- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1824 Culés
Gorące dyskusje
Arkon
7
Najlepsi piłkarze w historii, ale bez Leo i CR7. U mnie Diego i Ronaldinho poza... » Czytaj dalej
49 odpowiedzi
agaFCB
22
Nigdy więcej alkoholu!
46 odpowiedzi
Arkon
6
Niech mi ktoś wytłumaczy fenomen Netflixa. Połowa roku i ciągle ludzie dyskutują o serialach i... » Czytaj dalej
45 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1824 Culés
4
Cudowne lata ,,Diablos Rojos”(tylko w odpowiedzi na mój komentarz):
@Adran360
@AssisMoreira
@Culer9002
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Symson
@Sysia11
@Visca_barca
3
@FCBparasiempre
Francisco Sa jest wykładowcą kursów trenerskich organizowanych przez AFA na El Monumental. Wysoki i szczupły, nosi okulary w drucianych oprawkach pod kędziorami siwych włosów a Mówi tak cicho że siedząc w szkolnych ławkach i jednej ze stadionowych sal wykładowych, ledwo go słyszymy przez dobiegające z pobliskiej hali krzyki i uderzenia piłki grających tam pięcioosobowych drużyn. Urodził się daleko na północy, w Las Lomitas, w położonej przy granicy z Paragwajem prowincji Formoza ale zawsze był kibicem Independiente i już w rodzinnej miejscowości siadał wraz z rodzicami i rodzeństwem przy radiu by słuchać transmisji meczów klubu z ,,Avellanedy”. Karierę piłkarską zaczynam w młodzieżówce Central Goya, gdzie podpisał także pierwszy zawodowy kontrakt a w 1968 roku przeniósł się do Huracan de Corrientes, klubu ze stolicy prowincji. Wydawało się że przełom w jego karierze nastąpił, kiedy w wieku 23 lat znalazł się w końcu w Buenos Aires ale w ciągu dwóch sezonów w River Plate wystąpił zaledwie w dwóch spotkaniach. Prawdziwy początek oznaczała dopiero przeprowadzka do independiente, miał już 25 lat ale zanim w 1982 roku wziął definitywny Rozbrat z piłką, stał się najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii Copa Libertadores. Zespół do którego dołączył prowadzony przez dawną legendę Racingu Pedro Dellache wygrał właśnie Metropolitano. W bramce stał 28-letni a więc wkraczający swój najlepszy okres Miguel Angel Santoro. To z nim w składzie drużyna wygra dwa pierwsze Copa Libertadores a za akcję ofensywne odpowiadał elegant o kruczo-czarnych włosach Jose Omar Pastoriza, zwany ,,El Pato”. Rok później drużyna obroniła Mistrzostwo Ligi, Potem zaś Delacha odszedł a na jego miejsce pojawił się mieszkający z nim w pokoju podczas przedmeczowych zgrupowań Humberto Maschio, dotąd zatrudniony jako specjalista od przygotowania fizycznego. Maschio miał to szczęście że odziedziczył nie tylko zwycięski skład ale także grupę utalentowanych juniorów wśród tych ostatnich wybijają się zwłaszcza Ricardo Bochini, opisany wprawdzie przez dziennikarza jako ,,niezgrabny i nieruchawy karzeł pozbawiony silnego strzału, umiejętności gry głową a nade wszystko charyzmy” ale mający się stać najpopularniejszym piłkarzem w historii klubu w gruncie rzeczy zresztą to brak walorów fizycznych albo gwiazdorskich zachowań zwiększał jego atrakcyjność w oczach fanów. W swojej absolutnej zwyczajności był symbolem geniuszu argentyńskiej piłki, dzieciakiem z ulicy, który stał się kimś nie dzięki mozolnemu