- Strona główna
- La Rambla
La Rambla
Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.
La Rambla
Online: 1354 Culés
Gorące dyskusje
FcPortoFan1999
22
Żeby po 2 meczach już być poza turniejem gdzie wychodzą trzy ekipy z grupy to trzeba się... » Czytaj dalej
26 odpowiedzi
KamQiX
62
Czerwona kartka za zasłanianie ust to najbardziej absurdalny przepis jaki wprowadzono w tym... » Czytaj dalej
19 odpowiedzi
heniusss
17
Macie czasami tak, że czytacie czyjś post i zaczynacie pisać odpowiedź po czym myślicie “po... » Czytaj dalej
16 odpowiedzi
Media
Sonda
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
Online: 1354 Culés
12
Jedyne zwycięstwo nad Albionem:
Jak większość z nas wie(a przynajmniej powinna), 6 czerwca 1973 r. reprezentacja Polski pokonała dumnych Anglików 2:0 w eliminacjach do mistrzostw świata w RFN 1974. Jednak nie wszyscy znają kulisy tego sukcesu Śp. Kazimierza Górskiego. Zapraszam więc do odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
8
@FCBparasiempre
To było jedyne w historii zwycięstwa nad Anglię. Ważne nie tylko ze względu na pierwsze punkty zdobyte w tamtych eliminacjach do mistrzostw świata. Przede wszystkim dawał sygnał w Europie że reprezentacja Polski, której złoty medal olimpijski w świecie zawodowego futbolu nie miał wysokiej rangi, potrafi wygrać z gigantem. Dla nas oznaczało to pokonanie jeszcze jednej bariery niemożności a wszystko to wpisywało się w jedno z haseł epoki Edwarda Gierka: „Polak potrafi". Piłkarzom było wszystko jedno co mówi pierwszy sekretarz PZPR, oni robili swoje. Środowisko piłkarskie było takie samo jak każde inne: jednym się rządy Gierka podobały, większości nie. Akurat sportowcy nie mogli narzekać bo widzieli korzyści płynące z polityki partii, które stawiała na sport ale nawet jeśli miało się jakieś zastrzeżenie to lepiej było trzymać język za zębami. Przekonali się o tym Krystian Koźniewski, utalentowany napastnik Odry Opole w czasach trenera Antoniego Piechniczka oraz reprezentacji Polski juniorów. Podczas pobytu w sanatorium w Korfantowie skomentował głośno pokazywane w stołówkowym telewizorze przemówienie Edwarda Gierka. Użył argumentów i języka typowych dla milionów Polaków. Znalazł się jednak jakiś donosiciel sygnalista, w wyniku czego Odra nałożyła na Koźniewskiego karę dożywotniej dyskwalifikacji. Tylko za to że wyraził publicznie swoje poglądy polityczne. Później zamieniono tę karę na 5 lat ale utrudniano piłkarzowi leczenie kontuzji. W rezultacie w wieku 24 lat zakończył karierę sportową i został taksówkarzem a wkrótce wyjechał do RFN a miał realne szanse gry nawet w Reprezentacji Polski. To wprawdzie wydarzyło się w roku 1978 ale Gierek choć osłabiony protestami robotniczymi między innymi w Ursusie i Radomiu jeszcze rządził. Kiedy pięć lat wcześniej mieliśmy grać z Anglią, nikt nie mówił o polityce. Może z wyjątkiem okoliczności towarzyszących meczą na Stadionie Śląskim. O miejscu rozgrywania meczu międzypaństwowego decydował PZPN ale wpływ na to miały władze polityczne. W Polsce były dwa porównywalne stadiony: 100-tysięczny Stadion Śląski w Chorzowie i nieco mniejszy ale też gigantyczny Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Ten stołeczny kojarzył się głównie z kolarskim Wyścigiem Pokoju, centralnymi dożynkami i zawodami lekkoatletycznymi a dopiero w trzeciej kolejności z piłką nożną. Gwardia rozgrywała tu mecze ligowe bo do początku lat 60-tych nie miała swojego stadionu. Legia grywała tam dosłownie za karę. Pozostawały jeden czy dwa mecze międzypaństwowe w roku. Stadion Śląski kojarzył się przede wszystkim z futbolem zanim był żużel a dopiero dalej lekka atletyka czy kolarstwo. Magię tej areny stworzyli przede wszystkim piłkarze Górnika Zabrze, rozgrywając tu najważniejsze mecze pucharowe: z Duklą Praga, Dynamem Kijów, Manchesterem United czy AS Romą. Zaczęło się jednak od spotkania ze Związkiem Radzieckim, po którym przyszły mecze z Hiszpanią i Santosem FC. Za każdym razem trybuny gromadziły po 100 000 ludzi. Na obydwu stadionach kibice mieli kłopot z rozróżnieniem zawodników bo z rozłożystych trybun znajdujących się daleko od boiska było słabo widać. Stadion Dziesięciolecia stał na straconej pozycji. Z boiska do szatni szło się tu dobre 5 minut i tyle samo z powrotem, więc odpoczynek w przerwie był utrudniony. Kiedy w roku 1969 ułożono pierwszą w kraju tartanową bieżnię na stadionie Skry, lekka atletyka przeniosła się z Dziesięciolecia właśnie tam. Wiele zawodów odbywało się także przy Łazienkowskiej. Jednak o przewadze Stadionu Śląskiego nad Dziesięciolecia zadecydowało przede wszystkim światło elektryczne. Na Śląskim zainstalowano je w roku 1959. W następnym roku sztuczne oświetlenie otrzymał stadion Wojska Polskiego. Przez kilka lat miały je tylko te dwa stadiony. To nie jest jednak powód do kompleksów. Pierwszy mecz przy świetle elektrycznym na Wembley został rozegrany w listopadzie 1963 roku. Jupitery „wydłużały" dzień i dawały więcej szans w telewizji a to z kolei przyczyniło się do popularyzacji rozgrywek klubowych i meczów międzypaństwowych. Wykluczały też przykre niespodzianki, jakie przy co najmniej dwóch meczach wydarzyły się na Stadionie Dziesięciolecia. Tam, kiedy robiło się ciemno nie można było włączyć świateł, więc tak naprawdę Paweł Janas zgasił je tylko w przenośni.
Wybór Stadionu Śląskiego na miejsce meczu z Anglią był czymś absolutnie naturalnym. On nie miał konkurencji. Tak się jednak złożyło że w roku 1973 Śląsk był najważniejszym regionem w kraju. Zawsze było tak pod względem gospodarczym, od momentu dojścia do władzy Gierka stało się tak też pod względem politycznym. Za Gierkiem do Warszawy przeprowadziło się wielu działaczy partyjnych. Warszawiacy trawestowali żartobliwie komunikat z Dworca Centralnego: „Uwaga, na tor pierwszy wjeżdża pociąg z Katowic. Proszę odsunąć się od stanowisk”. Od 1972 roku w stołecznych sklepach można było kupić coca-colę. Na Śląsku przez pewien czas popularniejsza była Pepsi Cola. Ulica szybko więc stworzyła hasło: „Pepsi piją lepsi". Na stadionach tych podziałów nie było widać ale w latach 70-tych każdy ważniejszy mecz na Stadionie Śląskim rozpoczynał się od apelu spikera, którym przez lata był usłużny dziennikarz sportowy Tadeusz Janik. To on intonował hasło: „Na cześć towarzysza Gierka trzykrotne hip hip hurra!". I ludzie na to odpowiadali, chociaż entuzjazm w ich głosach z każdym rokiem malał. W roku 1973 to wszystko zeszło na dalszy plan. Liczyły się tylko mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata z Walią i Anglią. Oczywiście po wylosowaniu takich przeciwników duch w narodzie zaginął. Porażka 0:2 w pierwszym meczu w Cardiff wzmocniła pesymizm. Walia była przecież tą drużyną, którą(w przeciwieństwie do Anglii) można było pokonać. Dała nam jednak taką lekcję agresywnego futbolu, na jaką żaden z Polaków nie był przygotowany. W tamtych czasach tylko niewielu fachowców odróżniało gre Anglików od Walijczyków, Szkotów i Irlandczyków. Mówiło się „wyspiarze”, rzadziej „Brytyjczycy” na określenie cech wspólnych dla tamtejszego futbolu: gry szybkiej, nieskomplikowanej, opartej na przygotowaniu kondycyjnym, sile fizycznej, walce w powietrzu i technice strzału. W końcu najlepsi Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy z obydwu części wyspy i tak spotykali się na co dzień w klubach ligowych Anglii. Przez lata tylko o tym słyszeliśmy a do wyobraźni dochodziła umiarkowana wiedza i zastosowanie, że to Anglii jest ojczyzną futbolu. Od lat 60-tych mogliśmy oglądać to w telewizji. Państwowe Przedsiębiorstwo Totalizator Sportowy przyjmował zakłady tylko na dwie ligi: polską i angielską, więc nazwy klubów z Wysp były w Polsce znane jak inne. Co tydzień telewizyjny magazyn informacyjny „Sportowa niedziela” kończył się dwu-, 3-minutowym starannie zmontowanym przekazem z meczów Ligi Angielskiej. Usunięto z nich wszystkie kiksy, strzały na wiwat a pokazywano tylko to, co najpiękniejsze: celne dośrodkowania ze skrzydeł, atomowe strzały z woleja, parady bramkarzy, walke w powietrzu. Wszystko sprawiało wrażenie, że mamy do czynienia z absolutnymi mistrzami futbolu, których nie sposób pokonać. Oczywiście bardziej dociekliwi zadając sobie pytanie w rodzaju: skoro tak, to dlaczego poza Manchesterem United inna angielska drużyna nie zdobyła Pucharu Europy? Dlaczego poza jednym zwycięskim turniejem o mistrzostwo Anglia przegrywała wszystkie inne i w jakich okolicznościach rok przed meczem z Polską Anglia, z pięcioma mistrzami świata w składzie została upokorzona przez Niemców na Wembley 1:3? Dochodziły do tego naszego własne doświadczenia. Górnik pokonał w przeszłości Tottenham, nim został przez niego fizycznie stłamszony na „White Hart Lane”. Porażka Manchester United w Chorzowie była jedyną, jaką angielska drużyna poniosła w drodze do ostatecznego zwycięstwa w Pucharze Europy.
Reprezentacja Polski w dwóch dotychczasowych starciach z Anglikami też zaprezentowała się stosunkowo nieźle. Pierwszy z tych meczów rozegrano w Liverpoolu 5 stycznia 1966 roku. W Anglii o tej porze gra się w piłkę a w Polsce odpoczywa po Sylwestrze. PZPN przyjął jednak zaproszenie bo gospodarzom mistrzostw świata i „ojczyźnie futbolu" nie wypadało odmówić. Ku powszechnemu zaskoczeniu mecz zakończył się remisem 1:1. Strzelec gola Jerzy Sadek otrzymał podobno ofertę pozostania w Liverpoolu i transferu do Evertonu za niewyobrażalną kwotę 100 000 funtów. Grający na prawej obronie Jacek Gmoch utrzymuje że taką samą propozycją złożył mu Tottenham. 8 zawodników z angielskiego składu pół roku później zostało mistrzami świata. „The Football Association” uznał że Polska jest godnym przeciwnikiem. Chociaż do tej pory nigdy do meczów między obydwoma krajami nie dochodziło, teraz rozegrano dwa w odstępie pół roku. Polska była ostatnim sparing partnerem Anglii przed mistrzostwami świata. W lipcu 1966 roku przegraliśmy wprawdzie na Stadionie Śląskim 0:1, wcale nie była to jednak gra do jednej, polskiej bramki. Trzy tygodnie później Anglia zdobyła Puchar Rimeta. W pierwszej dziesiątce plebiscytu „France Football” Złota Piłka za rok 1972 znalazło się dwóch Polaków i dwóch Anglików. Kazimierz Deyna zajął szóste miejsce a Włodzimierz Lubański siódme, z taką samą liczbą punktów co Bobby Moore i Gordon Banks. To byli jedyni przedstawiciele obydwu krajów wśród 26 nominowanych. Biorąc pod uwagę historię i teraźniejszość, z jednej strony były więc nadzieje, z drugiej uzasadnione obawy. Tym bardziej że nie czekał nas mecz towarzyski, tylko eliminacyjny. Anglia po wojnie brała udział we wszystkich finałach mistrzostw świata a Polska w żadnym. Rozgrywki ligowe w Anglii zakończyły się na początku maja. Liga w Polsce trwała do 24 czerwca. Po porażce pod koniec marca z Walią reprezentacja Polski rozegrała jeszcze dwa mecze kontrolne w maju: z Jugosławię w Warszawie i z Irlandią we Wrocławiu. Wybitny dziennikarz Mieczysław Szymkowiak pisał po tych meczach że Polska ma dziś tylko jednego zawodnika światowego formatu: Włodzimierza Lubańskiego, który strzelił w tych meczach trzy gole. Trudno było nie przyznać mu racji. Irlandia miała z naszego punktu widzenia odgrywać rolę Anglii. Anglicy myśleli podobnie, szukali kogoś grającego podobnie jak Polska i znaleźli Czechosłowację. Na 9 dni przed meczem w Chorzowie zremisowali z nią w Pradze 1:1. Allan Clark strzelił wyrównującego gola 2 minuty przed końcem. Czesi bronili wyniku, podawali sobie piłkę na własnej połowie ale gra na czas nie spodobała się kibicom. Odpowiadając na gwizdy, gospodarze ruszyli więc do jeszcze jednego ataku, stracili piłkę a w konsekwencji i bramkę. Antoni Piątek, wysłannik „Piłki nożnej” na ten mecz pisał że Anglia zagrała słabo, wyliczał konkretne błędy, oceniał poszczególnych zawodników i wysnuł z tego wniosek: Jeśli to nie była zasłona dymna, to przed pojedynkiem w Chorzowie można być optymistą. Wszystkie jego oceny i prognozy sprawdziły się kilka dni później.
6
@FCBparasiempre
Jacek Gmoch, który był już wtedy od ponad roku asystentem Górskiego i szefem banku informacji jeszcze przed meczem mówił że rozmawiał kilkakrotnie z Alfem Ramseyem(a mógł to robić bo jako jedyny w kadrze i sztabie szkoleniowym znał angielski), wie jakie trener Anglii ma problemy i cokolwiek by sir Alf wymyślił, 4-4-2 czy 4-3-3, to niczym nas nie zaskoczy. Ostatecznie Anglicy wybiegli w ustawieniu 4-4-2. Gmoch miał natomiast niespodziankę dla Ramsaya. Wspólnie z Kazimierzem Górskim zdecydowali się na tak zwany ekran defensywny, znany na wyspach jako „defensive screen". Sprowadzało się to do powierzenia Jerzemu Krasce roli pomocnika pilnującego przede wszystkim mistrza świata Martina Petersa ale biegającego przed środkowymi obrońcami, z zadaniem przeszkadzania w rozgrywaniu lub przechwytującego piłkę. Coś w rodzaju „wymiatacza linii środkowej". Na ile to możliwe miał też inicjować akcję z lewej strony. Kraska wywiązał się z tej roli wzorowo, podobnie jak w finale olimpijskim w Monachium, kiedy musiał pilnować jednego z najlepszych Węgrów Lajosa Szucsa a mimo to brał udział w akcjach ofensywnych. Po meczach ligowych 27 maja kadra zebrała się na zgrupowanie w Kamieniu koło Rybnika, w ośrodku, z którego w latach 70-tych korzystała stosunkowo często. Treningi odbywały się rano i po południu. Powstał jednak poważny problem. Włodzimierz Lubański przyjechał na zgrupowanie z kontuzją, której nabawił się na treningu Górnika. Zderzył się z Jerzym Gorgoniem, który przypadkowo trafił go butem w ranę nad kolanem odniesioną w towarzyskim meczu z MSV Duisburg. Rana jeszcze się nie zabliźniła, skóre trzeba było ponownie zszyć i Lubański przez kilka dni nie trenował a on był Lewandowskim tamtych czasów. Oczywiście informacje o kontuzji dotarły do Anglików. Lekarze zdjęli więc piłkarzowi opatrunek a ranę przykryli pudrem żeby jakiś przeciwnik „przypadkiem" go w to miejsce nie trafił uzbrojonym w metalowe kołki butem. Zresztą Lubański grał na własną odpowiedzialność. Polacy wychodzili na mecz przygotowani pod każdym względem. Wiedzieli wszystko o przeciwnikach a najważniejsze że wiedzieli co zrobić aby wytrącić im wszystkie atuty. Bodaj pierwszy raz reprezentacja w meczu o tak wysoką stawke mając przed sobą tak mocnego przeciwnika nie myślała że „jakoś to będzie", nie liczyła na „ułańskie szarże". Wychodziła ze świadomością że może wygrać, ponieważ pod względem organizacji, przygotowania fizycznego i taktyki zrobiono wszystko co trzeba. Kazimierz Górski nie pierwszy raz w ważnym meczu nie bał się postawić na debiutanta. Tym razem był to Krzysztof Rześny, prawy obrońca stali Mielec. Kilkudziesięcio metrowy tunel, który prowadził z szatni na boisko był dość wąski. Tutaj często dochodziło do pierwszej próby sił, kiedy to zawodnicy idąc w ciszy, w której słychać było tylko stuk od metalowych kołków o betonową podłogę, niby przypadkiem dotykali się ramionami prężąc bicepsy. Anglicy byli pewni siebie. Ubrali się w niebieskie spodenki i żółte koszulki, co zdarzyło im się tylko dwukrotnie w historii reprezentacji. Ten żółty kolor, charakterystyczny dla Brazylii miał im dodać wiary w zwycięstwo. Tak to tłumaczył kapitan Bobby Moore. Im bliżej wyjścia z tunelu, tym Anglicy byli głośniejsi, dodawali sobie animuszu bojowymi okrzykami i uderzeniem rękami w plastikową obudowę u wylotu tunelu. Żuli gumę, „Patrzyli na nas jak na kmiotków"- wspomina Kraska. Polacy byli cisi, skoncentrowani, jednak nieco onieśmieleni. W końcu mieli się zmierzyć z legendami, mistrzami świata: Bobby Moorem, Alanem Ballem, Martinem Petersem. Nie byli jednak przerażeni. Pewność siebie Anglików zgasła w miarę zbliżenia się do boiska. Kiedy już na nie wyszli zobaczyli szarą masę 100 000 ludzi, schowanych częściowo wśród Śląskich dymów, skandujących jakieś hasła w nieznanym Anglikom języku, usłyszeli jak śpiewa się polski hymn i miny im zrzedły. Nic dziwnego że angielscy dziennikarze nazwali to miejsce „Kotłem czarownic". Być może wpłynęło to w jakimś stopniu na początek gry.
W siódmej minucie Polacy wywalczyli rzut wolny po lewej stronie na wysokości pola karnego. Robert Gadocha kopnął pod bramkę i po chwili piłka znalazła się w siatce. Ten nieprecyzyjny opis oddaje to, co się wydarzyło. Do dziś nie wiadomo, kogo uznać za zdobywcę gola. Raczej nie Gadochę bo on dośrodkowywał. Najpewniej Jana Banasia, który dotykał piłkę z zamiarem skierowania jej do bramki. Walczący Bobby Moore sugerował że być może piłka odbiła się od niego i nieszczęśliwie wpadła do bramki ale nie był tego pewien. Jakkolwiek było od 7 minuty Polska prowadziła z Anglią 1:0 i mogła grać spokojnie. Przyjęła wariant defensywny żeby zabezpieczyć swoją bramkę. Nawet Kazimierz Deyna cofał się pod nasze pole karne. Ramsey miał później o to pretensje ale jego słowa wynikały z braku argumentów. Polacy grali po prostu mądrze i ostrożnie. W naszym ataku przez 90 minut biegało aż trzech napastników. Nie zamierzaliśmy poprzestać na jednym golu. Sytuacja na podwyższenie wyniku nadarzyła się na początku drugiej połowy. Stało się dokładnie to, co przewidywał Jacek Gmoch, analizując grę Bobiego Moora. Włodek Lubański tak wspominał tamtą sytuację: „Paradoksalnie przerwa w treningach na kilka dni przed meczem dobrze mi zrobiła. Czułem się bardzo dobrze fizycznie i psychicznie. Jacek Gmoch mówił mi jak zachowuje się Bobby Moore, kiedy przyjmuje piłkę. Kiedy ostatni obrońca przekładał sobie piłkę z nogi na nogę i na sekundę stracił nad nią kontrolę, zabrałem mu piłkę i pobiegłem na bramkę ale to się tak mówi. Uciekłem Mooreowi na drugim kroku, ledwo utrzymałem się na nogach, dotknąłem kolanem ziemi. Do bramki miałem około 40 m. Moore już nie mógł mnie dogonić ale z boku biegł drugi obrońca, chyba McFarland. Gdybym nawet chciał podawać biegnącemu z lewej strony Robertowi Gadosze, nie mógłbym tego zrobić bo McFarland przejąłby piłkę. Musiałem strzelać ale między wychodzącym bramkarzem Shiltonem a słupkiem bramki była przestrzeń niewiele szersza od piłki. Musiałem tam trafić z odległości kilkunastu metrów i trafiłem". Nic dwa razy się nie zdarza? 43 lata później, w październiku 2016 roku, w meczu z Danią na Stadionie Narodowym Robert Lewandowski strzelił niemalże identyczną bramkę jak Lubański w Chorzowie. Przebiegł nawet więcej metrów. Otrzymał kopniętą sprzed pola karnego piłkę jeszcze na naszej połowie. Mimo obecności dwóch obrońców udało mu się ją opanować a potem wyprzedził ich, biegł niemalże z nimi na plecach i trafił w wewnętrzną stronę słupka bramki Caspera Schmeichela. To było absolutne mistrzostwo, równe wyczynowi Lubańskiego. Kiedy nałoży się te akcje i bramki na siebie wyglądają jak akcja Leo Messiego w meczu z Getaffe będąca kopią rajdu Diego Maradony w mundialowym spotkaniu z Anglią na Estadio Azteca. Tamten mecz w Chorzowie Polacy wygrali 2:0. Żeby awansować musieli pokonać w rewanżu Walie a potem na Wembley co najmniej zremisować z Anglią i to wszystko zrobili. Cztery potyczki z Anglią i Walią nauczyły ich więcej niż cały turniej olimpijski, co miało znaczenie w następnym roku podczas Mistrzostw Świata. Anglii nie potrafiliśmy jednak pokonać już nigdy, mimo że od roku 1973 spotykaliśmy się z nią 15 razy kompleks był tak wielki że strzelcy goli dla Polski na Wembley stawali się bohaterami. Było ich zaledwie trzech Jan Domarski(co akurat można zrozumieć bo zdobył bodaj najważniejszego gola w historii Polski), Marek Citko i Jerzy Brzęczek. Gol Citki w przegranym meczu miał znaczny wpływ na przyznanie piłkarzowi w plebiscycie TVP tytuł „Sportowca Roku 1996". Piłkarz wyprzedził Mistrzów olimpijskich z Atlanty. Gol Tomasza Frankowskiego na Old Trafford w 1995 roku nie przekonał natomiast Pawła Janasa do powołania tego napastnika do kadry na Mistrzostwa Świata w Niemczech.
Mecz w Chorzowie był wyjątkowy nie tylko dla reprezentacji ale okazał się szczególny dla kilku graczy. Debiutant Krzysztof Rześny, świetny prawy obrońca, dwukrotny mistrz Polski w barwach Stali Mielec jeszcze tylko pięć razy wystąpił w reprezentacji. Starszy o 5 lat od Antoniego Szymanowskiego, nie mógł wygrać z nim rywalizacji. Po zakończeniu kariery w Polsce Rześny wyjechał do Ameryki. Jerzy Kraska nie wiedział że przeciw Anglii wystąpił ostatni raz w reprezentacji. Miał 22 lata, już był mistrzem olimpijskim i najlepszym w kraju specjalistą od czarnej roboty na boisku. Po meczu wyszedł z torbą sportową przed stadion i zastanawiał się w jaki sposób dotrzeć do domu w Warszawie. Nikt się wtedy o reprezentantów nie martwił. Sami przyjeżdżali, sami odjeżdżali, nie wszyscy mieli samochody. Kraska zobaczył autokar z płocką rejestracją, więc pomyślał że zabierze się nim bo w Płocku mieszkali rodzice ale kiedy spojrzał na niezbyt przytomnych z radości kibiców- zrezygnował. Wsiadł w tramwaj, którym dojechał do dworca w Katowicach. Nocny pociąg do Warszawy wypełniali po brzegi inni kibice. Kraska stał więc w korytarzu obok toalety i słuchał wrażeń kibiców. Mówili i o nim ale nikt go nie rozpoznał. Po sześciu godzinach takiej podróży był już w domu. Niecały miesiąc później zagrał w mało znaczącym meczu Warszawa - Poznań. Na twardym boisku stadionu Warty skręcił nogę w kolanie. Postawiono błędną diagnozę, więc leczenie okazało się niewłaściwe. Kurował się wiele miesięcy. Kazimierz Górski chciał go zabrać na Mistrzostwa Świata. Wiosną 1974 roku Kraska znalazł się w reprezentacji, która na stadionie Marymontu rozgrywała kontrolny mecz z Fortuną Duesseldorf. Obok niego w pomocy wystąpili Henryk Kasperczak i Kazimierz Deyna. To była próba przed mundialem. Noga nie wytrzymała, musiał zejść już w ósmej minucie. Wypadł z kadry, więc wszyscy o nim zapomnieli. Grał jeszcze przez kilka lat w lidze, lecz do reprezentacji nie wrócił. Jako trener drugiej drużyny Legii sprowadził na Łazienkowską z Delty Warszawa młodego Roberta Lewandowskiego ale Kraskę z klubu zwolniono a ci, którzy przyszli po nim zwolnili Lewandowskiego. Jan Banaś poleciał jeszcze z kadrą na wakacyjne tournee po Ameryce Północnej i tam zakończył reprezentacyjną karierę. Jest najbardziej poszkodowanym polskim piłkarzem w historii. Swoją grą i golami przyczynił się do awansu Polski na Igrzyska Olimpijskie i na mundial ale w finałach obydwu tych turniejów nie zagrał. W młodości uciekł z kraju mamiony obietnicami mieszkającego w RFN ojca, który nie widział go od 20 lat.Ostatecznie zaopiekowali się nim obcy ludzie. Banaś trenował w 1. FC Koeln ale mecze w Bundeslidze tylko oglądał z trybun bo ciążyła na nim kara dyskwalifikacji. Wrócił więc do Polski, został jednym z najlepszych skrzydłowych, z „błogosławieństwem" Generała Jerzego Ziętka grał w Polonii Bytom a potem Górniku Zabrze. Z tymi klubami i reprezentacją mógł wyjeżdżać wszędzie, z wyjątkiem zachodnich Niemiec a Igrzyska Olimpijskie i Mistrzostwa Świata odbywały się właśnie w tym kraju. Banasiowi przeszły więc koło nosa zaszczyty sportowe, premie finansowe i renta Olimpijska, jaką otrzymali jego koledzy, Mistrzowie z Monachium. Stał się ofiarą polityki. Jego miejsce na prawym skrzydle zajął Grzegorz Lato i tak się zaczęła kariera króla strzelców mundialu w RFN. Z kolei Włodzimierz Lubański nie dotrwał do końca meczu w Chorzowie. 7 minut po akcji zakończonej bramką doznał poważnej kontuzji. Oskarżony o brutalne wejście Roy McFarland w ogóle Polaka nie faulował. Nie wytrzymała wcale nie ta pudrowana noga, tylko druga. Na bieżnię wjechała karetka, dodając meczowi dodatkowych emocji i legendarnych wątków. Lubańskiego zabrano do szpitala ale tam wszyscy zajęci byli oglądaniem meczu w telewizji, więc po doraźnej pomocy wrócił na stadion ale nie na boisko. Powołano specjalne konsylium złożone z profesorów, autorytetów medycyny. Cora noga Lubańskiego stała się sprawą narodową. Leczono go w Polsce i w klinice w Wiedniu, na co wydano specjalną zgodę na poziomie Ministerstwa Górnictwa i Energetyki. Efekty były jednak mizerne bo wcześniej popełniono zbyt dużo błędów. Ostatecznie Lubański nie pojechał na mistrzostwa świata, co z kolei otworzyło drzwi do kadry dla Andrzeja Szarmacha. Może nawet z większym pożytkiem dla reprezentacji? Z takich pytań składa się futbol. Włodek wrócił do reprezentacji po trzech latach i pojechał jeszcze na mundial w Argentynie ale był już innym piłkarzem. Kiedy w roku 1975 wydawano mu zgodę na grę w KSC Lokeren, w uzasadnieniu dla centralnego Ośrodka Sportu władze Górnika napisały: „Ze względu na nieodwracalne schorzenie kolana". To była połowa sukcesu. Kiedy już znalazł się w Belgii, spotkał się z ambasadorem Polski w Brukseli, od którego w Warszawie oczekiwano raportu na temat samego Lokeren, mieszkających tam od wojny Polaków i relacji Lubańskiego z nimi, czyli politycznej aktywności piłkarza. Tym ambasadorem był Stanisław Kociołek, sekretarz partii w Gdańsku w czasie tragicznych wydarzeń w grudniu 1970 roku. Lubański grał wyczynowo do 38 roku życia. „W swoim ostatnim klubie Quimper we Francji, kiedy przechodziłem badania lekarz nie mógł uwierzyć że to moje kolana. Wyszedł z kliszą przed gabinet i spytał: gdzie jest staruszek od tych kolan?. Kiedy wstałem, stwierdził: C'est pas possible. Jeśli ty z takimi kolanami grałeś w piłkę i się nie rozpadły to graj dalej"- opowiadał Włodzimierz Lubański.
Minister spraw zagranicznych Stefan Olszowski w roku 1973 ponownie przyznał reprezentacji nagrode za „rozsławienie imienia Polski Ludowej". Pisanie że piłkarzom na tym zależało byłoby nadużyciem. Od zwycięstwa w Monachium to raczej politykom z każdym kolejnym zwycięstwem reprezentacji zależało na tym żeby ogrzewać się w ogniu jej sławy i popularności.
Komentarz usunięty przez użytkownika