La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 894 Culés

8

7

@FCBparasiempre
27 marca
1921 r. urodził się brazylijski bramkarz Moacir Barbosa. Jest rok 1963, remont
Maracany bierze na celownik między innymi drewniane bramki. Pewien czarnoskóry
mężczyzna zabiera jedną z nich. W domu rąbie je siekierą na kawałki a potem
pali na popiół. Nie, nie potrzebował się ogrzać, nie, nie urządzał osobliwego
grilla – tym mężczyzną był Moacir Barbosa, próbujący dokonać egzorcyzmów. To
gol na porąbaną i spaloną przez niego bramkę zmienił narodowego bohatera w
symbol narodowej hańby. Brazylijski synonim pecha. Nietykalnego. Trędowatego.
Człowieka wytykanego palcami na ulicach. Dla wszystkich poza Barbosą czas
płynął, a on, jak w „Dniu świstaka”, został uwięziony w przegranym finale
mundialu 1950, w zapętlonej przez pięćdziesiąt lat akcji Schiaffino z Ghiggią,
bo rzucała ona cień na każdy dzień reszty jego życia. ,,Maksymalny wyrok w
Brazylii to trzydzieści lat. Ja dostałem pięćdziesiąt lat za coś, czemu nawet
nie jestem winny”- Moacir Barbosa w 2000 roku, kilka tygodni przed swoją
śmiercią. Od 1502 do 1860 Brazylia była największym na świecie importerem
niewolników. To również Brazylia była jednym z ostatnich krajów, które zniosły
niewolnictwo, ten zapis przyszedł w 1888. Moacir Barbosa urodził się trzy
dekady później, ale tylko skrajny naiwniak mógłby sądzić, że skoro niewolnictwa
nie było, to sytuacja czarnoskórych była taka sama jak innych grup etnicznych.
Często – o, jakie proroctwo – byli kozłami ofiarnymi, obwinianymi za różne
problemy społeczeństwa. Ten, kto nazywa futbol tylko grą, głupim kopaniem
kawałka skóry, jest ignorantem. W Brazylii czarnoskórzy zawodnicy piłkarscy
zmieniali wizerunek całej grupy społecznej. Cały kraj kochał Leonidasa. W
niemal każdej brazylijskiej czołowej drużynie pojawiały się czarnoskóre
gwiazdy. To wydatnie przekładało się na los(poprzez odpruwanie łatek) setek
tysięcy. Ktoś kiedyś powiedział, że Robert Lewandowski jednoosobowo wykonał w
Niemczech lepszy PR dla Polski i Polaków, niż lata dyplomacji. Nie wiem czy tak
jest – nie mam danych. Ale kto się z tym zgodzi, zachowując proporcje, zrozumie
i tamten czas w Brazylii. Moacir Barbosa był powojenną gwiazdą bramki Vasco.
Wyróżniał się spokojem w grze, który emanował na całą linię obrony. Stanowił
wzór piłkarza fair play, grał czyściutko, nigdy żaden napastnik nie ucierpiał w
starciu z nim. Słynął też z tego, że grał bez rękawic. To mu zostało, nawet na
poziomie reprezentacyjnym. Twierdził, że w ten sposób lepiej czuje piłkę.
Oswaja ją a ta bardziej się go słucha. Zdarza się, że trzy punkty jakaś potęga
przyznaje sobie przed rozegraniem meczu. Ale nigdy chyba później nie było to
zrobione z taką pompą, jaką w 1950 w Brazylii. W dniu finału Prezydent FIFA,
Jules Rimet, przygotował już przemowę na cześć Brazylii. Dla Urugwaju nie
przewidział żadnej. Piłkarze faworyta byli tego dnia odwiedzani przez szereg
polityków, którzy roztaczali przed nimi wizje tego, co nastąpi po sukcesie.
