Antonio Mateu Lahoz, ceniony i kontrowersyjny hiszpański sędzia, wziął udział w bardzo ciekawej rozmowie z Vicente del Bosque, opublikowanej na łamach El País. Arbiter odniósł się do wielu kwestii dotyczących jego zawodu.
Del Bosque: Właśnie sędziowałeś finał Ligi Mistrzów, a teraz przygotowujesz się do roli hiszpańskiego sędziego na mistrzostwach Europy. Musiałeś zrobić coś dobrego przez te wszystkie lata, żeby otrzymać te dwie nagrody tak blisko siebie.
Mateu Lahoz: Nadal w to nie wierzę. Wciąż jestem w chmurach. Nie sądzę, żeby na takie rzeczy można było zasłużyć, to takie duże. Co mogę ci powiedzieć? Gwiżdżesz z odpowiedzialnością, która się z tym wiąże, ale także z chęcią do zabawy. Jeśli znajdziesz równowagę, jeśli wiesz, co robisz, i potrafisz cieszyć się tym razem ze swoją drużyną, bo my sędziowie też jesteśmy drużyną, to jest to wspaniałe. W bardzo miły sposób dowiedziałem się, że nadeszła moja kolej. Robiliśmy kurs przygotowawczy do EURO i ogłosili nam to na oczach wszystkich kolegów. Dostaliśmy brawa, uściski i wyrazy uznania od wszystkich. Od tamtego dnia jestem przeszczęśliwy.
Czułeś odpowiedzialność, że to bardzo ważny mecz, a nie tylko kolejny.
Tak, ale nie byliśmy zdenerwowani. Cieszyliśmy się nim od rana. Żadne z naszej trójki nie spało dobrze, więc wstaliśmy wcześnie na śniadanie, aby jak najszybciej zacząć się bawić. Powiedziałem moim kolegom, żeby byli sobą, że finał to jeszcze jeden krok. Te 10 biletów, które dostaliśmy, było dla naszych rodzin. Zasłużyły na to, by być tam z nami. Kiedy zobaczyłem na tablicy wyników, że na stadionie jest 14 110 osób, pomyślałem, że 10 to nasi.
Podczas gry było widać, że dobrze się bawiłeś. Pokazałeś równowagę, siłę emocjonalną... Nawet mrugnąłeś do kamery przed startem.
Zawsze to robię. To mrugnięcie w stronę mojej matki. A na koniec gry staram się uśmiechnąć, żeby wiedziała, że nic mi nie jest. Miałem przeczucie, że będzie to mecz, który nie będzie wymagał sędziego. Wiedziałem, że obie drużyny będą grać i że wszyscy będą się starać. Wiedziały dokładnie, co chcą zrobić. Studiowaliśmy je, jak zawsze. To jest konieczne. Znałem historię w Niemczech pomiędzy Tuchelem i Guardiolą, kiedy byli w Dortmundzie i Bayernie. Tak dużo wiedziałem o obu drużynach, że byłem zaskoczony składem Pepa.
Przed meczem rozmawiałeś z trenerami, kapitanami. Zauważyłeś, że byli zadowoleni z wyboru ciebie.
Z Pepem nie rozmawiałem, bo nie było okazji, ale rozmawiałem z jego sztabem trenerskim. Z Thomasem rozmawiałem. Nie zdążyłem ich zapytać, czy zgadzają się z moją nominacją, ale to są rzeczy, które się zauważa. Był szacunek. Piłka nożna jest tak pięknym i uniwersalnym sportem, że nie musimy z nią zadzierać. Piłka nożna jest wzbogacająca, jest fantastyczna. W sędziowaniu, im więcej wiesz o piłce nożnej, im bardziej studiowałeś drużyny, ich taktykę, tym bardziej pomoże ci to w zarządzaniu grą. Zawsze dobrze jest wiedzieć coś o zawodnikach. O João [Cancelo], Fernandinho, Césarze [Azpilicuecie]... Ileż wycierpiałem lata temu, gdy odszedł do Olympique'u Marsylia. Powiedziałem Kevinowi [de Bruyne], żeby pozdrowił swoich rodziców. Wiedziałem, że bardzo mu pomogli w jego karierze.
Kiedy finał dobiegł końca, zauważyłem, że spojrzałeś w niebo. Wspomniałeś ojca?
