La Rambla

Witaj na La Rambla
Witamy na La Rambla, gdzie dyskusje toczą się całą dobę! La Rambla to dział stworzony specjalnie dla zarejestrowanych Użytkowników FCBarca.com. Zapraszamy do rejestracji oraz dyskusji nie tylko o Barcelonie i nie tylko o piłce nożnej. W tym dziale obowiązuje regulamin serwisu FCBarca.com, który znajdziecie tutaj.

La Rambla

Online: 1313 Culés

7

7

@FCBparasiempre
25 czerwca 1995 r. „Gigante de Arroyito”; Rosario Central – San Lorenzo.
Znowu jest sam w Paryżu. W 1981 roku jednego z tamtych smutnych dni na wygnaniu płakał jak dziecko, kiedy San Lorenzo spadło z Ligi. tej nocy Osvaldo Soriano może nie powstrzymać radości. W swoim mieszkaniu przy Chateau Rouge skacze, krzyczy, rzucaj się na łóżko. „Ciklon" został mistrzem po 21 latach! Nie może oderwać się od telefonu. Słucha śpiewów po drugiej stronie słuchawki. Główka Gallego Gonzaleza sprawiła że stał się cud. Czuje że tam jest, 11 000 km dalej, jako jeden z wielu w stadach „kruków”, które udały się do Rosario. Otwiera okno i ogłasza wszem wobec, chociaż w tym mieście nikt go nie rozumie: „San Lorenzo mistrz, kurwaaaa!" Sąsiedzi się skarżą, jest 2 w nocy. Dalej krzyczy w pustkę, opętany, ekstatyczny, za dawne czasy, za nowe, za San Filippo, za Pampe Biaggio. „Jak mam teraz świętować ten tytuł? Z kim mam dzielić radość?", pyta sam siebie. Nikt nie przeszedł ulicą, kawiarnia na rogu jest zamknięta. Nie powinien palić ale wyjmuje jedno ze swoich najlepszych kubańskich cygar, nie powinien palić ale nalewa sobie kilkuletnia whisky. Powoli ogarnia go wspaniałe uczucie spełnienia. „San Lorenzo mistrz, kurwa”, nie przestaje sobie powtarzać. Jedna szklanka, później następna i rozszalałe serce Osvaldo Soriano uspokaja się w samotności Paryża. Głowę opiera o ścianie, otępienie po whisky zmusza go do zamknięcia oczu. Widzi boisko z ubitej ziemi. Wie, że znajduje się na jakimś pustkowiu w Patagonii. Słyszy marsz, który jest coraz bardziej przybiera na sile. Za jednym ze wzgórz otaczających pole dostrzega czerwoną flage ze swastyką na środku. Pod nią maszeruje drużynę piłkarską, idealnie umundurowaną, wszyscy w surowej czerni. Włóczy się nie widząc nikogo aż nagle spotyka mężczyznę, który jest oprócz kapelusza nosi przy pasku rewolwer dużego kalibru. „Wie pan, to finał mundialu z 1942 roku. Ci Niemcy już tacy są, na każdym mecz muszą przyjechać z godzinnym wyprzedzeniem. - Słucham? Pyta Soriano. - Nazywam się William Brett Cassidy, jestem kowbojem i sędzią piłkarskim. Moje uszanowanie - mówi wyciągając do niego ręke. I wtedy dając się ponieść potokowi słów Cassidy zaczyna mu opowiadać historię nieznanego mundialu. Mówi o robotnikach budujących tamę w Barda del Medio, z których wielu to uchodźcy z Europy i o tym, jak uzgodniono zorganizowanie mistrzostw świata w miejsce turnieju odwołanego z powodu wojny. Sędzia informuje go o niektórych uczestnikach mundialu: włoskich antyfaszystach, robotnikach Guarani, argentyńskich poszukiwaczach złota i oczywiście elektrotechnikach z III Rzeszy, którzy instalują pierwszą linię telefoniczną łączącą Pacyfik z Atlantykiem. Soriano słucha go uważnie: „Ale co to za mundial?”, zastanawia się. Niemcy rozgrzewają się ze scholastycznym rygorem, recytując akapity z Heideggera. Ponieważ zobligowani są do trzymania uniesionej ręki przy każdej przemowie kapitana, momentami trudno im przyjąć piłke na klatke piersiową. Wygrali wszystkie mecze, w których rywalizują w rywalizacji, niszcząc systemy obronne i bezbłędnie wykonując rzuty karne. Ze względu na imperatyw kategoryczny i patriotyczny wystąpił zmiana systemu WM na H, ustawienie, które ich trener stara się utrzymać przez cały mecz. Dzisiaj w finale nikt nie ma wątpliwości, że bardzo szybko przechylą szale zwycięstwa na swoją korzyść.
Publiczność zaczyna przebywać i zajmować miejsca wokół placu gry. William Brett Cassidy kieruje się na oznaczony butelką burbona środek boiska. Niemcy się niecierpliwią, pragnął jak najszybciej przekazać Führerowi informację o zwycięstwie żeby podnieść morale wojsk na froncie wschodnim. Zbliża się jednak godzina rozpoczęcia meczu a ich rywale wciąż się nie zjawiają aż wreszcie nad jednym ze wzgórz rozbrzmiewa delikatna melodia wiatru. Drużyna Mapuczy ma tę przewagę że jest prawowitym gospodarzem turnieju. Awansowała do finału po tym, jak pewnie pokonała angielskich robotników budujących linię kolejową ich widowiskowa gra przez niektórych określana mianem magicznej nie przejmuje się taktykami ani rezultatami. Wygrywali mecze, nawet nie dotykając piłki prowadząc ją jedynie swoim śpiewem. Stale atakując jak nikt inny ucieleśniają idee futbolu jako widowiska, przy której obstaje ich trener szczupły i melancholijny dżentelmen z długimi wąsami, który właśnie usiadł obok niego. - Peregrino Fernandez, trener piłkarski- mówi. - Miło mi trenerze- odpowiada Soriano. Nie ma czasu na nic więcej ponieważ sędzia odgwizduje początek meczu. Wśród publiczności grupa spawaczy z Ligurii śpiewa międzynarodówkę, na co natychmiast odpowiadają chilijscy ewangelicy swoją cuecą. Broń błyszczy złowrogo Patagonii. Na placu gry Niemcy atakują frontalnie. Beztroscy ma płucze nie przestają zaś patrzeć w niebo. Piłkarze III Rzeszy dominują ale nie są w stanie trafić do bramki przeciwników. Cassidy chce odgwizdać dla nich pięć rzutów karnych, spłacić dług, zatrzymać tych Indian, wyrzucić ich, aresztować ale ktoś ukradł rewolwer. Wtem niebo ciemnieje. Raptowna burza wyładowuje się złowieszczo i w mgnieniu oka zamienia boisko w bagno. „Nie ma nic piękniejszego niż nurkowanie w błocie", myśli Soriano. Buty Niemców grzęzną, podczas gdy ma pucze tańczą z zadziwiającą lekkością. Peregrino Fernandez oklaskuje piękno i skuteczność swojej drużyny. Z Barda del Medio nikt nie skontaktuje się przez telefon z Adolfem Hitlerem. Nikt nie zadzwoni do Führera z Patagonii ponieważ napastnik lokalnego zespołu prowadząc piłkę między obiema stopami przygotowuje się do tego aby posłać ją na drugą stronę linii bramkowej... Z silnym bólem szyi Osvaldo Soriano dostrzega pierwsze promienie wschodzącego słońca. Z jego twarzy wciąż nie schodzi błogi uśmiech. „Ale z ciebie głupiec Cassidy". Budzi się i znowu szepcze tę samą litanię: „San Lorenzo mistrz, kurwa". Coś mu podpowiada że to będzie jego ostatni tytuł i chcę znowu płakać, znowu skakać ale w tym mieszkaniu nie ma z kim dzielić radości. Po 21 latach „Ciklon” znowu jest najlepszy. Chociaż jego płuca nie dają już rady musi zejść pięć pięter w budynku bez windy żeby komuś o tym powiedzieć. Po przejściu przez ulicę wyczerpany wchodzi do kawiarni przy Rue Dejean, Gdzie w każdy poniedziałek jest śniadanie. - Gordo powiedz mi do czego można porównać zdobycie mistrzostwa? - pyta go kelner pochodzący z Tandil. - słuchaj: to tak, jakby suchy i ciepły szampan spływał przez gardło. Takie łaskotanie - odpowiada Soriano.
David Garcia Cames.

« Powrót do wszystkich komentarzy

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?