Pojawił się minister edukacji, pod którą wtedy podpadał sport. Sam prezydent
Brazylii powiedział: „Stoicie tutaj, tylko jeden krok od nieśmiertelnego
trofeum, który wygracie dla całego kraju”. Do tego tabun dziennikarzy i
fotografów. Pod obiektem treningowym czekał szereg cwaniaków z kartami
„MISTRZOWIE ŚWIATA” czekającymi na podpisy, które można by z szalonym zyskiem
sprzedać już wieczorem. ,,Ja dotrzymałem słowa, że powstanie Maracana, wy
dzisiaj dotrzymajcie słowa, że zostaniecie mistrzami”– powiedział tuż przed meczem
burmistrz Rio de Janeiro. Takie podejście zadziałało na Urugwajczyków jak
płachta na byka. Jedna z czołowych brazylijskich gazet koronowała Brazylię
przed meczem. Serio, napisali – oto mistrzowie świata. Kapitan Urugwaju,
Varela, kupił tę gazetę i przyniósł do urugwajskiego obozu. Trener Juan Lopez
Fontana zobaczył w tym potencjał, by obudzić w swoich zawodnikach diabła.
Sprawić, by mecz miał personalną stawkę dla każdego zawodnika.

Według
legendy, gazeta została podarta na poszczególne stronice, każdy gracz dostał po
kilku, a potem Fontana miał powiedzieć: ,,Jak będziecie musieli iść za
potrzebą, weźcie to ze sobą. Wrzućcie do toalety i szczajcie na nie”. Jednak
trzeba przyznać, że rzadko zdarza się na wielkim turnieju taka demolka, jaką
Brazylia sprawiła w Copa America 1949. 9:1 z Ekwadorem. 5:0 z Kolumbią. 10:1 z
Boliwią. 7:1 z Peru. 5:1 z Urugwajem. 7:0 w finale z Paragwajem. Barbosa wraz z
drużyną byli nie do zatrzymania. Golkiper w zgodnej opinii nie miał sobie wtedy
w kraju równych. Nic dziwnego, że rok później, grając u siebie mundial,
Brazylia była murowanym faworytem, szczególnie gdy Anglicy skompromitowali się
z USA. W finałowej grupie Brazylia wygrała 6:1 z Hiszpanią i 7:1 ze Szwecją.
Ale, znowu lub „jak zwykle” nie chodziło tylko o piłkę. Brazylia poszukiwała
swojej tożsamości. Powodu do dumy narodowej, ale i czegoś jednoczącego. W kraju
rozkochanym w piłce nożnej, a do tej pory bez wygranej w nim, mundial nadawał
się do tego celu. To były wręcz pewnego rodzaju kompleksy, widoczne nawet po
budowie Maracany. Powstawała kilka lat. Oddano ją ze dwa tygodnie przed
finałami. Nie miała być w sensie stricte funkcjonalna – miała być wielka,
największa na świecie, podkreślająca sukces Brazylii. Dlatego obiekt powstawał
według projektu na dwieście tysięcy miejsc. Urugwaj w finale stanowił tylko
przystawkę. Szósta drużyna południowoamerykańskiego czempionatu. Drużyna, która
z tymi samymi rywalami, których Brazylijczycy demolowali na mundialu bez
mrugnięcia okiem, toczyła zacięte, pełne zwrotów akcji boje. Nawet to jednak
nie uzasadnia takiego lekceważenia. Wściekły na całe zamieszanie był
szkoleniowiec Flavio Costa, który próbował uspokajać, mówić „poczekajmy na
końcowy gwizdek”, ale nie był w stanie zatrzymać tej fali. ,,Wiem, o co chcecie
zapytać: gdzie jest w tej opowieści Barbosa, posłany od ładnych kilku akapitów
na margines? Otóż właśnie tam, gdzie być powinien – na marginesie.
