La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 694 Culés

6

7

@FCBparasiempre
20 września 1957 r. urodził się Henryk Bolesta. Kto wie czy kiedykolwiek Henryk Bolesta zostałby bramkarzem Feyenoordu Rotterdam, gdyby samochodem przez granice chyłkiem nie przetransportował go Włodzimierz Smolarek. Dawny bramkarz Ruchu Chorzów i Widzewa mieszka tam już od ponad 30 lat. Nie miał 18 lat, lecz umiał już tyle że chciał próbować sił w ekstraklasie. Nawet jeżeli na początku musiałby usiąść na ławce. ,,Chciała mnie Stal Mielec. Nawet tam pojechałem i zakwaterowali mnie w hotelu Jubilat tuż przy stadionie. W wolnej chwili wyszedłem na spacer zwiedzić okolice. Zrobiłem parę kroków w jedną, w drugą stronę i za każdym razem to samo: koniec miasta, nie ma nic do oglądania. Młody byłem, potrzebowałem innego miejsca, więc szybko uznałem że tutaj nie chcę grać”- opowiada nasz bohater. Miał też oferty z II ligi ale on czekał na coś lepszego. Nie minęło wiele czasu i przyjechał Ruch Chorzów. ,,Tam w pierwszych dniach również nie czułem się dobrze. Śląska gwara, której nie rozumiałem i w ogóle specyfika Górnego Śląska źle na mnie działały. Tym razem po dwóch tygodniach mówię sobie: wracam do Radomia! Nie poszedłem na dworzec w Chorzowie żeby mnie ktoś z klubu nie przyuważył ale od razu do Katowic. Działacze Ruchu byli jednak bardziej uparci ode mnie. Znowu przyjechali i przekonali żebym im już nie uciekał. Wreszcie w Chorzowie się zaaklimatyzowałem”- wspomina Bolesta. Trenerem Ruchu był wtedy Michal Vičan, jeden z najlepszych szkoleniowców, jacy kiedykolwiek pracowali w polskiej lidze. W 1969 r. poprowadził Slovana Bratysławe do tryumfu w Pucharze Zdobywców Pucharów(w finale pokonał FC Barcelone 3:2). Słowacki szkoleniowiec znał się na robocie ale przy tym miał dość ciężki charakter. Nie patyczkował się z piłkarzami, którzy próbowali być mądrzejsi od niego. ,,Byłem młodzianem i też miałem z nim utarczki bo paliłem papierosy, co on bezwzględnie tępił. Kiedyś lecieliśmy za granice na mecz. Na lotnisku miałem kontrole bagażu i aż ziny pot mnie oblał, gdyż w torbie schowałem 5 paczek Caro. Nie bałem się oczywiście celników bo nic złego nie robiłem, tylko Vičana. Gdyby zobaczył że mam choć jedną paczke, zrobiłby mi awanture. Nawet najważniejsi zawodnicy, już starsi, z dużym dorobkiem, czuli przed nim respekt. Szanowałem starszyznę ale że byłem dość dużym chłopem, nie dawałem wchodzić sobie na głowe a hierarchii oczywiście się podporządkowywałem. Starzy tłumaczyli mi: ,,Jesteś dopiero na początku drogi. Rób co ci mówimy, bądź cierpliwy a w końcu przyjdzie też czas, kiedy ty będziesz na naszym miejscu”. Mieli racje”- wspomina pan Henryk. W dwóch ostatnich meczach sezonu 1974/75 zagrał w podstawowym składzie, został więc pełnoprawnym mistrzem Polski. Wspomina to jednak… jak najgorzej. ,,Tytuł mieliśmy już zapewniony. Piotr Czaja rozchorował się, więc go zastąpiłem. Debiut przypadł na wyjazdowy mecz z Zagłębiem Sosnowiec. Przegraliśmy 1:2, mówi się trudno. Drugie spotkanie graliśmy z Gwardią Warszawa, która broniła się przed spadkiem i musiała wygrać. Podszedłem do sprawy ambitnie. Tymczasem okazało się że ktoś z kimś ustalił że my to przegramy. Pod moją bramką działy się rzeczy kuriozalne. Była centra w pole karne. Nasz obrońca, mniejsza o nazwisko, zamiast główkować, uchylił się i za nim mogłem zareagować, piłka wpadła do siatki i jeszcze ten właśnie obrońca miał do mnie pretensje, czemu nie obroniłem! Mało żeśmy się tam nie pobili a za chwile znowu wyciągałem piłke z siatki. Vičan widział że sytuacja się zaognia i wprowadził za mnie Czaję. Dla mnie, niespełna osiemnastoletniego chłopaka wydarzenia z pierwszej połowy były szokujące. Gdy już zszedłem z boiska aż się popłakałem”- przejmująco opowiada zapomnianą już dzisiaj historie. Natomiast Gwardia, mimo zwycięstwa 4:1 i tak spadła do II ligi bo sąsiedzi z tabeli byli równie sprytni i też powygrywali swoje mecze. To był osobliwy sezon: 6 ostatnich zespołów w tabeli skończyło rozgrywki z identyczną liczbą punktów.

W 1979 r., kiedy Ruch znowu poszedł po mistrzowską korone, Bolesta stał się już podstawowym bramkarzem ale był to dla niego pierwszy sezon w tej roli. W kolejnych też grał z jedynką aż do 1982 r., kiedy do bramki zaczął wchodzić kolejny wielki talent- Józef Wandzik. Po hiszpańskim mundialu Bolesta przeniósł się do Widzewa Łódź. ,,Zanosiło się że Józek Młynarczyk może wyjechać za granice, więc prezes Ludwik Sobolewski chciał się zabezpieczyć i mieć w odwodzie innego doświadczonego już bramkarza. Wybór padł na mnie”- tłumaczy. Gdy jednak jeszcze bez kontraktu zaczął trenować z Widzewem, w łódzkim hotelu Centrum, w którym się zatrzymał, stawiła się mocna delegacja z ŁKS: trener Leszek Jezierski i pomagający mu Jan Tomaszewski. Chcieli żeby związał się z ich klubem. ,,Strasznie się zdziwiłem bo Jezierski był wcześniej moim trenerem w Ruchu i to on wypychał mnie z klubu, dając do zrozumienia że nie będę u niego bronił. No a za chwile byłem mu jednak potrzebny. Nie przyjąłem propozycji ale ktoś z hotelowej obsługi i tak czujnie doniósł prezesowi Widzewa że Bolesta miał ciekawych gości. Nazajutrz zostałem wezwany do gabinetu Sobolewskiego: ,,Bardzo mi zależy żebyś został u nas i mam nadzieje że się dogadamy. Jeżeli jednak uprzesz się że chcesz grać gdzie indziej, na siłę cię nie zatrzymam. Z jednym wyjątkiem: nie wyobrażam sobie żebyś poszedł do ŁKS”. Na szczęście nie miałem takiego zamiaru. Za chwile podpisaliśmy kontrakt”- ujawnia kulisy pan Henryk. Dwa lata był dublerem Młynarczyka a gdy ten w końcu został wytransferowany do francuskiej Bastii, widzewska bramka należała do niego. Szczytowym, a już na pewno najbardziej spektakularnym osiągnięciem Bolesty nie tylko w Widzewie ale pewnie w całej sportowej karierze był występ w finale Pucharu Polski w 1985 r. Jego zespół na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie grał z GKS Katowice. Mecz był tak nudny że oglądając go w telewizji, można było zasnąć. Dopiero po bezbramkowych 90 minutach dogrywce popis dał Bolesta. W konkursie jedenastek obronił aż 3 strzały rywali. Po trzeciej, idealnej interwencji sprawa była prosta. Jeśli następny gracz Widzewa trafi do siatki, jego zespół zdobędzie trofeum. Wcześniej swoje próby wykorzystali Roman Wójcicki i Mirosław Myśliński. Do karnego nie podchodził jeszcze Smolarek, chyba najlepszy specjalista w Polsce od takich sytuacji ale nie podszedł i tym razem, gdyż piłke na jedenastym metrze ustawił… bramkarz! Za chwile zdziwienie było jeszcze większe, ponieważ Bolesta pewnie pokonał Franciszka Sputa! ,,Włodek Smolarek był wyznaczony do strzelania w piątej, czyli następnej serii i uznał że jak tak zostało ustalone, nie należy tego zmieniać. Dlaczego ja byłem wyznaczony jako czwarty egzekutor? Bo czułem że dam rade. Potrafiłem bardzo mocno i dość precyzyjnie uderzyć, jak to bramkarz. W takiej sytuacji sama technika strzału ma drugorzędne znaczenie. Ważne żeby wytrzymać ciśnienie a ja nie miałem z tym problemu. Inna sprawa że nigdy wcześniej w oficjalnym meczu nie strzelałem karnego”- przyznaje nasz bohater. W Widzewie Bolesta już na dobre zapuścił korzenie ale w 1989 r. nagle wylądował w Feyenoordzie Rotterdam. ,,Grał tam Smolarek. Został poproszony o pomoc w znalezieniu na szybko zastępcy Joopa Hiele, który doznał kontuzji. Włodek pomyślał o mnie a że akurat Widzew przebywał wtedy na zgrupowaniu w RFN, wsiadł w samochód i przyjechał się spotkać. Długo mnie nie przekonywał. Lojalnie uprzedziłem trenera Bronisława Waligóre że jade do Holandii. Oczywiście nie miałem wizy wyjazdowej, więc musiałem liczyć na Włodka. Przed niemiecko-holenderską granicą na wszelki wypadek kazał położyć mi się na tylnych siedzeniach i bezpiecznie przewiózł przez granice. Oczywiście aby uniknąć zawieszenia, Feyenoord i tak musiał dostać zgode z Polski. Najpierw udało się dogadać tylko na wypożyczenie ale gdy skończył się sezon, podpisałem trzyletni kontrakt”- wyjaśnia Bolesta.

W debiucie w nowej drużynie zagrał przeciwko PSV Eindhoven. ,,Wszystko zmierzało do bezbramkowego remisu, lecz na 3 munuty przed końcem gola strzelił mi Romario i to jeszcze z dużego palca a to najgorsza, bo najszybsza dla bramkarza piłka”- wspomina nasz bohater. Po siedmiu meczach Bolesta usiadł jednak na ławce rezerwowych. ,,Dobrze mi szło, byli ze mnie zadowoleni. Do zdrowia wrócił jednak Hiele, który był rezerwowym w kadrze narodowej. Władze klubu uznały że aby się w niej utrzymał, powinien grać. Uczciwie mi wyjaśniono ze muszą na niego stawiać”- tłumaczy. W następnym sezonie Bolesta został wypożyczony przez Rode Kerkrade. Bronił w niej już do końca kariery. Dorobek Bolesty w reprezentacji Polski zaczyna się i kończy na udziale w meczu towarzyskim z Koreą Północną. Szanse na poważniejsze zaistnienie w kadrze przekreśliła mu kontuzja. ,,Byłem przymierzany do gry w meczu z Grecją w eliminacjach mistrzostw Europy 1988. Dzień wcześniej podczas treningu polecono nam wykonanie salta w tył. Naciągnąłem sobie coś w barku tak mocno że nie mogłem ruszać ręką. O graniu nie było mowy, zastąpił mnie Jacek Kazimierski. Wróciłem do Widzewa i dałem się namówić, bym trzy dni później na blokadzie zagrał w ligowym meczu. Zrobiłem błąd, ponieważ przekreśliło to moje występy w kadrze. Wyszło tak że w reprezentacji nie mogę grać bo kontuzja ale wracam do klubu i nic mnie nie boli. Więcej powołań już nie dostałem”- smutno wspomina bramkarz, który po zakończeniu kariery został w Holandii już na stałe.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?