- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1156 Culés
Gorące dyskusje
Laminedependencia
0
Co wolicie - Yan Diomande za 130 + Vlahovic z bonusem za podpis czy Alvarez za 130 + zmienne ?
27 odpowiedzi
Starrk
0
Hipotetycznie Argentyna wygrywa Mundial, a Messi ma Króla strzelców i zawodnika turnieju.Kto... » Czytaj dalej
17 odpowiedzi
Kessie
9
W Sosnowcu jednak nie ma żadnego złota w ściekach, wychodzę a ty @Luciano99 bredziles,... » Czytaj dalej
10 odpowiedzi
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1156 Culés
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu(w odpowiedzi na mój komentarz):
@Sensible
@patataj
@Pawel13sz
@Lionel_Messi10
@Ogorinho1974
@NaFazieHitman
@Roni/VEB
@Symson
@DaPidejpi
@MesQueUnClub96
9
@FCBparasiempre 11 lipca 1960 r. urodził się Kazimierz Przybyś, obrońca. Nigdy nie pękał, nawet jeśli grał przeciwko światowym gwiazdom. Kiedyś jednak dał się ponieść emocjom. Sprowokował go Enzo Francescoli, wielka legenda urugwajskiego futbolu. Takie mecze z udziałem Biało-Czerwonych zdarzają się bardzo rzadko a w ostatnich dekadach nie ma ich w ogóle. Liczą się już wyłącznie gry międzypaństwowe i to o konkretną stawke. W latach 80-tychbyło inaczej. Zdarzały się takie perełki, jak towarzyskie starcie River Plate z reprezentacją Polski w lutym 1986 roku w Mar del Plata. Zespół Piechniczka wybrał się do Ameryki Południowej aby przygotować się do czekających 4 miesiące później mistrzostw świata w Meksyku. Najważniejszym celem wyprawy był pierwszy w historii mecz z Urugwajem(2:2) ale potyczka z argentyńskim River Plate robiła może jeszcze większe wrażenie. To był topowy, legendarny klub, zresztą w tym samym roku zdobył Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny a w składzie znajdowali się piłkarze, którzy na meksykańskim mundialu w podstawowej jedenastce Argentyny zdobywali złoto: Pumpido, Ruggeri, Hector Henrique, no i był urugwajski napastnik Enzo Francescoli, zwany ,,El Principe” czyli ,,Książe”. Na trybunach pojawiło się aż 30 tysięcy ludzi, mecz transmitowała argentyńska telewizja. Polacy grali świetnie. Wprawdzie do przerwy stracili gola ale na początku drugiej połowy wyrównali i choć Francescoli szybko strzelili na 2:1, to później w 17 minut nasze orły zdobyły 3 gole. Było już 4:2 dla Polski i nic złego nie mogło się stać a jednak…. Wszystko przez tę nieszczęsną czerwoną kartke dla Przybysia, który został ukarany za scysje z Francescolim. Nasz obrońca do te pory umiejętnie się nim opiekował a strzelony przez Urugwajczyka gol był do przelknięcia, wkalkulowany w bilans zysków i strat, w końcu nasz zespół efektownie prowadził. Dopiero na kwadrans przed końcem meczu zaistniała nowa sytuacja. ,,Normalnie mnie opluł! Po takim światowcu spodziewałem się większej klasy. W każdym razie często sobie z nim radziłem, co go chyba frustrowało. W końcu dałem mu się sprowokować. Na pewno był cwańszy ode mnie, zabrakło mi doświadczenia. No więc gdy mnie opluł i jeszcze dyskretnie kopnął, wykonałem ruch jakbym zamierzał go uderzyć. Działałem w dużych emocjach, jak każdy opluty człowiek, lecz w ostatniej chwili się powstrzymałem. Jemu jednak tyle wystarczyło. Zasymulował że dostał ode mnie cios a sędzia łatwo mu uwierzył i wyrzucił mnie z boiska. Można się było tego spodziewać, w końcu arbiter był Argentyńczykiem”- opowiada pan Kazimierz. Po zejściu Przybysia za chwile doszło do kolejnego spięcia. Po czerwonej kartce obejrzeli Zgutczyński i Borelli. Na boisku zrobiło się więcej wolnej przestrzeni, gospodarze złapali wiatr w żagle, rozbujali się a już najbardziej Francescoli. Strzelił kontaktowego gola, potem był remis. W doliczonym czasie gry, pozbawiony uciążliwej opieki Przybysia ,,Książe” popisał się efektownymi nożycami i strzelił gola na 5:4! Zachwycone lokalne media nazwały to zwycięstwo meczem dekady. Pan Kazimierz był już wtedy sprawdzonym w bojach kadrowiczem i murowanym kandydatem do wyjazdu na mundial. Otwarta pozostawała tylko kwestia w jakiej roli. Miał prawo liczyć że będzie zawodnikiem podstawowej jedenastki bo na finiszu eliminacji gral regularnie. Po kiepskim meczu z Belgią(0:2), w którym gospodarze okrutnie nas zdominowali, Piechniczek musiał koniecznie coś zmienić w składzie i taktyce. Przybyś na tym skorzystał i wskoczył