Nieprzypadkowo. Bo nie bierze jak do tej pory udziału w litanii przewin, całej
serii kardynalnych błędów, podczas gdy finalnie wszystko skupi się tylko na
nim. Tak jakby to on kazał brazylijskiej prasie pompować balonik. Tak jakby to
on zaprosił polityków, przez których – według Henrika Brandao Jonssona, autora
książki „Joga Bonito” – piłkarze Brazylii nawet nie zdążyli spokojnie zjeść
posiłku i już zameldowawszy się na Maracanie, trener Flavio Costa głodnym
piłkarzom kombinował w ostatniej chwili kanapki z serem. Nie kazał Juvenalowi,
pilnującemu lewej strony, po której to stronie padnie feralny gol, pić dzień
przed meczem, przez co Juvenal miał kaca. Nie miał wpływu na to, że jedyny
możliwy zastępca Juvenala był kontuzjowany”. Brazylia przeważała, wyszła na
1:0. Zresztą prawdopodobnie ze spalonego. Angielski arbiter sędziował pod
gospodarzy. Varela, kapitan Urugwaju, kłócił się Georgem Readerem ładnych kilka
minut po bramce. Ta bramka tylko jeszcze bardziej podrażniła Urugwajczyków. Schiaffino
strzelił na 1:1 a w samej końcówce… Bramka do dziś jest analizowana. Nie, nie
pod kątem przepisów, pod kątem tego, co zrobił Barbosa. Cała strona odsłonięta
a w środku Shiaffino, który spodziewał się podania. Tymczasem Ghiggia
„dziubnął” piłkę i ta wpadła do siatki na krótkim słupku. Brazylia przegrała. Według
jednej z legend wokół tego meczu, piłkarze mieli uciekać ze stadionu w
przebraniach zakonnic. Ghiggia powie po latach: ,,Tylko trzech ludzi uciszyło
Maracanę. Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja”. Do dziś krążą pogłoski, że na
stadionie kilku kibiców zmarło wtedy na zawał serca. Ktoś miał popełnić
samobójstwo – nadawał to sam New York Times. Nie chce mi się w to wierzyć.
Nawet słowa dramaturga Nelsona Rodrigueza „Każde miejsce ma katastrofę
narodową, coś w rodzaju Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą była
porażka przeciwko Urugwajowi w 1950” wydają się niesmaczną przesadą. Tam
zagłada setek tysięcy, tu tylko przegrany mundial. Ale to pokazuje, jak bardzo
Brazylia i Brazylijczycy zainwestowali emocjonalnie w zespół, jak bardzo cała
pozasportowa otoczka, tożsamościowa, kulturowa, odgrywała tutaj rolę. Alex
Bellos twierdził, że ten mecz na jakiś czas złamał pewność siebie całego
narodu. Za to wszystko, przez jedną interwencję został obwiniony Barbosa. Cały
kraj rytualnie go grillował. Głuchy na argumenty Flavio Costa, który otwarcie
krytykował Juvenala.

„Barbosa,
który tak wiele razy grał dobrze, tym razem zawalił. Każdy drugorzędny bramkarz
by sobie poradził”– pisało następnego dnia ,,Estado de S. Paulo”, stanowiąc
tylko jeden z głosów w jednolitym chórze. Jego temat wałkowały stacje radiowe.
