La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1441 Culés

5

5

@FCBparasiempre
Proces decyzyjny jeśli chodzi o przyznanie tego turnieju Polsce i Ukrainie był w tym wypadku niezwykle emocjonujący. Ta wspólna kandydatura nie cieszyła się szczególną popularnością wśród delegatów. W finale wyborów naszymi konkurentami byli Węgrzy i Chorwaci oraz Włosi. Zdecydowaną faworytką w tym momencie była propozycja z Italii. Czy przed ostatnim głosowaniem zadziałały miliony prezesa ukraińskiej federacji piłkarskiej Hryhorija Surkisa? Czy doszło do propozycji korupcyjnych? Tego nikt nikomu nie udowodnił. Jednak prawda jest taka że w jakiś niesłychany sposób Polacy i Ukraińcy przekonali członków UEFA i 18 kwietnia 2007 roku obydwa kraje mogły się cieszyć z największej imprezy piłkarskiej, jaka kiedykolwiek się w nich odbyła. W eliminacjach do ME 2012 wzięły udział reprezentacje narodowe z 51 europejskich federacji krajowych, które walczyły o 14 miejsc, dających prawo występu w turnieju głównym (finałach ME) – dwa pozostałe miejsca były zarezerwowane dla drużyn współgospodarzy imprezy: Polski i Ukrainy (debiut na mistrzostwach Europy). Był to ostatni turniej rozegrany w tym systemie, gdyż od 2016 roku w 51 meczach rywalizować będą 24 drużyny. Po raz pierwszy do rywalizacji w eliminacjach mistrzostw Europy przystąpiła Czarnogóra. Do mistrzostw awansowało 9 drużyn z pierwszych miejsc w każdej grupie, plus jeden wicemistrz. Były to ekipy: Niemiec, Rosji, Włoch, Francji, Holandii, Grecji, Anglii, Danii, Hiszpanii (obrońcy tytułu) i Szwecji (najlepsi z drugiego miejsca w grupach). Drugie miejsca kwalifikowały się do dodatkowych baraży, z których awans zapewniły sobie 4 drużyny. Były to reprezentacje: Chorwacji (po zwycięstwie w dwumeczu z Turcją), Irlandii (wygrana z Estonią), Czech (wygrana z Czarnogórą) oraz Portugalii (wygrana z Bośnią i Hercegowiną). Turniej rozegrano w czterech miastach Polski - Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Gdańsku oraz czterech miastach Ukrainy - Kijowie, Doniecku, Charkowie i we Lwowie. Mecz otwarcia odbył się 8 czerwca o godzinie 18:00 na Stadionie Narodowym w Warszawie. Przy prawie 57 tysiącach widzów na murawę wybiegły jedenastki Polski i Grecji, które miały rywalizować w grupie a z Rosją i Czechami. Nie ma co się oszukiwać. Nadzieje Polaków na dobry wynik były wręcz przytłaczające. Hasła: ,, Franek Smuda to się uda" było wszechobecne. Przed telewizorami zasiadło 12 milionów Polaków. Nikt, absolutnie nikt nie wątpił w to że Grecy muszą paść ofiarą naszej drużyny reprezentacyjnej i początek meczu wszystkie te nadzieje potwierdzą. Murawski cudownie uderzył za pola karnego, jednak bramkarz Chalkias wyciągnął się jak guma i