do drużyny. ,,Misja była trudna ale plan klarowny. Trzeba było pokonać w dwóch kolejnych meczach na wyjeździe Grecje i Albanie a we wrześniu nie przegrać u siebie z Belgią. Zadanie zrealizowaliśmy wzorowo”- opowiada Przybyś. Na środku obrony stworzył solidny duet stoperów z klubowym kolegą z Widzewa Romanem Wójcickim, choć w meczu w Atenach(4:1) był debiutantem, spadła na niego wyjątkowo odpowiedzialna rola bo w bloku defensywnym miał zastąpić postać pomnikową- Władysława Żmude. Poradził sobie, tak samo jak 11 dni później w Tiranie(1:0). Widzewiak dokonał dużej rzeczy bo wcześniej Piechniczek nie patrzył na niego łaskawym okiem. Można powiedzieć iż miał prawo być do niego nawet trochę zrażony. Wszystko przez sprawę z grudnia 1983 r., kiedy już pierwszego dnia po świętach selekcjoner zarządził zgrupowanie w Wiśle przed styczniowym wylotem do Indii na turniej o Puchar Nehru. W ośrodku ,,Startu” 27 grudnia nie pojawiło się trzech piłkarzy Śląska Wrocław: Tarasiewicz, Prusik i grający jeszcze w tej drużynie Przybyś. Twierdzili że nie mogli bo z uwagi na status regularnych żołnierzy mieli obowiązkowe szkolenie wojskowe. Piechniczek żadnego z nich do Indii nie zabrał. Szykowały się poważniejsze sankcje dla klubu ale przed specjalnie powołaną komisją Śląsk wygrał spór z szefem kadry. W tamtych czasach kwestie wojskowości były priorytetem, jeśli nawet absurdalnie konfrontowano je z interesami piłkarskiej reprezentacji Polski. Sprawa przycichła ale czyżby podświadoma niechęć Piechniczka do Bogu ducha winnego Przybysia została? Mundial w Meksyku zaczął jednak na ławce. Na środku obrony obok Wójcickiego zagrał bardziej doświadczony Stefan Majewski. Czas pokazał że na mistrzostwach Majewski nie miał szczęścia- indywidualnie krył Linekera, który strzelił Polsce 3 gole! a potem także Brazylijczyka Carece, który też mocno dał się nam we znaki. Przybyś pojawił się na boisku po zmianie stron już w pierwszym meczu z Marokiem; na prawej obronie zastąpił Kubickiego. Po laniu od Anglii, kiedy szczęśliwie udało się prześlizgnąć do 1/8 finału, zagrał znowu, wreszcie w wyjściowym składzie. W starciu z Brazylią(0:4) zastąpił Krzysztofa Pawlaka. Widać że z obsadą prawej obrony trener miał duży kłopot. ,,Do 30 minuty graliśmy super; był słupek Tarasiewicza, poprzeczka Karasia. Zdecydowanie nasze najlepsze pół godziny na mundialu. Na trybunach w pierwszych minutach był tumult, brazylijskie bębny i nagle zrobiło się cicho. Kibice chyba się dziwili że gramy aż tak dobrze. Niestety, chwila nieuwagi i sędzia gwizdnął dość problematyczną jedenastke. Straciliśmy gola i wszystko nam się posypało. Klasowa drużyna po przypadkowej stracie gola musi umieć się podnieść a myśmy tracili kolejne bramki. Widocznie nie byliśmy tak klasowi”- opowiada Przybyś. Po mundialu występował jeszcze w kadrze Wojciecha Łazarka ale to był już zdecydowanie okres schyłkowy. Ostatni raz zagrał z Holandią w Zabrzu, w ponurym dla Polski meczu bo łatwo przegranym 0:2, na dodatek kończącym nieudane eliminacje Euro 1988. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział że latem następnego roku Holandia zachwyci świat totalnym futbolem, który da jej tytuł mistrza Europy. ,,W całej karierze nigdy nie zagrałem z równie mocną drużyną, co wtedy w Zabrzu. Kryłem van Bastena i na własnej skórze mogłem się przekonać, jaki to czarodziej. Ciesze się że nie strzelił gola, no ale dwa razy trafił Gullit i przegraliśmy”- podsumowuje pan Kazimierz. Kariere klubowa kończył w Widzewie, wcześniej w elicie grał tylko w Śląsku. Występował więc w dwóch interesujących, charakternych drużynach. Zwykle odpowiadał za opieke najlepszych napastników rywali, więc sam mógł zapomnieć o strzelaniu goli ale jeden raz trafił i to w meczu swoich drużyn. ,,Grałem z Widzewem we Wrocławiu. Krótko rozegrany rzut wolny, piłka do mnie, kopnąłem w kierunku bramki i wpadła”- wspomina Przybyś. Niewiele to jednak dało drużynie bowiem Widzew przy Oporowskiej przegrał 1:2. Przybyś nigdy nie zagrał w zagranicznym klubie. Może gdyby urodził się 10 lat później, byłoby mu łatwiej podjąć decyzje bo wyjazdy Polaków stawały się coraz powszechniejsze. ,,Ciekawych piłkarskich wspomnień i tak mi nie brakuje, zawsze będę miał o czym opowiadać”- wspomina wychowanek Broni Radom.