- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1152 Culés
Gorące dyskusje
martusiaaaa
1
macie jakieś sposoby które pomogą mi przekonać moich dzaiadkow żeby oglądać dzisiaj goata ?... » Czytaj dalej
48 odpowiedzi
Adi123456789
0
Ile macie wzrostu?
38 odpowiedzi
Jakchcesz
54
Ale mnie to denerwuje jak po ciężkim tygodniu chce się napić piwka, odpocząć, obejrzeć... » Czytaj dalej
8 odpowiedzi
Media
Sonda
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1152 Culés
7
Najlepsza Legia w historii:
@siwykrb
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
7
@FCBparasiempre
Sezon
1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek
oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz
nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie.
Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do
najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny
wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko
drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza
pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na
podstawie których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego.
Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach
sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969
Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad
Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło
okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia
całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim
do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę
Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka
w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w
kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej
za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11
wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks
Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz
Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski.
Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował
Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w
drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest
jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako
zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną
zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut).
Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje
ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie
1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie
genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć,
wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było
oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z
wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i
efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek
bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki
(atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku.
Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze
Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny
sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii –
zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii.
Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa,
2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.
W pamięci
pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których
odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry
wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii
udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem
jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66.
minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył
Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie,
przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę
nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu
Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na
stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie
wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie
lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą
bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie
Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut
Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut!
Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny
wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka
może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już
spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w
pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.
18.09.1969-
UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969
– Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73,
Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS
Saint-Etienne
W kolejnej
fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem
wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu
1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać
również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern
Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12
listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały
problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z
Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy
złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się
pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość,
że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami
wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie
prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i
kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została
nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała
podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na
szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to
długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później
zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z
jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej
rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy
o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna
świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu
spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to
spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach
energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany
walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został
rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących
od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla
gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze
opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak
przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści
skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.
Jednak wynik
bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis
promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył
miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z
kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika,
spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów.
Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to,
nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem
zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety
Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem
kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest
szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie
Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.
12.11.1969 –
Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39)
26.11.1969 – AS
Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)
Następną
rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na
Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie
należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy
mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło,
Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na
terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe
z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini
tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi
drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem
Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry
Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać
miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy
ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu
„narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas
samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób,
korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy
skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica
gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie
Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł
Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik
ten(mimo silnego naporu Galatasaray) nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla
Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła
czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze
była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o
mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na
Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy
zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół
przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów.
Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy.
Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do
półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w
historii.
4.03.1970 –
Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37)
18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)
2
@FCBparasiempre
Z trzech
dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów
Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4
razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj
najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w
następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła
podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak.
Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy,
ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale
zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał
problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz
Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach).
Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w
Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy
widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz
spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom
trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne
sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym
relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby
większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis
0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała,
więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W
przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu
będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie.
Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości
wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia
wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do
Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym
i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta
jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy
raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób
manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w
czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z
Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to
zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten
sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie
powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy
zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której
wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w
trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie
mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną
uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej
było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu
były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem
plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej
liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na
samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie
ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę
zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.
Poza
standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się
kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”;
„legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”,
pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w
peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie
wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z
zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w
przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań
pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w
stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem
ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj
tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania
i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”.
Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu
świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak
ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy
Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było
niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami
Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były
dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować
umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie
zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny
niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w
obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz
Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już
i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie
odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę
osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomniani
zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich.
Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej
poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował:
,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca
sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli
Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i
sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie.
Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast
przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu
wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z
drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich
piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne,
niepotrzebne rejony.
Rewanż
zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie
formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje
obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą,
ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety
pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową
Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20
metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc
zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym
relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki.
Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać
winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie
ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na
boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym
spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy
Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie
pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo
lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po
powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową,
co pozwoliło zatuszować całą sprawę.
1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam
0:0 15.04.1970 –
Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)
W 2020 roku
minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa.
Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie.
Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko
czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w
Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na
zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces.
Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i
europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich
zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją
drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich
klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo
dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając
do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś
ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.