przeniósł piłkę nad poprzeczką. Później Lewandowski minimalnie minął się z piłką, będąc na czwartym metrze przed bramką Hellady. W 17 minucie tego nie zrobił, w tej najpiękniejszej dla nas 17 minucie po dośrodkowaniu Błaszczykowskiego uderzył głową w futbolówkę tak mocno jak byk na corridzie uderza Torreadora. Chalikias nie miał szans. Prowadziliśmy 1:0, piłkarze cieszyli się ze zdobytego gola a adrenalina niemal tryskała z ich ciał. Ależ to była energia, ależ to było szaleństwo. Kiedy w 44 minucie Papastopoulos dostał drugą żółtą a w efekcie czerwoną kartkę, wydawało się że sięgniemy piłkarskiego nieba i nic, absolutnie nic nas już w tym meczu nie zatrzyma. Drugą połowę rozpoczęliśmy bardzo dobrze. Lewandowski mógł strzelić swojego drugiego gola ale nie to niestety zaważyło na losach meczu. W 51 minucie popełniliśmy pierwszy w tym spotkaniu błąd, który zaowocował dla Greków golem strzelonym przez rezerwowego Salpingidisa a dla Polski całkowitym rozbiciem mentalnym. Nagle gdzieś uleciała finezja, adrenalina i polot naszej reprezentacji a w serca zakradła się złowroga trwoga. Wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej, kiedy Wojtek Szczęsny otrzymał za faul na Greku w swoim polu karnym czerwoną kartkę. Dodatkowo piłkarze z Hellady wykonywać mieli rzut karny. Wtedy właśnie na boisku pojawił się rezerwowy Przemysław Tytoń. Była 71 minuta. Sytuacja całkowicie nas przytłoczyła ale Tytoń jakimś cudem wyczuł intencje kapitana przeciwników Karagounisa i pewnie wybronił strzał z 11 m. Niesamowita sprawa... ale wigor i nadzieja nie wróciły już do Polaków. Każdy, czy to kibic, czy zawodnik czuł wewnętrznie że nic się nie da więcej zrobić. Jeszcze Grecy strzelili szczęśliwie nieuznanego gola i sędzia karballo mógł zagwizdać koniec meczu. Wówczas wydawało się że owszem szkoda wygranej ale mamy jeden punkt i z całą pewnością nie będzie to punkt ostatni. Drugim meczem w tej grupie było starcie Rosji i Czech we Wrocławiu. Chyba nikt się nie spodziewał że drużyna prowadzona przez Dicka Advocaata tak zdemoluje swoich przeciwników. 4:1 był wynikiem nieco szokującym, zważywszy na to że w następnej kolejce z Rosjanami miała grać Polska ale wcześniej w tej serii spotkań odbył się mecz Grecji z Czechami. Wydawało się że nasi południowi sąsiedzi nie otrząsnął się straumy poprzednich zawodów. Nic z tych rzeczy. W ciągu pierwszych dziesięciu minut dwa razy zadali cios Helladzie. Mimo że później Gekas zmniejszył dystans, to i tak Czesi schodzili z murawy stadionu miejskiego we Wrocławiu nagrodzeni trzema punktami. Wiadomo było że mecz Polski z Rosją będzie nie tylko walką o punkty, lecz także starciem ogólnie rzecz biorąc dwóch narodów ze skomplikowaną wzajemną historią.

