W barcelońskich okoliczno-ściah: Wrażenia po BVB. Wina Valverde!

Marcin Poreda

18 września 2019, 13:40

136 komentarzy

Chciałbym na początku doprecyzować pewną kwestię. Nie odnalazłbym się w jednym szeregu ze zwolennikami Ernesto Valverde. Jako culé życzyłbym sobie w jego miejsce trenera odważniejszego, z bardziej ofensywną wizją budowania drużyny. Mimo wszystko bardzo daleko mi do osoby, która stwierdzi, że Txingurri jest złym szkoleniowcem. Jest bardzo dobrym.

Wielbiciel młodzieży

Przez wiele lat swojej kariery trenerskiej Valverde dawał się poznać jako dobry specjalista. Jego cechami charakterystycznymi były (i nadal są) szczegółowe przygotowanie pod każdego rywala, tworzenie i egzekwowanie od piłkarzy drobiazgowych założeń taktycznych oraz co najważniejsze nacisk na grę kombinacyjną na małej przestrzeni. Bardzo dobrze wyłożył to jeden z jego podopiecznych z czasów trenowania Olympiakosu.

Wyśmienity trener. Jeśli chodzi o układanie gry drużyny, to miałem wrażenie, że czasami jest tego aż za dużo. Uwielbiał grę krótkimi podaniami. Treningi były bardzo szczegółowe. I to bez względu na to, czy graliśmy mecz w europejskich pucharach, czy z Levadiakosem w lidze. Do każdego przeciwnika był przygotowany, dobierał drużynę do rywala. Lubił, jak wszystko było poukładane.

Co zaś może być najciekawsze w świetle obecnej pracy Ernesto, to poniższa opinia.

To był trener, który bardzo lubił młodych piłkarzy. On jak miał do wstawienia młodego i starszego, to zawsze bardziej zdecydowałby się na tego młodego, który ma potencjał.

To wszystko są słowa Michała Żewłakowa, który miał na co dzień do czynienia z Hiszpanem. Czytelnicy mogą mieć teraz dysonans poznawczy, bo jakim cudem osoba, która w ciągu dwóch ostatnich sezonów pozwoliła wychowankom na około 3000 rozegranych minut w pierwszej drużynie może być określana jako zwolennik młodych? Należy jednak pamiętać, że Ernesto w przeszłości faktycznie tak postępował. Za jego czasów został wypromowany Laporte, Williams, czy wreszcie Kepa, któremu pozwolił grać, pomimo posiadania w składzie Iraizoza i Herrerina. Drobne perełki możemy dojrzeć cofając się aż do 2005 roku i trenowania Espanyolu. Juanfran, Zabaleta, nieodżałowany Dani Jarque, Kameni. Ci wszyscy zawodnicy, wtedy bardzo młodzi, mieli zaufanie trenera i grali regularnie.

Warto zdać sobie sprawę, że przez te dwa lata funkcjonowania w Barcelonie Valverde nie miał takiej drużyny, jaką chciał mieć. Nagromadzenie przeciętniaków było zbyt duże, a rykoszetem dostawali młodsi. Nie będę tego jednak teraz roztrząsał, bo warto skupić się na obecnej sytuacji. Kadra liczy 21 zawodników – wreszcie blisko optymalnej dla trenera „dwudziestki”. Kiedy kontuzję łapie crack, to w jego miejsce nie wbiega Denis, Rafinha, Malcom lub André Gomes, tylko Ansu Fati i Carles Pérez. Valverde zdaje się wracać do źródeł i swojej pierwotnej filozofii zarządzania kadrą. Mnie się to podoba.

Dobre tendencje we wczorajszym meczu…

Po obejrzeniu wczorajszego meczu nie mogę dołączyć się do chóru krytyków i malkontentów. W pierwszej połowie byłem zachwycony sposobem konstruowania ataku pozycyjnego przez Barcelonę. Brakowało jedynie odwagi i odrobiny więcej ryzyka w momentach zbliżania się do pola karnego BVB – poza tym obserwowałem niemal kompletną dominację w środku pola, która jest pierwszym krokiem do dobrej gry. Druga część spotkania była słabsza, ale wpływ na to miał kryzys fizyczny zawodników grających na dużej intensywności w starciu z wybieganym rywalem. Ernesto dobrze ułożył skład i dobrał pasującą taktykę. Widziałem drużynę dążącą do zwycięstwa. To bardzo wiele po dwóch latach oglądania przeciętności. Plusik dla trenera.

Kolejną szalenie ważną zagrywką było wystawienie Ansu Fatiego w pierwszym składzie. Zupełnie nieistotne jest jak młody zagrał. Najważniejszy jest fakt, że zdobył on doświadczenie wynikające z występu w najbardziej prestiżowych rozgrywkach piłkarskich w Europie. Jak bardzo wzrosła jego pewność siebie i jak to przełoży się na „lżejsze” mecze? Można łatwo się domyślić. Ansu już teraz może sobie myśleć: „Grałem z Valencią, grałem z Borussią w Lidze Mistrzów i dałem radę. Może parę rzeczy powinienem zrobić lepiej, ale teraz już to wiem, bo miałem okazję się przekonać”. Dla młodego zawodnika, który jeszcze do niedawna ten cały świat oglądał tylko w TV, to bardzo ważne. Odpowiedzialny za to znów jest Valverde. Kolejny plusik.

…i te złe

Najgorszym aspektem wczorajszego meczu było wejście na murawę Messiego. Oczywiście nie mam tu na myśli samego powrotu do zdrowia legendy, tylko jego rolę po zameldowaniu się na boisku. Leo przejął rolę playmakera. Nie potrafił zaufać dobrze funkcjonującej linii pomocy. Musiał się cofać, rozgrywać, napędzać akcje. W konsekwencji De Jong i Arthur błyskawicznie przekazywali mu futbolówkę, nie wykazując już większej inicjatywy w rozgrywaniu, Messi próbował kreować, ale finalnie nie miał do kogo podawać. Winnym tego stanu rzeczy jest bez wątpienia trener, który nadal nie potrafi odpowiednio wykorzystać Argentyńczyka. Ilu już ekspertów wypowiadało te powszechne opinie, że trzeba dopasować Leo do zespołu, a nie zespół do Leo? To nie napawa mnie optymizmem przed kolejnymi spotkaniami. Minus dla Ernesto.

W tym wszystkim ważne jest zachowaniu umiaru i dostrzeżenie wielowymiarowości pracy trenera. Ten sezon będzie ostateczną weryfikacją Estremadurczyka. Albo wróci na dobre do stawiania na utalentowaną młodzież, która ma zapał do gry ofensywnej i odpowiednio wykorzysta przy tym geniusza z Rosario, albo znów rzuci piłkę na murawę i będzie liczył, że ten będzie wygrywał mu mecz za meczem. Warto jednak uspokoić się i dać mu szansę. Ostatnią.

Fot. Богдан Заяц / CC BY-SA 3.0

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (136)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze