La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1510 Culés

7

7

@FCBparasiempre
18 października 1936 roku. Camp de Les Corts. Reprezentacja Katalonii kontra reprezentacja Walencji. To już nikogo nie interesuje, młodziacy, wciąż nie mogę pojąć co takiego ciekawego jest dla was w tej historii przykrytej kurzem czasu, tym bardziej teraz, kiedy życie toczy się tak szybko a dni są liczone miarą katastrof i nieszczęść; nie wiem nawet jak możecie po nich spać tak spokojnie... Rozumiem: jesteście dziennikarzami, piszecie książkę o futbolu i literaturze; to interesujące, za moich czasów, chłopcy nie było tego typu książek, pamiętam powieści z kiosków, czasem można było w nich znaleźć jakąś piłkarską historię ale nie takie książki jak wasza, poważne i mądre a tym bardziej napisane na trzy pary rąk... Ale do rzeczy: Opowiem wam wszystko, co wiem o tej historii, chociaż, jak możecie się domyślić z biegiem lat wspomnienia wyblakły jak ubranie po wielokrotnym praniu, więc kto wie czy to, co wam opowiem zdarzyło się tak, jak zapamiętałem, czy zupełnie inaczej. To, czego jestem absolutnie pewien to data meczu, nigdy jej nie zapomnę: 18 października 1936 roku. Tego dnia zagrały ze sobą reprezentację Katalonii i Walencji, tak więc sami widzicie że to gadanie jakoby wojna zatrzymała futbol, jest całkowicie nieprawdziwe; grało się dalej po obu stronach i to dużo, zapewniam was, w końcu trzeba było jakoś podnieść morale żołnierzy i cywilów a jaki był na to lepszy sposób niż tocząca się po boisku piłka? Ja miałem kilka dni wolnego i przyjechałem do Barcelony żeby obejrzeć mecz. Wojna zastała mnie na zastępstwie w Madrycie ale zawsze, kiedy mogłem wracałem na rodzinną ziemię. Bardziej mi odpowiada barceloński upał niż madrycki skwar, wilgotny chłód niż suchy, sami rozumiecie... W każdym razie wygraliśmy ten mecz z Walencjanami 2:0 ale tak naprawdę istotne nie były wcale te gole tylko to, co wydarzyło się w przerwie. Kapitanowie obu drużyn Marti Ventolra i Carlos Iturraspe udali się do loży honorowej „Les Corts”, gdzie siedział Luis Companys, ówczesny prezydent Generalitat. „W imieniu wszystkich piłkarzy błagamy żeby zainteresował się pan naszym kolegą Ricardo Zamorą, który wedle naszych informacji został uwięziony w Madrycie - zwrócili się do niego. - Wiemy że nie jest faszystą, jest za to jednym z tych sportowców, którzy swoim wysiłkiem wznieśli Narodowy futbol na najwyższy poziom". Ricardo Zamora był z nami w więzieniu „Modelo” ale niewielu o tym wiedziało a ci, którzy wiedzieli milczeli... Krążyła plotka że został zamordowany w pierwszych dniach wojny w Madrycie, gdzie zastał go konflikt, po tym jak świętował z kibicami i zdobycie Pucharu Hiszpanii po zwycięstwie nad Barceloną na Mestalla. Kiedy sobie przypominam jak tysiące madrytczyków witały zawodników na stacji „Mediodia”, nie mogę uwierzyć że zaledwie kilka dni później my Hiszpanie zabijaliśmy się bezlitośnie w innej wojnie... " Śmierć" Zamory w gazetach na całym świecie, pisały o tym „L’auto", „L’echo de Paris", "ABC", "La Mañana", nawet sam Jules Rimet potwierdził tę informację ale „El Divino” nie zginął, nie, przebywał razem z nami w więzieniu Modelo. Mówię ,,z nami", ponieważ traktowano go tam w specjalny sposób; szefowie codziennie wyprowadzali go na spacer żeby z nim rozmawiać i żeby opowiadał im o swoich piłkarskich przygodach. Swoje zrobiła też interwencja pisarza Pedro Louisa de Galveza, tak, tego faceta, który wkładał niebieski uniform, wsadzał za pasek dwa pistolety i, zawieszał na ramieniu mausera i chodził tak po stolicy, Szukając autorów, z którymi miał rachunki do wyrównania aby rozliczyć się z nimi krwią zamiast atramentem. Nadal nie rozumiem jak ten Borges mógł go tak wychwalać, naprawdę... W każdym razie pewnego dnia Pedro Louis de Galvez zjawił się w więzieniu i oznajmił że musi powiedzieć coś więźniom. Chwycił za ramię Zamore, wyszedł z nim na jeden z balkonów i wymówił te słynne słowa: ,,Oto Ricardo Zamora, wielki piłkarz i reprezentant kraju. Jest moim przyjacielem i wiele razy dawał im jeść. Jest tutaj więziony i to wielka niesprawiedliwość. Niech włos mu z głowy nie spadnie. Zabraniam tego". Pocałował go na oczach wszystkich a potem uścisnął krzycząc: ,,Zamora, Zamora!". To wszystko opowiedział jeśli dobrze pamiętam Ramon Gomez de la Serna na łamach ,,La Nacion", tylko to sprawdźcie bo głowa może mnie zawodzić; ale zapewniam was że jeszcze zanim pojawił się Pedro Luis de Galvez, Zamora wiele razy unikną rozstrzelania tylko ze względu na to kim był...

Nigdy nie zapomnę jak pierwszy raz miałem zaszczyt uścisnąć mu rękę, tę cudowną rękę, która tyle razy ratowała drużynę „Papużek” i zapewniała nam wspaniałe popołudnie. To był pierwszy dzień tego samego roku, 1 stycznia 1936, na stadionie olimpijskim Montjuïc, po spotkaniu towarzyskim reprezentacji Hiszpanii z Niemcami. Mój brat, świeć Panie nad jego duszą podarował mi wejściówkę na ten mecz jako prezent gwiazdkowy, ostatni, jaki mi zrobił... I niewiele więcej pamiętam, prócz tego że jeden z kolegów Joanic, jaki to był wspaniały człowiek ten Joaniec, Świeć Panie nad jego duszą. A więc Joanic wręczył Zamorze piłkę aby zorganizował mecze z więźniami na patio. Widzicie, takie rzeczy działy się w czasie wojny bo tak naprawdę brat zabijał brata, rozumiecie? Teraz pokazują wam w filmach ten obrazek z dwoma żołnierzami, którzy spotykają się w lesie, jeden republikanin, drugi nacjonalista i celują do siebie z karabinu aż zdają sobie sprawę że są braćmi; wtedy obmyślają plan aby się uratować, obaj odrzucają polityczne ideały ze względu na krew, korzenie ale takich przypadków było bardzo mało; przeciwnie najczęściej Kain zabijał Abla z zimną krwią. Zdarzały się też jednak takie momenty jak ten, owszem, republikanin podarowujący piłkę nacjonaliście, frankista zapraszający antyfaszystę na papierosa i szklaneczkę orujo, była więc litość pośród tylu krzywd, ludzkie odruchy pośród barbarzyństwa, to słabe światełko w ciemności, które kazało ci myśleć że zostało jeszcze coś do uratowania, rozumiecie? Ale wojna nie może się skończyć remisem, tak jak mecz piłkarski; na wojnach zawsze przegrywają obie walczące strony, tak jak przegrał Kain, kiedy zabił swojego brata Abla... Gdyby mieli piłkę żeby się pogodzić być może historia wyglądałaby inaczej, kto wie. Tak właśnie sobie myślałem kiedy my, strażnicy paliliśmy papierosy z więźniami i mieliśmy radość z oglądania meczów rozgrywanych na patio. Byliśmy szczęściarzami, jedynymi, którzy mogli podziwiać niesamowite parady najlepszego bramkarza świata, tego, którego ludzie porównywali do świętego Piotra, strażnika bram nieba, tego, którego sam Camilo Jose Cela nazwał „Picassem futbolu"... Coś takiego, to mówicie że Cela też pojawi się w waszej książce? O rety, ciekaw jestem czy zdążę ją przeczytać, staruszkowie jak ja, choć skórę mają twardą jak u gadów to w środku są delikatnii jak motyle a przy tym całym bałaganie z wirusem zobaczymy czy przetrzymam tę zimę...

Miguel Angel Ortiz.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?