Przed spotkaniem budowano atmosferę niemal wojenną. Na pewno nie chłodziło nastrojów to że kibice rosyjscy zdecydowali się na zorganizowanie marszu, który (jak zapewniali) miał być apolityczny, jednak zbiegł się z obchodzonym w ich kraju właśnie 12 czerwca dniem Rosji. Łatwo można było przewidzieć że coś takiego skończy się wielką awanturą ale najważniejsze sprawy odbywały się na murawie Stadionu Narodowego. Nasi przeciwnicy mieli w statystykach większe posiadanie piłki. My oddaliśmy więcej strzałów na bramkę Małafiejewa ale to Osetyniec Dzagojew dał prowadzenie Rosjanom. Co się wtedy działo w sercach kibiców, trudno opisać. Szaleństwo zmieszane z nadzieją wysłane jak pocisk od całej Polski musiało jakoś parapsychologicznie trafić na murawę Stadionu Narodowego. W 57 minucie Jakub Błaszczykowski wziął sprawy we własne nogi i przepięknym uderzeniem wyrównał stan meczu. Do końca nic się nie zmieniło i tak po dwóch spotkaniach Polska miała dwa punkty a Rosja 4. Jednak wtedy wydawało się że po pierwsze i najważniejsze, honor został uratowany a po drugie że mieliśmy realne szanse na wyjście z grupy. Wystarczyło 16 czerwca we Wrocławiu ograć Czechów... ,, wystarczyło" to bardzo dobre słowo w tamtych okolicznościach. Fakt jest jeden bezsporny, rzuciliśmy się na Czechów jak wygłodniały pies na kawał wędzonej kiełbasy. Podbramkowe sytuacje się mnożyły. Petr Czech i jego obrońcy dwoili się i troili, lecz jakimś cudem upragniony gol nie padał. Wszystko jedno czy Polacy strzelali z bliska, czy z daleka; chcieli pokonać czeskiego bramkarza głową, czy nogą. Nic i jeszcze raz nic. W drugiej połowie sytuacja się odwróciła, jakby reprezentacja Polski straciła całą amunicję a nasi sąsiedzi mieli jej jeszcze pod dostatkiem. Gdyby nie Tytoń przegrywalibyśmy do fatalnej 72 minuty pewnie ze 3:0... Tak, ta 72 minuta i Petr Juraszek. To właśnie on sprowadził nas na ziemię. Jeszcze w końcówce tego meczu stać nas było na szaleńczy ataki ale mimo że cuda działy się pod bramką Czecha, rezultat się nie zmienił a więc 1:0 dla Czechów. Tak skończył się nasz sen o potędze. W drugim meczu trzeciej serii spotkań naszej grupy zupełnie niespodziewanie Grecy przypomnieli sobie jak się gra i pokonali pewnych siebie Rosjan 1:0 po golu Karagonisa. Rozstrzygnięcie końcowe gier w grupie A było wobec tych faktów i przebiegu poszczególnych meczów co najmniej zaskakujące. Awansowali Czesi z sześcioma punktami i Grecy