Moacir krył się w domu razem z żoną, a krążyły niemożliwe pogłoski: nawet taka,
że spalą mu dom. Gdy zaczęła się liga, był nieustannie wyzywany na wszystkich
stadionach. Już wcześniej zdarzały się wobec niego rasistowskie odzywki, teraz
rozgorzały z nową mocą. „Nawet kryminaliście z czasem się wybacza, gdy
odpokutuje swoje grzechy. Mi nigdy nie wybaczono”- mówił Barbosa w 1999 r. Wyobrażacie
sobie jak zły mecz musiałaby rozegrać reprezentacja Polski, żeby aż odcinając
się od tej klęski zmieniono barwy kadry? Ja sobie nie wyobrażam a po ,,Maracanazo”
tak uczyniono. Brazylia przestała grać w bieli, zaczęła w kolorach, które są
ikoniczne do dzisiaj. Brazylijscy czarnoskórzy bramkarze przez jedną sytuację
Moacira mieli pod górkę przez kolejne dekady. Ukuł się mit, żeby takiego na
bramkę po prostu nie dawać a już na pewno nie w kadrze. Barbosa po skończeniu
kariery piłkarskiej nie dał rady zaczepić się w piłce. Fatum dopadło go i tutaj
– jednoznacznie postrzegany przez zawalenie gola wszech czasów, nie mógł
znaleźć zatrudnienia w futbolu. Tylko Vasco pomogło mu ogarnąć pracę, ale
wymowne: pracę ratownika na pływalni mieszczącej się blisko Maracany. Nie wiem
co najbardziej mnie uderza w tym, że jego mecz wciąż się toczył. Czy ten epizod
z porąbaniem i spaleniem bramek. Czy to, że gdy akurat przez pewien czas
komentował mecze, sam prezes brazylijskiej federacji Ricardo Teixeira zabronił
mu pracować przy kluczowym spotkaniu Canarinhos, bo a nuż przyniesie pecha. Z
tej samej przyczyny Mario Zagallo nie wpuścił Barbosy do ośrodka treningowego,
gdzie Moacir chciał życzyć powodzenia Claudio Taffarelowi – Moacir był już
wtedy po siedemdziesiątce, staruszek przegoniony spod bram. Niezwykłe, a
pokazujące jak głęboko kulturowo uwikłana jest tamta jedna interwencja: w 1988
miał premierę film, którego osią jest próba powrotu w czasie i nie dopuszczenia
do bramki Ghiggii. Nominowana do prestiżowej nagrody sci-fi Hugo Award powieść
„Brasyl” także znalazła miejsce dla Barbosy: w jednej z historii, główna
bohaterka chce by Moacir wystąpił w publicznym procesie telewizyjnym, w którym
cały naród stanowiłby oskarżyciela. Biografia „Ostatnia parada Moacira Barbosy”
to jedno, i jakkolwiek mądrze zwraca uwagę w roli mediów przy kreowaniu idoli,
ale też przegranych, tak pozostaje biografią sportowca – aby trafić na karty
sci-fi czy filmów fabularnych trzeba zupełnie innego rozgłosu, innego
znaczenia. Ale chyba jednak najbardziej uderza to, gdy powiedział, że żaden
mecz, nawet tamten finał, nie wprowadził go w taki smutek, jak sytuacja, gdy
pewna matka na ulicy wskazała go palcem i powiedziała swojemu synowi: ,,Zobacz,
to człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. To niewyobrażalne tkwić całe
życie w cieniu takiej winy, tak powszechnie rozpoznawalnej, umieszczonej
głęboko w sercach wszystkich Brazylijczyków, nie tylko tych, którzy widzieli
Maracanazo. W zasadzie pretensje przekazywane z pokolenia na pokolenie. ,,Płakał
mi w rękaw: nie jestem winny! Było nas jedenastu!”- Tereza Borba. Na początku
drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Barbosie zmarła żona. Nowotwór zabrał
osobę, która nie tylko całe życie była dla niego wsparciem, ale też pomagała
nieść brzemię. Był dobrze po siedemdziesiątce, a dostawał tylko emeryturę za
pracę ratownika pływalni. Rzecz w tym, że nawet ta praca była na pół etatu, więc
jakoś wiązali koniec z końcem razem z żoną, ale ostatecznie emerytura była na
tyle mała, że nie wystarczała nawet na opłaty mieszkaniowe. Przez jakiś czas
żył u kogoś w małym pomieszczeniu na podwórzu. Nawet tu doszło do włamania i
okradziono go z koszulki reprezentacji Brazylii. A jednak wtedy, w najgorszym
momencie, zaświeciło słońce.