Zawsze patrzę w niebo. Mój ojciec zawsze mi pomagał i nadal pomaga. Mówił mi, że jeśli chcę być piłkarzem, to powinienem się temu poświęcić, i złościł się, gdy szedłem zbierać pomarańcze, żeby pomóc rodzinie. Nie powinienem tego mówić, ale w sobotę zrobiłem coś, czego nie wolno robić. Uciekłem, żeby zobaczyć się z rodziną, która pojechała ze mną do Porto. Podróżowałem z nimi i wróciłem z nimi. Z moją żoną i moimi dwoma synami, Pau i Markiem. Nie zabrałem ze sobą matki. Ma 82 lata i choć jest zaszczepiona, trzeba ją chronić. Ona jest kapitanem, jest najlepsza w drużynie. Poradziła sobie z naszą szóstką rodzeństwa. Podczas meczu, kiedy szedłem do rogu, gdzie byli moi krewni, machałem do nich. Dlaczego miałbym tego nie robić? Pomyślałem: "Będę patrzył na grę ich oczami". Kiedy mecz się skończył, poszedłem tam, gdzie byli, a fani obu drużyn podali mi mojego najstarszego syna, Pau, jakby to był koncert rockowy. I tam mnie przytulił. Potem przepuścili moją żonę i mojego małego synka. Na drugi dzień dostałem zdjęcie tej chwili. To tak, jakby nie pozwalali ci się obudzić z tego snu.
Twój zawód całkowicie opiera się na powołaniu, trzeba być bardzo masochistycznym, żeby być sędzią i nie lubić tego. Aby zostać sędzią, trzeba chcieć nim być.
Jeśli mam być szczery, to chciałem być piłkarzem. Trzeba by zezwolić łączenie gry w piłkę nożną z sędziowaniem. Robiłem to przez cztery lata i to było cudo. Wychodziłem na boiska i byłem szanowany jako piłkarz, jako sędzia i jako Toño, człowiek. Widzieli moją pasję do gry od najmłodszych lat.
Dlaczego i kiedy zdecydowałeś się zostać sędzią?
Jestem sędzią, ponieważ zmarł mój ojciec. Potrzebowaliśmy pieniędzy w domu i wszyscy musieliśmy pomagać. Trudno było zdecydować się tylko na jedną rzecz. Lubiłem grać w piłkę. Byłem lewonożny. Grałem w Segunda B. Nie byłem zły. Miałem szczęście, że moim mentorem był mój starszy brat, który również był sędzią, i to właśnie on zaprosił mnie do spróbowania tego. To było jak wyzwanie, które miało mi pomóc uporać się ze śmiercią ojca. Wiedział, że to pomoże mi bardzo dojrzeć. Miałem 14 lat, ale jestem bardzo świadomy tego momentu. Mój ojciec był w tym czasie elitarnym sportowcem. Był mistrzem Europy w skeecie. Cierpiał na Parkinsona i jego choroba uniemożliwiła mu uprawianie sportu. Biedak nie miał nawet pieniędzy, żeby wziąć udział w mistrzostwach, ale ludzie zapraszali go do udziału w zamian za oddanie im potem nagród pieniężnych.
Jaki sędzia był twoim wzorem? Od kogo nauczyłeś się swojego charakterystycznego stylu?
Kiedy zaczynasz pracę jako asystent, uczysz się od swoich kolegów. Uczysz się nawet wtedy, gdy jesz coś z nimi po meczu. Nauczyłem się tego z czystej esencji. Sędziowanie, podobnie jak piłka nożna, to kwestia gustu i trzeba mieć dużo szczęścia, jak we wszystkim. Im mniej akcji na styku masz, tym większy sukces odnosisz. Miałem szczęście sędziować wielkie mecze, w których nie było żadnych kontrowersyjnych zagrań w polu karnym.
A skąd ten zwyczaj zwracania się do wszystkich zawodników, Hiszpanów i obcokrajowców, po imieniu, a nie po nazwisku? Czy mówisz tak do wszystkich, czy do tych mniej znanych, nie?
