- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 800 Culés
Gorące dyskusje
martusiaaaa
1
macie jakieś sposoby które pomogą mi przekonać moich dzaiadkow żeby oglądać dzisiaj goata ?... » Czytaj dalej
48 odpowiedzi
Adi123456789
0
Ile macie wzrostu?
38 odpowiedzi
Jakchcesz
57
Ale mnie to denerwuje jak po ciężkim tygodniu chce się napić piwka, odpocząć, obejrzeć... » Czytaj dalej
8 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 800 Culés
6
Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Culer9002
@Adran360
8
@FCBparasiempre
17 marca
1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z
Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu.
,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego
Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny
sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i
niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów
w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i
z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w
młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było
jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie,
może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś
nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy
przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre
Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków.
Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z
Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na
przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im
strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był
początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą
piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać
wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i
pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na
ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina.
Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak
kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali
mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują
i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha,
choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów,
ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał
zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak
najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie
udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”-
zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w
drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał…
szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy
nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat.
Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w
takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to
zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych
fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się
postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na
ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem
że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę
zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to
nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w
Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina
Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił
desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory
przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku
dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie,
no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za
piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go
do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany,
czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś
doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i
że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie
wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały
stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce.
Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie
jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów.
,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza
Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się
zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam
jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem,
wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu
powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w
koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni
ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.
Sprawy się
komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w
ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na
szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się
rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o
istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza
się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w
Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej
prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał
że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie
się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty
jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie
wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i
cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie
pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą
wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem
gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o
pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej
wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż
ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął
normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W
szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie
robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi
technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije
piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym
biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do
zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”-
zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań
a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby
nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do
niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego
ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek.
Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan.
Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,,
Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw
muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli
kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to
zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu
spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym
żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty
usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już
za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś
będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie,
gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”.
Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten…
Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta
akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem
za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam
się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem-
odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek.
Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy
dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie
strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto
marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem
świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być
rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem
dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz
chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski:
,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?!
Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na
wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym
człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie
piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się
ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy
fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W
lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy
niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje.
Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z
meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka
grającego wówczas z nr. 4 Edinho…