z czterema. Po tej klęsce rozpętało się w naszym kraju szaleńcze obwinianie Franciszka Smudy o wszystko, co złe w polskiej kadrze. Piętnowano i krytykowano jego ,, farbowanych lisów", czyli piłkarzy sprowadzonych do reprezentacji z innych krajów (Perquis, Polański, Obraniak, Boenisz). Taki był gorzki koniec naszych wielkich aspiracji. Naturalnie wydarzeniami grupy A żyła cała piłkarska Polska jednak to ta z literką B została nazwana grupą śmierci: Niemcy, Portugalia, dania i Hiszpania. Trzeba przyznać iż zestaw był nieprawdopodobnie mocny. Okazało się że Niemcy pokazali swoją moc ale Holendrzy rozpadli się na drobne kawałki. Już w pierwszym meczu doszło do nie lada niespodzianki. ,, oranje" z Robinem Van Persie, Arienem Robbenem czy Wesleyem Snajderem zostali obaleni na ziemię przez grających zachowawczo Duńczyków. Prawie 36 000 kibiców na stadionie w Charkowie nie mogło uwierzyć że wynik na tablicy świetlnej w 90 minucie dawał zwycięstwo z zawodnikom z Jutlandii i 1:0. Tymczasem we Lwowie Niemcy minimalnie ale konsekwentnie ograli Portugalię w takim samym stosunku bramkowym. W drugiej kolejce Kto oglądał ten mecz, na pewno nie żałował poświęconego czasu najpierw strzelali ci drudzy, obejmując prowadzenie 2:0 za sprawą Pepe i postigi a później odpalili dynamit przeciwnicy. W 41 minucie Po akcji ,,główkowej" patricio, bendtner pokonał bramkarza rui, później ten sam zawodnik dał Dani wyrównanie 10 minut przed końcem meczu. Kiedy wydawało się że remis pozostanie, co oczywiście stawiałoby Portugalią w bardzo złym położeniu, varela huknął jak z petardy noworocznej i zrobiło się 3,2 dla gości z półwyspu iberyjskiego. Takim też wynikiem zakończyło się to spotkanie. W charkowie Holendrzy szukali punktów w walce ze swoim odwiecznym rywalem Niemcami. Jednak zawodnicy z Czarnym Orłem na koszulkach szybko załatwili sprawę dwoma golami gomeza. Na nic zdajł się pomarańczowy pościg a nawet bramka Van Persiego z 73 minuty. Porażka oranje 2:1 oznaczała że po dwóch meczach mają na koncie żałosne zero punktów. Trudno w to uwierzyć ale stan ten nie zmienił się do końca gier grupowych, gdyż 17 czerwca Portugalczycy po dwóch golach Ronaldo odprawili Holendrów bez litości z Charkowa. Kompromitacja- tylko to słowo może określić występ ,,Oranje” w Euro 2012. Niemcy po niemiecku załatwili sprawę z Danią wygrywając 2:1 i było jasne że do dalszej części turnieju awansują właśnie oni i Portugalczycy.