Tereza Borba
miała wtedy może dwadzieścia lat, prowadziła sklepik na plaży, gdy rozpoznawała
Barbosę jak kręci się po plaży. Wyglądał jak bezdomny, którym w istocie był.
Tereza pomagała mu, a z czasem zaprosiła go do domu, gdzie mieszkała z mężem.
Odstąpili mu cały pokój. Państwo Borbowie pomagali mu, a on przyjmował tę
pomoc, ale czuł się z nią nieswojo – często mówił, że zawadza, że lepiej, aby
sobie poszedł. Ale Borba stała się w istocie jego przybraną córką. Sama
wychowała się bez ojca. W zupełnie obcej osobie Moacir znalazł prawdziwe
rodzinne ciepło i bezinteresowną pomoc. Później Borba zadzwoniła do Euricio
Mirandy, polityka, ale też działacza Vasco. Miranda jaki był, taki był, według
wielu umoczony w korupcję, ale Barbosie pomógł, załatwił mu również skromny
comiesięczny czek z klubu, ale który pozwalał już na samodzielne życie. Miranda
wraz z Teresą zgłosili również pewien projekt burmistrzowi Rio, a on się do
niego zapalił. Znowu Maracana. Znowu tamci piłkarze – przynajmniej wszyscy,
którzy jeszcze żyli w 1999 roku. Z wieloma nie widział się od dekad. I tam, na
tym boisku, w otoczeniu postaci, które pamiętały Maracanazo, burmistrz Rio
przeprosił Moacira za cały brazylijski naród. Impreza z pompą, z honorami –
wszystko na rzecz przeklętego. Atmosfera wokół piłkarza w tej ostatniej
godzinie zaczęła się zmienić. W obronie Moacira stanął Dida. Barbosa udzielił
dużego wywiadu w czołowym brazylijskim talk show. I cały czas miał tamten mecz
żywy, jakby odbył się wczoraj, cały czas o akcji opowiadał z najdrobniejszymi
detalami. Tereza Borba wspominała, że gdy w 2000 roku urządziła Moacirowi
urodziny, ten miał na nich powiedzieć: ,,Jeśli jutro bym umarł, umarłbym jako
szczęśliwy człowiek”. Umarł tydzień później. Na grobie ma wyryte: „Tu spoczywa
godny podziwu, pogodny człowiek. Taki, jakiego pan Bóg mógł stworzyć tylko w
jednym ze swoich najlepszych momentów”. ,,Zrobił tak wiele dla kraju a został
ukrzyżowany po jednym meczu”- Dida. Jeden błąd, kilka sekund, a ciągnęło się za
nim przez całe życie. Nie w sposób anegdotyczny, nie przez docinki kolegów, ale
wydatnie wpływając na jego życie. Na pierwszy rzut oka, niezrozumiałe. Ale na
drugi – Brazylia tak bardzo chciała i potrzebowała wygrać, z tak wielu przyczyn
pozasportowych, że klęska z Urugwajem stała się klęską narodową. Wszyscy
Brazylijczycy, który mieli ogrzać się w blasku chwały, stali się przegrańcami. Sport
potrafi pośredniczyć w emocjach, ktoś strzela gola, bije rekord skoczni, a
cieszysz się tym samym szczęściem, dzielisz tę samą dumę. Tu dzielono gorycz
porażki i chciano tej goryczy się pozbyć. Więc zrzucono cały jej bagaż na
jednego człowieka. „To nie my przegraliśmy. To przegrał Moacir Barbosa”. Nie
było to logiczne, nie było to prawdziwe, ale było widać z jakiejś głębokiej
psychologicznej przyczyny konieczne, choć skazywało jedne plecy na ciężar,
który powinien rozłożyć się na cały naród. W 2014 roku Moacira Barbosy znaleźć
się już nie dało.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?