szkoleniu czy sile fizycznej ale naturalnemu talentowi. ,,Pozwoliłem Bochinemu zadebiutować. Grał pół godziny i był fantastyczny. Kiedy następnym razem posadziłem go na ławce ludzie mnie wygwizdywali. Uwielbiali go bo znali go z młodzieżówki i z rezerw. Każda nasza ,,dziewiątka" zostawała przy nim królem strzelców cudzysłów”- opowiadał Maschio. Bochini nie lubi udzielać wywiadów ale w końcu po wielu cergielach zgadza się na to. ,,El Bocha” urodził się w Zarate, jakieś 90 km na północ od Buenos Aires na zachodnim brzegu Parany. Jako młody chłopak występował w belgrado, klub jest z rodzinnego miasta i zapowiadał się na tyle dobrze że kiedy skończył 15 lat ojciec zabrał go na testy do San Lorenzo i Boca Juniors. Nie wypadły pomyślnie, więc kolejną próbę podjęli w Independiente. ,,Opiekunem drużyny był wtedy Nito Veiga. Kiedy zobaczył mnie w akcji uznał że coś potrafię a potem wysłał mnie na mecze rezerw, Independiente przeciwko San Martin de Tucuman, który do dziś pamiętam miał zostać rozegrany na stadionie Racingu, gdyż obiekt Independienty był właśnie w remoncie. Mogę więc powiedzieć że pierwszy raz wystąpiłem w stroju Independiente na stadionie Racingu”- opowiadał Bochini. Rok później Belgrano de Zarate wypożyczyło go do Independiente. Miał występować w rezerwach grających wówczas na siódmym szczeblu ligowej drabinki. Mieszkał wciąż w rodzinnym mieście, co oznaczało konieczność długich podróży na południe w każdy wtorek i czwartek, kiedy odbywały się treningi oraz dołączanie do drużyny na sobotnie mecze. ,,Wychodziłem o 6:00 rano, najpierw łapałem autobus na rogu mojej ulicy a potem przesiadałem się na drugi żeby dojechać do stacji kolejowej w Zarate. Potem jechałem pociągiem do dworca Constitucion a stamtąd jeszcze jeden autobus do ,,Awellanedy”. W sumie dotarcie do ośrodka treningowego zajmowało mi 4, 5 godzin. Przyjeżdżałem koło południa, trenowałem do drugiej-trzeciej a potem wracałem do domu kolejne cztery, pięć godzin. Traciłem na to cały dzień. Całe szczęście że działo się to tylko dwa razy w tygodniu, gdyż codziennie nie dałbym rady"- wspominał Bochini.
W takim układzie jednak oznaczało to męczące podróże i Bochini poważnie myślał o tym, by dać sobie spokój z futbolem. ,,Dorastałem w skromnej rodzinie. Brakowało nam pieniędzy a wszystkie te autobusy i pociągi sporo kosztowały, nie mówiąc o tym że musiałem czasem coś zjeść kropkę klub nie zwracał kosztów więc pewnego dnia po prostu uznałem że więcej nie będę jeździł i przez następne dwa miesiące siedziałem w Zarate. Później jednak przekonali mnie żebym wrócił. Powiedzieli że się mną interesują i że czeka mnie przyszłość w tym klubie więc wznowiłem treningi a w następnym sezonie zdecydowali się mnie kupić, więc przeprowadziłem się do internatu, który klub prowadził dla dzieciaków z prowincji. Skończyły się długie podróże"- wspominał Bochini. Jako obrońca Copa Libertadores Independiente w 1973 roku dołączyło do tych rozgrywek dopiero na poziomie grup półfinałowych i także tym razem musiało wygrać swój ostatni mecz by awansować. Ich przeciwnikiem było San Lorenzo a Jedno bramkowe zwycięstwo zapewnił im Miguel Angel Giachello. W finale czekało Colo-Colo. Samobójczy gol Sa w 71 minucie dał Chilijczykom prowadzenie w pierwszym meczu w ,,Avellanedzie” ale 4 minuty później lewoskrzydłowy Mario Mendoza wyrównał i spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Rewanż odbył się, jak wspomina Sa, w wyjątkowo nieprzyjazny atmosferze. ,, Chile przechodziło wówczas trudny okres. Prezydent Allende był już bardzo słaby a kilka tygodni później został obalony. Wrogość Towarzyszyła nam od chwili, gdy wysiedliśmy z samolotu. Otaczała nas w hotelu, na stadionie, właściwie wszędzie. Nasz autobus, który specjalnie jechał na około żeby dodatkowo wyprowadzić nas z równowagi obrzucono butelkami. W szatni i w tunelu nie było prądu, naprawdę atmosfera jak na Libertadores. Wiele lat później wpadłem na Arppi Filho, który sędziował tamten finał i zapytałem jaki był najtrudniejszy mecz w jego karierze. Odpowiedział że właśnie starcie Colo-Colo z Indipentiente"- opowiadał Bochini. Wszystko to nie zmienia faktu że Argentyńczycy nie ulegli rywalom. Mecz zakończył się bezbramkowym remisem i trzeba było zagrać Jeszcze raz. Dodatkowy mecz odbył się na ,,Centenario” w Montevideo. Independiente objęło prowadzenie po golu Mendozy ale 6 minut przed przerwą Carlos Caszely, najskuteczniejszy strzelec tamtych rozgrywek doprowadził do wyrównania. Doszło do dogrywki i wkrótce po zmianie stron, w 107 minucie meczu, Giachello przeniósł piłkę nad bramkarzem Colo-Colo Adolfo Nefem a Independiente wygrało 2:1. Po tym sukcesie drużynę opuścił Maschio a na jego miejsce pojawił się Roberto Ferreiro, prawy obrońca Independiente, które wygrywało Copa Libertadores dwukrotnie w latach 60-tych. Pracował zaledwie rok a po nim drużynę poprowadził znów Dellacha. Częste odejścia trenerów nic jednak nie zmieniły w kwestii kontynentalnej dominacji Independiente i miały dużo mniejszy wpływ na styl drużyny niż rozwój talentu Bochiniego i sprowadzenie z Quilmes Daniela Bertoniego, którego nazwisko wymieniano odtąd wspólnie z nazwiskiem tego pierwszego. Bertoni, skrzydłowy z tendencją do schodzenia do środka pola grał szybką, bezpośrednią piłkę i miał wielki talent. ,, Byli dwoma kluczowymi piłkarzami, którzy wzbogacili całą tę naszą twardość. Bochini był nadzwyczajnym piłkarzem a Bertoni fenomenalnym napastnikiem. Dziś już mało kto o nim pamięta ale był szybki silny potrafił strzelać obiema nogami, dryblował i strzelał mnóstwo goli a Bochini był zawodnikiem w typie Iniesty, utalentowanym i inteligentnym"- mówił Sa. To Bochini stał się mistrzem najbardziej cenionej umiejętności w argentyńskiej piłce, ,,la pausa”, czyli opóźnienia na ułamek sekundy podania, by pozwolić jego adresatowi osiągnąć idealną pozycję. Sposób, w jaki tłumaczył to zagranie sam Bochini, wskazuje rzeczywiście na nadzwyczajną zdolność do zwizualizowania i przewidzenia zachowania innych graczy. Przywołuje wręcz na myśl uwagę ewolucjonisty Stephena Goulda że zdolność czołowych sportowców do dokonywania błyskawicznych kalkulacji na niemal każdym innym polu pozwalałyby ich określić mianem geniuszy. Bochini mówił: ,, według mnie są dwa rodzaje ,,la pauza” i dwa sposoby robienia ,,la pauza”: kiedy piłka zagrana jest powoli albo kiedy zagrana jest szybko. Czasami to ty musisz biec z futbolówką przy nodze żeby Partner w tym czasie zdążył wyjść na pozycję. Coś takiego wydarzyło się na przykład podczas meczu z Olimpią(w fazie grupowej Copa Libertadores 1984) kiedy Barberon podał do mnie i popędził do przodu a ja również biegłem z piłką równocześnie jednak czekając aż znajdzie się na dobrej pozycji. Gdybym został na swojej pozycji bez ruchu nie byłbym w stanie dobrze go obsłużyć. Biegłem więc z piłką ale cały czas czekałem aż znajdzie się w odpowiednim miejscu a ja będę mógł mu podać. Zrobiłem to, dośrodkowałem a on strzelił. Innym razem z Gremio w Porto Alegre(w pierwszym meczu finału Copa libertadores 1984), miałem piłkę przy nodze ale musiałem zaczekać, gdyż tamci byli bardzo dobrze ustawieni i odcięli nam niemal całą przestrzeń. Musiałem więc utrzymać piłkę pomimo asysty kryjącego mnie gracza, czekając aż Burruchaga, który właśnie wystartował, znajdzie się za plecami obrońców. Podeszliśmy blisko pola karnego, było bardzo ciasno i musiałem zagrać idealnie w tempo. Za czekałem, podałem i strzeliliśmy. Tak wygląda typowe wytłumaczenie czym jest ,,la pauza”. Chodzi o to żeby utrzymać piłkę aż partner wyjdzie na pozycję. Za pierwszym razem, w przypadku szybkiej pauzy, chodzi o moment olśnienia, o którym nikt nic nie wie(Bochini cicho i trochę niepokojąco zachichotał) i prawie nikt go nie zna. Gdybym został w środku pola mój partner byłby 30 m dalej i nawet gdyby zdołał przyjąć piłkę w polu karnym nie byłoby nikogo, kto czekałby na jego dośrodkowanie. Musiałem więc szybko biec ale zarazem czekać, gdyż byliśmy przecież w drugiej linii, mieliśmy mnóstwo przestrzeni i mnóstwo metrów do ogarnięcia".
1
@FCBparasiempre Zdaniem Bochiniego postrzegania ruchu w ten właśnie sposób jest wrodzona: ,, to nie jest coś, czego możesz się nauczyć. To jest coś, co przychodzi w danej chwili i zależy od inspiracji kolegów. Musisz wiedzieć jak zrobić la pauzę A ktoś inny musi wiedzieć że ją zrobisz i uważać żeby wykonać właściwy ruch w odpowiednim momencie, tak żeby zaskoczyć rywala. ,,La pauza” bez współpracującego z tobą partnera jest po prostu utrzymywaniem się przy piłce do momentu, w którym zostaniesz sfaulowany albo zyskasz parę sekund, Jeśli chodzi ci o grę na czas. Najważniejsze żeby mieć właściwych piłkarzy. Jeśli nie masz w drużynie kogoś szybkiego, jak Barberon albo Burruchaga, kto będzie potrafił w odpowiednim momencie wybiec za plecy obrońców, wykorzystywanie ,,la pauza” nie ma sensu ale samej techniki można i trzeba się nauczyć. Wiele zawdzięczam grze na ,,potreros", jednak w trakcie prawdziwych meczów(mam nawet wrażenie że bardziej w trakcie meczu niż treningów) technikę można poprawić. Kiedy na boisku masz do czynienia z prawdziwymi problemami musisz je rozwiązywać najszybciej, jak potrafisz. Twoje zagrania robią się wtedy coraz bardziej precyzyjne i coraz lepiej służą drużynie". Duet Bochini- Bertoni stał się więc zabójczo skuteczny a ich współpraca nie wymagała niemal ćwiczeń na treningach. ,, rozumieliśmy się od pierwszej chwili, w zasadzie bez słów. To było coś absolutnie naturalnego, zupełnie Jakbyśmy grali ze sobą od