowe. Kontuzje zbierają poważne żniwo. Dla Javiego Flaño sezon zakończył się w drugiej kolejce, dla jego brata Miguela w piętnastej. Tano Bonnín zderzył się niefortunnie z Isco w serii gier i nie powróci już na boisko w tej kampanii. Obecnie urazy nie pozwalają grać wszystkim pięciom środkowym obrońcom (jeden dołączył zimą) podstawowego składu, dwóm wahadłowym, dwóm defensywnym pomocnikom, jednemu skrzydłowemu oraz napastnikowi.

Osasuna nie była przygotowana na tak olbrzymi sukces. Udało im się uratować klub przed bankructwem i relegacją z Segundy, udało się awansować wbrew oczekiwaniom, ale utrzymanie przy tak zwichrowanych finansach, jest już tym jednym mostem za daleko. To nie jest drużyna wystarczająco dobra na La Liga, to nie jest klub, który w zaistniałych okolicznościach mógł taką drużynę wystawić. Obecnie Los Rojillos stoją pod ścianą. Ponownie sięgnęli po młodzieży z Osasuny B, żeby w ogóle uzupełnić kadrę meczową. Jakby tego było mało, w przypadku dzisiejszej porażki i jednoczesnego zwycięstwa Leganés nad Las Palmas, mogą stracić już matematyczne szanse na utrzymanie się. Choć wygląda na to, że to i tak  jedynie kwestia czasu. Nawarczykom mierzącym się Barceloną będzie przyświecał jeden cel. Za wszelką cenę zachować twarz. Za wszelką cenę uniknąć powtórki ze starcia z Kanaryjczykami, kiedy to – jak pisała Marca – zawodnicy Los Amarillos

target="_blank"> “zabawiali się z Osasuną niczym orka z fokami”. Tylko czy foki stać na więcej?

 

Autor: TOMASZ ZAKASZEWSKI
Twitter: @T_Zakaszewski

***

Oglądaj mecze La Liga na kanałach ELEVEN w jakości HD i z polskim komentarzem

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (3)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze