- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 947 Culés
Gorące dyskusje
martusiaaaa
1
macie jakieś sposoby które pomogą mi przekonać moich dzaiadkow żeby oglądać dzisiaj goata ?... » Czytaj dalej
48 odpowiedzi
Jakchcesz
62
Ale mnie to denerwuje jak po ciężkim tygodniu chce się napić piwka, odpocząć, obejrzeć... » Czytaj dalej
8 odpowiedzi
Adi123456789
0
Ile macie wzrostu?
38 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 947 Culés
7
,,El Chino”:
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Culer9002
@AssisMoreira
@Adran360
7
@FCBparasiempre
Swego czasu
zachwycał swoją grą w Interze Mediolan. Nigdy jednak nie było mu spieszno do
piedestału, dlatego teraz już jest postacią zapomnianą, odświeżaną poprzez film
z jego kapitalnym rzutem wolnym w meczu z Bologną ale lewej nogi Urugwajczyka
bali się wszyscy. Alvaro Alexander Recoba Rivero, tak brzmi jego pełne
nazwisko. Nie wychowywał się podobnie jak większość południowoamerykańskich
piłkarzy w biednych fawelach, gdzie piłka była jedynym ratunkiem. On wychowywał
się w stolicy Urugwaju, Montevideo. Mieście, w którym mieści się ogromna
większość klubów z tamtejszej elity. On zawsze miał jednak jeden cel – Danubio,
inaczej „Dunaj”, czyli zespół założony w stolicy malutkiego kraju z Ameryki
Południowej przez dwójkę braci bułgarskiego pochodzenia. Klub dużo mniejszy niż
m.in. Nacional jednak bardzo znaczący nie tylko na mapie Urugwaju. W tamtejszym
regionie jest uznawany za prawdziwą wylęgarnię talentów. W czasach juniorskich
reprezentowali jego barwy m.in. Marcelo Zalayeta, Diego Forlan, czy Edinson
Cavani. Ale żaden z nich nie jest tak kochany tam jak Recoba. Chłopak z
dzielnicy ,,De Maronyas”, ściśle powiązanej z Danubio FC, od malutkiego był
zakochany w biało-czarnych barwach i w jego szeregi wstąpił w wieku dziewięciu
lat. A tam szybko zobaczyli, że nie tylko spełnili marzenie wiernego kibica,
ale zyskali niebywały talent. Dla miejscowych fanów jest legendą, bowiem nigdy
nie zapomniał, skąd pochodzi. Jeszcze przed emeryturą wrócił na Estadio
Jardines Del Hipodromo, by cieszyć fanów swoją grą. I to w nim kochano
najbardziej – Dla niego liczyła się tylko czysta gra, jak w piosence „Czysta
Gra”. Od samego początku błyszczał niewiarygodnymi umiejętnościami. Potrafił
wyczyniać cuda lewą nogą, na boisku często zwyczajnie się bawił, bo taki był
jego cel. Grał na pozycji ofensywnego pomocnika, jednak w typowym starym stylu,
jako „wolny elektron”. Bieganie, czy walka wręcz nie była dla niego stworzona.
Gdy w czasach juniorskich strzelał niewiarygodne ilości bramek, wszyscy zaczęli
marzyć o tym, by stał się najlepszym na świecie. Najmniej zainteresowany tym,
był sam Recoba. Nie dlatego, że był leniem. Jego głowę zajmowało tylko granie w
piłkę. Choć nigdy nie ukrywał, że z treningami fizycznymi mu nie po drodze. W
końcu w 1994 roku osiągnął swój cel i dotarł do pierwszej drużyny. Miejscowi
kibice wspominali, że ten młodzian, wtedy 18-letni z marszu wszedł do
pierwszego składu i stał się prawdziwym liderem. Błyszczał już od pierwszych
spotkań i uznawano, że w pojedynkę utrzymał Danubio w najwyższej klasie
rozgrywkowej. Od razu skierował na siebie oczy wszystkich skautów mocniejszych
klubów i nie tylko. Zowiem zaledwie rok po debiucie w seniorskiej piłce Hector
Nunez powołał go do pierwszej reprezentacji, dając zagrać w dwóch meczach towarzyskich.
W debiutanckim meczu z Hiszpanią zmienił Enzo Francescoliego, poniekąd mając od
niego powoli przejmować rolę dyrygenta w ekipie „Los Charruas”. Kolejną szansę
Recoba dostał półtora roku później, jednak zaliczył trzy bramki w dwóch meczach
z Japonią i Chinami. Pewne miejsce zyskał w 1997 roku. Rok wcześniej Danubio
stało się dla niego zbyt małe i skusił się na ofertę Nacionalu, absolutnego
potentata w tamtejszej piłce. W ciągu zaledwie półtora roku strzelił dla tego
klubu 68 bramek w 58 występach. W 1997 roku wystąpił też w trzech meczach na
Copa America, strzelając bramkę Wenezueli. Po tym zapracował sobie na transfer
zagraniczny.
Za 4,5
miliona dolarów przeniósł się do Interu Mediolan. Polecił go tam Sandro
Mazzola, legenda „Nerazzurri”. 31 sierpnia 1997 roku. Nadszedł wielki dzień.
Ruszył kolejny sezon Serie A. Na San Siro przyjechała Brescia z Markiem
Koźmińskim w składzie. W pierwszej jedenastce gospodarzy wybiega debiutujący
Ronaldo. Inter jednak długo męczy się z rywalem. Na dodatek ponad kwadrans
przed końcem asystę Andrei Pirlo wykorzystuje Dario Hubner i wyprowadza
przyjezdnych na prowadzenie. Minutę wcześniej Luigi Simoni wprowadza na boisko
Alvaro Recobę, który zmienia Maurizio Ganza. W 80 minucie Benoit Cauet zagrywa
piłkę do środka pola. Urugwajczyk z „20” na plecach wprowadza futbolówkę w
kierunku bramki przeciwnika i potężnym strzałem z ponad 25 metrów w samo
okienko nie daje szans Giovanniemu Cervone. Debiut wydawałoby się wymarzony,
gdyby jeszcze jego zespół wygrał. Ale to przecież nie był koniec jego popisów.
W 85 minucie zostaje sfaulowany w środku pola. Do piłki podchodzi sam
poszkodowany, a do bramki ma ponad 30 metrów. Mimo debiutu nikt nie miał
wątpliwości, kto powinien uderzać. Recoba potężnie uderza w drugie okienko
bramki Cervone i daje trzy punkty w debiucie swojemu zespołowi, przyćmiewając
debiut wielkiego Ronaldo. Francesco Moriero podkłada kolano i udaje, że czyści
lewego buta Urugwajczyka. Ale w składzie „Nerazzurri” obok Ronaldo jest jeszcze
m.in. Youri Djorkaeff, Diego Simeone, czy Ivan Zamorano. Rok później trafia do
stolicy mody również Roberto Baggio, czy Nicola Ventola. Dla słabego fizycznie
Recoby zwyczajnie brakuje miejsca. Co jakiś czas dostaje okazjonalne szanse
wejścia na boisko. Tak jak w styczniu 1998 roku, gdy po kilku miesiącach bez
gry, zmienia 20 minut przed końcem Francesco Moriero. Inter przegrywa od samego
początku i niemiłosiernie męczy się z Empoli. W 82 minucie sprawy w swoje nogi
bierze więc Recoba i strzałem prawie z połowy boiska doprowadza do remisu. W
całym swoim pierwszym sezonie uzbierał 19 występów, ale łącznie zaledwie 650
minut. Strzelił w tym czasie pięć bramek i zanotował dwie asysty. W
międzyczasie pojechał jednak na Puchar Konfederacji, gdzie rozegrał pięć
spotkań, strzelając bramkę Republice Południowej Afryki. Kadra pod wodzą
Victora Pua zajęła ostatecznie na turnieju czwarte miejsce. W kolejnej kampanii
również nie był w stanie wywalczyć miejsca w składzie i z początkiem nowego
roku wybrał się na półroczne wypożyczenie do Venezii. Tam grał prawdziwe
koncerty. 19 spotkań, 10 bramek i tyle samo asyst, w tym hattrick i asysta w
meczu z Fiorentiną. Mało tego, skarcił też Inter. Gdy ten przyjechał na Stadio
Pierluigi Penzo, Recoba już w pierwszej minucie zaliczył asystę przy golu
Sergio Volpiego. Trzy minuty później podchodzi do piłki ustawionej na 25 metrze
i lewą nogą uderza w poprzeczkę, a następnie futbolówka odbija się od pleców
Sebastiena Freya i wpada do siatki. Ostatecznie „Arancianoverdi” wygrywają 3:1.
Dzięki „El Chino” zespół przestał okupować sam dół ligowej tabeli i nagle z
beniaminka skazywanego na ponowny spadek do Serie B, skończył sezon w połowie
stawki. Po bardzo owocnym pół roku w Wenecji nadszedł czas na powrót do
Mediolanu.
Tam, choć
początek sezonu miał ciężki, kolejnymi bramkami, zyskał zaufanie Marcello
Lippiego. Cały sezon zakończył z 10 bramkami na liczniku i 12 asystami. To
jednak nic w stosunku do następnego sezonu, gdy grał tuż za plecami Christiana
Vieriego. We wszystkich rozgrywkach rozegrał 41 spotkań, strzelił 15 bramek i
dorzucił 11 asyst. W Pucharze UEFA władował też dwie bramki w dwumeczu z Ruchem
Chorzów, w rewanżu mając udział przy wszystkich trzech trafieniach. Przeżywał
piękne chwile, a zakochany w nim był Massimo Moratti, który zaoferował mu
pięcioletni kontrakt z czterema milionami zarobków rocznych. Żaden piłkarz na
świecie nie zarabiał wtedy takich pieniędzy. Problem był jednak w tym, że cała
ekipa z San Siro zawodziła na całej linii. Kibice spodziewali się wielkich
triumfów, a dostawali m.in. odpadnięcie w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów z
Helsingborgiem. Początek sezonu 2001/2002 Recoba spędził jednak na zawieszeniu
za sfałszowanie swoich dokumentów. Oczywiście w taki sposób, by występować w
Serie A jako Włoch. Zapewne w jego lewych papierach maczał palce też sam klub.
Na boisko wrócił na początku grudnia. I na dzień dobry zaliczył dwie asysty w
meczu z Atalantą. Do końca sezonu regularnie grał, a Inter wyłożył się na
ostatniej prostej, tracąc tytuł mistrzowski po porażce z Lazio w ostatniej
kolejce sezonu. Z praktycznie pewnego mistrza kraju, spadł nagle na trzecie
miejsce w tabeli. Sam „El Chino” cieszył się m.in. z awansu na mistrzostwa
świata, gdy w rewanżowym meczu z Australią zaliczył dwie asysty. Sam
Urugwajczyk zgodził się w końcu też na obniżkę pensji, gdy włoski klub
przeżywał kryzys finansowy. W oczach Massimo Morattiego był doskonały, a prezes
patrzył na niego przez różowe okulary. Ale Recoba miał coraz mniej spotkań, w
których ciągnął za uszy swój zespół. Choć miewał momenty, gdy bawił się grą, a wszystkim
opadały „kopary”. Jak w meczu z Lecce, gdy założył „sombrero” w polu karnym i
strzelił bramkę. Wielki miał też sezon 2002/2003. Ale cały Inter wyglądał wtedy
kapitalnie. Zdobył vicemistrzostwo i dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie
uległ Milanowi „bramkami na wyjeździe”, co brzmi kuriozalnie, bowiem obydwie
ekipy grają na tym samym stadionie. Takie jednak zasady wyrzuciły „Nerazzurri”
za burtę. Sam Urugwajczyk w sezonie strzelił 12 bramek i miał 16 asyst. W
kolejnym sezonie coraz bardziej zaczęły mu jednak doskwierać kłopoty zdrowotne,
przez co stracił sporo spotkań. I tak zaliczył jednak 11 bramek. Później było
coraz gorzej. Wypadał co chwilę, dodatkowo przez pół roku nie był w stanie
wrócić na boisko. Gdy grał, nadal miewał mecze, w których potrafił decydować o
punktach. Mecz z Romą, 3:3 – bramka i dwie asysty, rewanż z Benficą w 1/8
finału LM, wygrana 4:3 i ponownie bramka i dwie asysty „El Chico”. Chievo
Verona – bramka i asysta dały zwycięstwo 2:0. I ten wspaniały mecz na początek
2005 roku, gdy został wpuszczony na boisko na 13 minut przed końcem. Zaliczył
bramkę, asystę, a jego zespół odwrócił wynik z 0:2, na 3:2. W sezonie 2005/2006
wchodził dużo mniej, a nawet jeżeli był w pełni, sił głównie okupował ławkę
rezerwowych. A gdy zdarzało się wychodzić w pierwszym składzie, to często z
opaską kapitańską na ramieniu, przy nieobecnościach Javiera Zanettiego. A i
wtedy zdarzało się wygrywać mecze, m.in. z Lazio, przy dwóch bramkach i asyście
i zwycięstwie 3:1. Inter w końcu zdobył wtedy upragnione Scudetto. Obronił go
zresztą w następnej kampanii, ale z coraz mniejszym udziałem Recoby.
Po tym
sezonie Urugwajczyk odszedł do Torino na wypożyczenie. Tam szkoleniowcem był
Walter Novellino, który miał ponownie go wskrzesić. Za wiele jednak ugrać się
nie udało. Bramka i dwie asysty w Serie A to wynik zdecydowanie odbiegający od
jego normy, nawet w sezonach, gdy większość czasu był kontuzjowany. Jego czas
we Włoszech dobiegł końca. Jeden sezon został jeszcze w Europie, przechodząc do
greckiego Panioniosu, ale i tam furory nie zrobił. W styczniu 2010 roku zdecydował
się powrócić do domu i podpisał kontrakt z Danubio, gdzie w końcu odbudował się
fizycznie i był w stanie zagrać kilkanaście spotkań bez żadnych problemów, choć
jego forma strzelecka uleciała. Kibice jednak i tak go kochali, miał bowiem
mnóstwo lukratywnych ofert, ale zdecydował, że to czas na powrót do domu. W
końcu dla niego, chłopaka stąd liczyła się tylko piłka. Miłości kibiców do
niego nie zmienił nawet powtórny transfer do Nacionalu, gdzie spędził jeszcze
cztery lata, jednak w dwóch ostatnich był już cieniem samego siebie. Zdobył
jednak razem z klubem dwa razy mistrzostwo. Mając 39 lat na karku, zdecydował
się odwiesić buty na kołek. W 2021 roku zdecydował się rozpocząć pracę trenera.
Najpierw był asystentem, a następnie samodzielnie przejął zespół rezerw
Nacionalu. Na jego mecz pożegnalny zebrała się cała świta na czele z Riquelme,
Zanettim i ….. dwoma kolejnymi prezydentami Urugwaju. W swoim kraju nadal jest
wielbiony, o czym wspominał m.in. Luis Suarez, który powtarzał, że Recoba to
jego idol. Technicznie był jednym z najlepszych na świecie, jednak bieganie
zdecydowanie nie należało do jego mocnych stron. Brakowało szybkości, siły,
wytrzymałości, co przełożyło się też na kolejne kontuzje. Cień pada jednak na
jego poczynania w reprezentacji. Kadra sukcesy zaczęła obchodzić, gdy on
odchodził, a dowodził Forlan, Suarez i Cavani. Zagrał w trzech meczach
mistrzostw świata, ale jego ekipa pożegnała się po nich z turniejem w Korei i
Japonii. Na Copa America zagrał tylko w sześciu meczach. Na wygrany turniej w
1995 roku nie pojechał. Podobnie na ten w 1999 roku, gdzie Urugwaj przegrał
dopiero w finale z Brazylią. Podobnie w 2004 roku, gdy jego koledzy zajęli
trzecie miejsce. Zagrał w 1997, gdy Urugwaj poległ już w grupie oraz 10 lat
później, docierając do czwartego miejsca.