W grupie C mierzyły się ekipy potężnej Hiszanii, zawsze groźnych Włochów, gwiazdorskiej Chorwacji i zielonej, rozśpiewanej Irlandii. W pierwszym meczu dość niespodziewanie padł remis 1:1 a obydwa gole dzieliło zaledwie kilka minut. Najpierw Di Natale w 61 minucie dał Włochom prowadzenie a potem Fabregas w 64 wyrównał. Trener Prandelli był szczęśliwy a Wincente del Bosce z żalem gratulował przeciwnikom remisu. W drugim meczu Irlandczycy zaczęli pisać swoją rekordową ale negatywną historię na Mistrzostwach. Przegrali z Chorwacją 3:1 i chyba tak do końca nie zdawali sobie sprawy że dalej będzie już tylko gorzej. Przegrali bowiem wszystkie pozostałe spotkania, najpierw z Hiszpanią 4:0 później z Włochami 2:0. Efekt Był niezwykle słaby. Wyrównali tym samym niechlubny rekord Mistrzostw Europy, kończąc zawody zerowym wynikiem punktowym i bilansem bramek minus 8! Hiszpanii po pierwszym remisie nie powstrzymał już nikt. Po zwycięstwie nad Chorwacją w Gdańsku, gdzie wyszarpali w ostatnich minutach gola mogła świętować pierwsze miejsce w grupie. Na drugim miejscu zameldowali się Włosi, którzy ledwie jednym punktem wyprzedzili Chorwację. Grupa D rozgrywała swoje mecze w Doniecku i Kijowie. Zagrały w niej Ukraina Szwecja Francja i Anglia. Wszystko rozpoczęło się 11 czerwca w Doniecku, kiedy Anglia i Francja, odwieczni rywale zremisowali 1:1. Gole padły w 30 i 39 minucie a autorami ich byli Samir Nasri i Joleon Lescott. Jak się okazało, były to jedyne stracone punkty w grupie przez Anglików. W następnej kolejce ograli Szwedów 3:2 a w ostatnim swoim meczu pokonali Ukrainę 1:0. Ten drugi mecz był o tyle istotny że spowodował odpadnięcie współgospodarzy turnieju na tak wczesnym etapie rozgrywek. Dodatkowo towarzyszyły mu duże kontrowersje. Ogólnie rzecz biorąc Ukraińcy na czele z Andrijem Szewczenką od początku atakowali. Zdawali sobie doskonale sprawę z wagi tego spotkania. Można spokojnie uznać że gol Rooneya z 48 minuty był wypadkiem przy pracy i z przebiegu gry Anglikom się nie należał. Pół godziny przed końcem meczu miała miejsce sytuacja, w której Marco Dević strzelił prawidłowo gola, choć John Terry wykopał piłke z bramki. Niestety Wiktor Kassai, mimo obecności sędziego bramkowego gola nie uznał. Był to ogromny błąd, który spowodował wyrzucenie z turnieju tak Ukrainy, jak i ukaranego za tę sytuację Kassaiego. Kosztem naszych sąsiadów ze wschodu awansowali Francuzi, którzy swój mecz z współgospodarzami turnieju wygrali 2:0. Tak właśnie skompletowano wszystkich ćwierćfinalistów. Ten etap turnieju trwał od 21 do 24 czerwca a mecze rozgrywano kolejno w Warszawie Doniecku Gdańsku i Kijowie pierwszą parą były Czechy i Portugalia. Wiadomo, ci pierwsi to nasi Pogromcy z Wrocławia. Każdy Polak był ciekawy jak sobie poradzą w tak trudnym meczu i trzeba przyznać że radzili sobie całkiem nieźle gole stracili dopiero w 79 minucie a strzelił go niezawodny Cristiano Ronaldo. Choć z drugiej strony aktywnie zagrażali bramce patricio tylko przez pierwsze 15 minut... W drugim meczu mieliśmy przyjemność podziwiać cały grad goli, które zasypały stadion w Gdańsku jak manna pustynię. Niemcy pokonali Greków 4:2 i mimo wyniku nie pozostawili piłkarzom z Hellady ani odrobiny złudzenia, która drużyna jest lepsza. Szczególnie wyróżniał się Mesut özil, dzięki któremu nasi zachodni sąsiedzi grali z niezwykłym polotem i fantazją. Jak się okazało murowanie cegłówkami swojej bramki w tym wypadku kompletnie nic nie dało. W następnej parze mierzyli się Hiszpanie z Francuzami. Spotkanie to zdominował jeden zawodnik. Był nim Xabi Alonso, który strzelił dwa gole. Przed meczem mówiło się o kłótniach trenera Laurenta Blanca ze swoimi zawodnikami. Na boisku nie było tego widać, ponieważ Francuzi radzili sobie całkiem nieźle. Jednak pokonać w tamtym momencie Hiszpanię, to było zadanie praktycznie niemożliwe do wypełnienia. Skończyło się wynikiem 2:0. W ostatnim ćwierćfinale spotkali się Anglicy z Włochami. Tuż po meczu okrzyknięto że byliśmy świadkami piłkarskich szachów. Trzeba sobie zdać sprawę że w większości przypadków to określenie stosuje się zamiennie do powiedzenia iż mecz był po prostu okrutnie nudny. Tak właśnie było tym razem czyli 0:0 po 90 minutach i 0:0 po dogrywce. Całe szczęście dla Włochów że mieli Buffona. Jego oponent Joe Hart to była zupełnie inna półka bramkarska. Buffon wybronił strzał Cola i było po sprawie, po serii rzutów karnych 4:2 dla Włochów.