urodzenia. Świetnie się uzupełnialiśmy, Ja byłem szybki i znałem mnóstwo sztuczek, on był silny i doskonale grał z klepki, którą myśmy w Argentynie nazywali ,,pared"(ściana)"- mówił Bochini. Miało to rzecz jasna wpływ na grę całej drużyny. ,, Po tym, jak stworzyli tak znakomitą parę, ustawienie całego zespołu się zmieniło, nie jakoś ogromnie ale się zmieniło kropkę staraliśmy się utrzymać pewien taktyczny schemat. Goście z przodu musieli ciężko pracować żeby zapewnić nam balans i żeby nie było słabych punktów i zawsze mieliśmy mózg. Najpierw był to Pastoriza. Cała drużyna starała się podać piłkę do Pastorizy a potem naszym mózgiem stał się Bochini, który był naprawdę kreatywny i potrafił zrobić różnicę. To było wielkie wsparcie"- opowiadał Francisco Sa. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości co do talentu Bochiniego, musiały się one rozwiać w finale Pucharu Interkontynentalnego. W 1972 roku Independiente spotkało się z wielkim Ajaksem trenowanym przez Stefana Kovacsa remisując 1:1 w ,,Avellaneda” i przegrywając 0:3 po jednostronnym widowisku w Amsterdamie. W 1973 roku jednak Ajax odmówił wzięcia udziału w tych rozgrywkach i Europę reprezentował pokonany wcześniej przez Holendrów Juventus a zamiast dwumeczu rozegrano tylko jedno spotkanie na stadionie olimpijskim w Rzymie. ,, Naturalną reakcją były wątpliwości, czy jesteśmy w stanie grać swoje przeciwko jednej z najsilniejszych drużyn Europy ale na boisku szybko się zorientowaliśmy że wcale nie jesteśmy słabsi że potrafimy ich przedryblować że jesteśmy również szybcy a nawet szybsi"- wspominał Bochini. Na początku drugiej połowy Antonello Cuccureddu z Juventusu nie wykorzystał rzutu karnego, strzelając nad poprzeczką a na 10 minut przed końcem padł gol który zapewnił Bochiniemu i duetowi Bochini-Bertoni status legendy Independiente. Akcje rozpoczął na środku boiska Bertoni, podając do Bochiniego zewnętrzną częścią prawej stopy. Oddalony ponad 30 m od bramki i mający niewiele miejsca Bochini przyjął piłkę również naprawą nogę i choć był pilnowany przez Claudio Gentile, zdołał jednak obrócić się i przełożyć ją na lewą. Nagle otworzyła się przed nim uliczka, którą w biegu gwałtownie przyspieszając. Znajdujący się za jego plecami Bertoni z biegu do środka akurat w momencie, gdy Sandro Salvadore blokował Bochiniego. Bochini odegrał piłkę na prawo, gdzie Bertoni zagrał perfekcyjną klepkę. Futbolówka wróciła do jego stóp na skraju pola karnego i Argentyńczyk mimo że osaczany już przez Salvadore i Sylwio Longobucco, zdołał przerzucić ją nad Dino Zoffem. Był to jedyny gol w tym meczu i Independiente stało się trzecią argentyńską drużyną, która wygrała puchar interkontynentalny. Był to także gol o statusie mitycznym, gdyż taśma z argentyńską transmisją tamtego spotkania zaginęła. Kibice mówili nawet o ,,el gol invisible" aż w końcu w 2009 roku ich organizacja o nazwie ,,Independiente mistico”, wpadła na prosty pomysł udania się do Włoch i poproszenia państwowego nadawcy, w telewizji Rai okopie nagranie. Nawet jednak bez tej dodatkowej otoczki był to gol, po którym Independiente zyskało status globalnego mocarstwa a Bochini został prawdziwą gwiazdą.