Wynika to z mojego powołania jako nauczyciela. Przez całe życie zwracałem się do uczniów w szkole po imieniu, a przedtem były klasy liczące 40 dzieci. Dzięki temu łatwiej mi było się do nich odnieść. W piłce nożnej było to o wiele łatwiejsze, dlaczego miałbyś mówić do nich po nazwisku, jeśli znasz ich imię? Nierobienie tego wydaje się absurdalne. Poza tym, podczas gry słyszy się, jak się do siebie zwracają. To, czego nigdy nie robiłem, to nazywanie ich po numerze. Trzeba starać się traktować ludzi w sposób, który ich porusza, zarówno uczniów, jak i zawodników.
Zapytam Cię o bardzo konkretną sytuację, o atak De Jonga na Xabiego Alonso w finale mistrzostw Świata w RPA. Jak rozwiązałbyś ten problem? Nawet jeśli to było sprzeczne z moimi interesami, to uważam, że misją sędziego jest zarządzanie i kierowanie meczem oraz odrobina psychologii. Zarządzanie tamtym meczem wymagało, aby nie wyrzucać tego zawodnika i nie zostawiać drużyny w dziesiątkę w połowie pierwszej połowy. Dla dobra futbolu uważam, że dobrze się stało, że nie został wyrzucony. Oczywiście, możesz mi powiedzieć, że dyscyplinarnie była to czerwona kartka i tyle.
Stary dobry Howard [Webb] powiedział już, że w tamtym czasie nie podjął decyzji, którą musiał podjąć. Piłka nożna musi wiedzieć, że zawsze będą decyzje na styku. Nie wiem, co ja bym wtedy zrobił, ale rozumiem, o czym mówisz. Zależałoby to od mojego kąta widzenia i od tego, jak niebezpieczne było to dla bezpieczeństwa Xabiego. Sędzia musi zawsze starać się pomóc. A w finale jeszcze bardziej, jeśli to możliwe... W Porto dwukrotnie złamałem zasady, w cudzysłowie, bo chciałem pomóc Thiago w powrocie do zdrowia po kontuzji. Przedłużyłem ten czas także po to, aby jego trener miał czas na zastąpienie go. I później też w akcji pomiędzy Antonio [Rüdigerem] i Kevinem [De Bruyne] zrobiłem to samo. Zignorowałem protokół trzyminutowy, nie poganiałem lekarza. To był finał i nie chciałem, żeby kapitan drużyny musiał odchodzić. Chciałbym, żeby oni zachowali się tak jak ja w tamtej chwili. Piłka nożna i technologia pozwoliły nam dowiedzieć się, ile czasu straciliśmy, a następnie dodać go po połowie.
Byłeś czasem szufladkowany jako źle rozumiany bohater meczów...
Przez 10 lat nie udzielałem żadnych wywiadów. Nie mam nic przeciwko dziennikarstwu. Dziennikarstwo pomaga mi się wzbogacić. Nie znoszę fobii i filii. Nie znoszę sekciarstwa. Musimy wyplenić tego rodzaju rzeczy.
Porozmawiajmy o systemie VAR. Określiłeś go jako anioła stróża sędziego.
Najważniejszą rzeczą dla sędziów jest teraz łączenie drużyny, ale robienie tego z VARem. To nie może być coś zewnętrznego. Wszyscy jesteśmy zespołem i jako taki trzeba nas traktować. VAR przynosi piłce nożnej wiele dobrego. Gdyby przyszedł wcześniej, przespałbym w życiu o wiele więcej godzin. Wielokrotnie zdarzało się, że myliliśmy się o centymetry. Brak kibiców ułatwił asystentom pracę. Przy długich podaniach, gdzie trzeba obrócić szyję, było słychać, jak piłka jest uderzana, i to bardzo pomagało. Kiedy wrócą fani, za którymi bardzo tęsknimy, będą musieli wymyślić siebie na nowo. Ale jestem pewien, że zrobią wszystko, co w ich mocy. Nie chcą, by jakaś maszynka ich wyeliminowała. To, co ona ma do zrobienia, to uzupełnienie. Asystenci mają gorzej, najpiękniejsza część jest nasza.
Czasami VAR zyskuje zbyt dużą rolę, takie jest przynajmniej moje zdanie, z całym szacunkiem.
Ludzie muszą wiedzieć, że w profesjonalnym futbolu VAR nie rozwiąże subiektywnych sytuacji. To nigdy ich nie rozwiąże i dlatego piłka nożna jest sportem masowym, a mała drużyna może pokonać dużą. Nie chcemy położyć temu kresu. Na temat tej samej stykowej sytuacji zawsze będą istniały sprzeczne opinie. Moja, twoja, Enrique, jeszcze kogoś... VAR nie jest po to, by dawać drugie szanse, bo inaczej zabijamy istotę futbolu, a musimy ją zachować. Jest to gra na czas. Nie mogę podjąć drugiej decyzji, bo wtedy nie jestem sprawiedliwy i nie jestem uczciwy. Muszę iść do VAR, kiedy ktoś, kto tam pracuje, mówi mi coś. Ludzie muszą wiedzieć, że VAR jest asystentem sędziego, a mecz należy do sędziego, który jest na boisku.
Ważny jest również aspekt fizyczny. Masz nawet trenera...
Sędziowanie to jedyny sport, w którym nie można się zmęczyć. Nie możesz tłumaczyć się graczowi, kiedy jesteś zdyszany. Co on sobie o tobie pomyśli! Tracę wiarygodność. Jeśli podejmuję decyzje, kiedy jestem zmęczony, nie mam świeżego umysłu. W sędziowaniu, umysł jest potężniejszy niż ciało.
Masz 44 lata, zostały ci dwa lata sędziowania…
Mam nadzieję, że nie. FIFA i UEFA pozwoliły już na sędziowanie po 46. roku życia, mam nadzieję, że prezes Velasco Carballo też tak na to spojrzy w Hiszpanii.
„Problem z zagraniami ręką jest taki, że nie istnieją dwa identyczne”
- Intencje wciąż są takie same, ale zawsze będzie to kwestia subiektywnej opinii. Trzeba być bardzo dobrze ustawionym i wiedzieć, w którym momencie piłkarz dotknie piłki ręką. Jeśli widać, że zrobił to celowo, wiemy już, że trzeba to ukarać. Problem z zagraniami ręką jest taki, że nie istnieją dwa identyczne. To jak z ryżem. Próbujesz go dziś, a spróbujesz jutro i smakuje inaczej, choć to ten sam ryż. Przy niektórych rękach nie ma wątpliwości. Wątpliwe są te, w których nie wiemy, czy powiększają powierzchnię ciała. Czy ruch jest naturalny czy nie. Ta sprawa tak nas martwi, że nowe zasady zostaną wprowadzone już na EURO.
- Piłka nożna uczy nas codziennie nowych zagrań. Będziemy się poprawiać każdego dnia. Jestem pewien, że EURO pomoże ograniczyć te sytuacje, ale niestety będą one nadal występować. Szkoda, że nie mam na to recepty! Będziemy mieli 10 zagrań ręką, z których osiem będzie łatwych do zinterpretowania i zrozumienia, i miejmy nadzieję, że wszystkie osiem zostanie zinterpretowanych przez sędziów na boisku, co jest tym, co lubimy, a jeśli nie, to właśnie po to mamy narzędzie VAR. Ale będą też dwa, które będą tak stykowe, że nie będzie dla nich rozwiązania. W zależności od drużyny, której kibicujesz, zobaczysz je w jednym lub drugim kolorze. I powtarzam, na szczęście w piłce nożnej nie ma recept na ręce. Za pięć lat znów o tym porozmawiamy i będziesz mi zadawał to samo pytanie, bo są kąty ramion, których nie widzisz, bo nie wiesz, czy ruch jest naturalny, czy nie. Nawet rozumiejąc zasadę, bo nie wierzę, że ludzie jej nie rozumieją, zdarzają się sytuacje ogromnie trudne na żywo i w analizie VAR. Musimy jednak postarać się, aby w przypadku dwóch stykowych zagrań w tym samym meczu oba były karane w ten sam sposób. To jest to, co wszyscy musimy zrobić. W innych miejscach jest to niemożliwe. Ludzie muszą zdać sobie sprawę, że VAR to wspaniałe narzędzie dla piłki nożnej, ale my sędziowie nadal będziemy mieć, na szczęście, różne opinie na temat tego samego zagrania. Tak samo jak w sztabie trenerskim są różne opinie na temat danego zawodnika.
Komentarze (23)