W półfinale 27 czerwca na Donbas Arenie w Doniecku stanęły do krajowego boju sąsiedzi z półwyspu Iberyjskiego, czyli Portugalczycy i Hiszpanie. Mecz nie był porywającym widowiskiem. Przez większość czasu przewagę mieli zawodnicy portugalscy. Próbował poszaleć Ronaldo ale nic to nie dawało. Strzelał z daleka, strzelał z bliska, dryblował, miotał się i nic nie w skórał. Sił było coraz mniej, coraz bardziej tchu w piersiach brakowało, Hiszpanie zaś nie zamierzali odpuszczać i stopniowo zyskiwali przewagę, która w dogrywce była niemal przytłaczająca ale to również nic nie dało. Trzeba było strzelać rzuty karne. Ramos pyknął w stylu Panenki, po nim Bruno Alves walnął w poprzeczkę bramki Casillasa, Fabregas dokończył i tak Hiszpanie wylądowali w finale Mistrzostw Europy. Prawdę mówiąc kibice chyba więcej oczekiwali od tych dwóch drużyn. W końcu one potrafiły grać naprawdę porywająco. 28 czerwca w Warszawie zmierzyli się ze sobą solidne Niemcy i dość nieoczekiwanie grający w półfinale Włosi. Jeśli licznie zebrana na trybunach niemiecka publika spodziewała się że podopieczni Joachima Lowa uruchomią swój groźnie mruczący przed meczem pojazd zwany walcem, to się grubo pomylili. Dodatkowo Italia miała w swoich szeregach wspaniałego Buffona i grającego mecz życia Mario Balotelliego. Dzięki nim i reszcie kolegów drużyna zagrała koncertowo. To nie tak że Niemcy nie mieli sytuacji. To nie tak że przy odrobinie szczęścia nie mogli wygrać ale trzeba zobaczyć te parady włoskiego bramkarza i trzeba zobaczyć gole ich niesfornego napastnika. Obydwa gole dla Włoch padły w pierwszej połowie. W 20 minucie Cassano zakręcił niemieckimi obrońcami i pięknie wyłożył piłkę dobrze ustawionemu Balotelliemu, który dokończył akcję golem. W 36 minucie ten sam piłkarz dostał długie podanie, popędził na bramkę Neuera i oddał atomowy strzał, który prawie przedziurawił siatkę kropkę mimo prób i mimo wykorzystanego przez Ozila w 92 minucie rzutu karnego to jednak Włosi zameldowali się w finale wygrywając 2:1. Wielki finał Euro 2012 odbył się 1 lipca na stadionie olimpijskim w Kijowie. Ponad 63 000 kibiców podziwiało grę, jak się okazało najlepszej drużyny reprezentacyjnej w historii całej piłki nożnej. Hiszpania stłamsiła marzenia Włochów w sposób niezwykle skuteczny ale też okrutny. Iniesta rozgrywał fenomenalne spotkanie, dyrygował niby rozczochrany Maestro swoją orkiestrą, choć sam za wiele włosów przecież nie posiadał. Jego drużyna punktowała a później odskakiwała, skutecznie temperując ataki zawodników Prandelierego. W 14 minucie Silva otworzył skarbiec w którym gole leżały niczym szmaragdy. Potem w 41 minucie swoje dołożył Jordi Alba, w 84 Fernando Torres, w końcu w 88 Juan Mata. Można by zaryzykować że wynik wyglądał gorzej niż gra Włochów. Mieli swoje szanse i przy odrobinie szczęścia mecz mógł wyglądać zupełnie inaczej. Zastanawiające jest jakim cudem na początku drugiej połowy Di Natale nie strzelił gola. Fakt jednak pozostaje niezaprzeczalne. Hiszpanie zwyciężyli we wspaniałym stylu i pokazali że są najlepszą 11-tką świata. Nikt przed nimi nie zdobył pod rząd Mistrzostwa Europy, świata i jeszcze raz Europy. ,,La Rocha” była u szczytu a kibice mogli do utraty przytomności śpiewać swoje Campeones camperones! Zakończone mistrzostwa były o tyle kłopotliwe że po raz drugi w historii gospodarzy odpadli w fazie grupowej. Poza tym aż sześciu zawodników zostało królami strzelców, wszyscy mając na koncie po trzy trafienia. Byli to Mandżukić, Fernando Torres, Mario Gomez, Cristiano Ronaldo, Owen, Dzagojew i Mario Balotelli. Hiszpański pomocnik Andres Iniesta co prawda nie był najlepszym strzelcem ani też asystentem Mistrzostw Europy, ba! Nie strzelił nawet żadnego gola i miał tylko jedną asystę, lecz wszystko to jest nieważne w momencie, kiedy spojrzy się na niego grę i oceni wpływ, jaki wywierał na zespół. Chyba tylko jedno słowo może oddać jego działalność boiskową: maestria. To wspaniałe że piłkarz z drugiego szeregu, bez którego ani wielka Hiszpania nie byłaby wielką ani wspaniała FC Barcelona wspaniałą by nie była, został wybrany oficjalnym MVP turnieju. W końcu doceniono nie tylko gwiazdorskie poczynania napastników ale głębiej przeanalizowano grę najlepszej jedenastki w Europie.

0

@FCBparasiempre Rozczarowujący turniej dla Polski.

0

@FcPortoFan1999 Owszem ale o Euro wypada wspomnieć, zwłaszcza o bezprecedensowej ,,La Roja!"

0

@FCBparasiempre Aż dziw bierze że ta reprezentacja na mundialu 2014, kompletnie nie zaistniała.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?