Piłkarz ten odegrał również kluczową rolę w finale Copa libertadores w następnym roku, zdobywając pierwszego gola w zakończonym zwycięstwem Independiente 2:0 meczu rewanżowym z FC São Paulo, co oznaczało konieczność rozegrania jeszcze jednego rozstrzygającego pojedynku. Tym razem o jego losach zadecydowały dwa rzuty karne. Najpierw 8 minut przed przerwą Pablo Forlan dotknął piłki ręką po rzucie rożnym Bochiniego a jedenastke wykonywał jego kolega z reprezentacji Urugwaju Ricardo Pavoni, weteran finału Copa libertadores z 1965 roku. Lewy obrońca wciąż nosi wspaniałe wąsy teraz lekko posiwiały, nadający mu wygląd człowieka doświadczonego i władczego. Wówczas jednak były one kruczoczarne i opadały aż na krawędź szczęki, wyglądał więc raczej jak autor melancholijnych ballad. ,, biorę piłkę i idę w kierunku 11 metra ponieważ to ja byłem wyznaczony do wykonywania karnych. Idę i idę a bramka robi się coraz mniejsza. Wiem że za chwilę będę strzelał. Słyszę jak Kibice śpiewają ,,Uruguayo, uruguayo" ale to ,,Uruguayo, uruguayo" znaczy także ,,strzel to", ,, nie możesz spudłować"- opowiadał Pavoni. Uderzył w w piłkę w sam środek bramki, podczas gdy bramkarz Peres rzucił się w lewo. Później, w drugiej połowie Carlos Gay obronił strzał ze Carlosa i Independiente wygrało Copa libertadores po raz trzeci z rzędu. ,, to zwycięstwo oznaczało że mamy możliwość wygrać Libertadores 4 razy z rzędu. To byłoby naprawdę coś, bo wcześniej Nikomu się taka sztuka nie udała"- mówił Sa. Największa przeszkoda nie miała nic wspólnego ze sportem, gdyż Bochini odbywa wówczas służbę wojskową. ,, Nie było tak źle. Przez pierwsze dwa miesiące musiałem tam(w koszarach) siedzieć prawie cały czas ale potem pozwalali mi wychodzić i grać mecze a w końcu miałem się tam stawiać co 15 dni. Mój dowódca był kibicem Racingu ale nigdy nie miałem z tego powodu żadnych problemów ani nieprzyjemności a z czasem się nawet Zaprzyjaźniliśmy I zaczęliśmy razem jadać. Tylko jedne ćwiczenia Dały mi w kość tak bardzo że wróciłem do domu wykończony, miałem grać mecz ale nie mogłem się ruszać. Nogi miałem jak kłody"- opowiadał Bochini. Żeby awansować do finału musieli wygrać z cruzeiro różnicę co najmniej trzech goli i zrobili to, między innymi dzięki olimpijskiej, czyli zdobytej bezpośrednio z rzutu rożnego w bramce Bertoniego. Później zaś Independiente okazało się lepsze od Union Espanola i osiągnęło cel a mianowicie czwarte trofeum Copa Libertadores z rzędu i szóste w historii klubu! Sukcesy w rozgrywkach kontynentalnych były wówczas dla tutejszej piłki normą. Pomiędzy 1968 a 1980 rokiem nie zdarzyło się by w finale Copa Libertadores zabrakło klubu z Argentyny. Na poziomie reprezentacyjnym Jednak potrzeba było sporo czasu aby pozbierać się po szoku związanym z brakiem awansu na mundial w 1970 roku. Omar Sivori zastąpił Juana Jose Pizzutiego na posadzie selekcjonera i pragnąc naprawić błędy z poprzednich eliminacji wspólnie z działaczami afa postanowił wdrożyć plan Maschio. Reprezentacja miała się specjalnie przygotować do rozgrywanego na dużej wysokości wyjazdowego meczu z Boliwią powstała specjalna ekipa piłkarzy, w której znaleźli się między innymi Kempes i Bochini. Wysłano ich do Tilcary, w północnej prowincji Jujuy aby aklimatyzowali się i trenowali na wysokości ponad 2500 m. nad poziomem morza. Nazywano ich ,,La Selection Fantasma", czyli reprezentacja widmo a ci, którzy zostali do niej powołani mieli poczucie odstawienia na boczny tor. Kempes narzekał później na standard hotelu, w którym zostali zakwaterowani i mówił że dostali tak mało pieniędzy na pobyt że musieli zwiększyć liczbę sparingów z dwóch do 7 tylko po to aby zarobić na zakupy żywności w lokalnym supermarkecie. ,, schudłem 8 czy 9 kg"- oceniał ale sam plan przygotowań okazał się jednak strzałem w dziesiątkę. Po zwycięstwie 4:0 nad Boliwią w Buenos Aires i wyjazdowym remisie z Paragwajem Argentyńczycy wygrali 1:0 w La Paz, kończąc eliminacje zwycięstwem 3:1 nad Paragwajczykami na własnym boisku…