Ivan San Antonio, dziennikarz Sportu, w swoim felietonie podjął temat sztuczności dzisiejszego świata i nostalgii do lat dziewięćdziesiątych. Uważa, że Barça to w głównej mierze nie kibice-turyści, a ci wierni lokalsi, którzy ją stworzyli. Poniżej prezentujemy tłumaczenie tego tekstu.
***
"Idealny świat przypomina bardzo ten z lat dziewięćdziesiątych, gdzie mediami społecznościowymi były bary, czy salony gier, a "influencerzy" [piłkarze] nie mówili wszyscy tego samego, nie zachowywali się tak samo, ani nie chcieli być nazywani wpływającymi na ludzi. Chcieli wyróżniać się dobrą grą w piłkę, założeniem najnowszej kurtki bomberki czy przefarbowaniem się na jasny blond. To były lata, w których, aż do 1992 roku (roku chwały - pierwszej Ligi Mistrzów dla Barçy) wszystko było beztroskie i mogłeś wyjść na miasto jedynie z portfelem i paczką fajek w kieszeniach. "Hejterzy" byli malutką grupą i niczym więcej. Telefon komórkowy był fantastyką, a żeby się spotkać wystarczyło: "o siódmej w salonie".
To były lata trochę glamour i trochę mniej pozowane, a bardziej autentyczne. To epoka, w której świat dorosłych był daleko i tylko ci najmądrzejsi rozumieli przyszłość i uczynili ją swoją, płacąc za to zbyt wysoką cenę, swoją młodość. Reszta uczyła się wszystkiego na własnej skórze, upadając i wstając, nie mając innego wsparcia niż własna tożsamość, często niepełna, bo niemożliwe jest zrozumieć świat, kiedy nie jesteś jego częścią. Szczęśliwe lata dziewięćdziesiąte cały czas tu są, niemożliwe do zatarcia, wieczne. I to właśnie podczas tej wspaniałej dekady, dla wielu, narodziła się Barça.
Razem z Cruyffem narodziła się nowoczesna Barça: klub zwycięski, wolny od kompleksów, przekonany o swoich wartościach i którego osobowość eksplodowała w pełnej okazałości po byciu dawkowaną kropla po kropli przez dekady. Historia mówi nam, że jesteśmy tacy, jacy byliśmy i będziemy tacy, jacy jesteśmy. Johan był przed i po, ale bez przed nie istnieje po. To założenie zmusza tych, którzy piszą o historii Barcelony, żeby być wiernym przeszłości i, w tym samym czasie, być odpowiedzialnym przed przyszłością.
Ta Barça z lat dziewięćdziesiątych stała się wielka, bo już taka była, wspierana przez tożsamość, jaką dali jej ludzie, którzy chodzili na stadion, którzy palili cygara, którzy nosili barwy klubu w każdym momencie, nie myśląc o zdjęciu, które wrzucą na Instagram. Barça jako klub jest tym, czym jest dzięki ludziom z Les Corts, ale także z Lleidy, Huelvy, Murcji, Extremadury, Girony, czy Aragonii. Bez nich, ten nowy stadion, nowoczesny i mogący pomieścić ponad 100 tysięcy osób, będzie jedynie majestatycznym dziełem architektonicznym zrobionym z betonu i pozbawionym duszy. Barça nie jest zbudowana dzięki turyście z Tokio, który ubiera koszulkę, której cena przekracza sto euro i je hot-dogi. Barça to klub, którego esencja rodzi się na zerowym kilometrze. Dbaj o gości, rozpieszczaj ich, ale nie bardziej niż tych, którzy sprawili, że Barça jest tym, czym jest. Bez culés, Barça nie istnieje".
Jak wy postrzegacie tożsamość Barçy i czy uważacie, że Barça bez kibiców nie tylko tych w Hiszpanii, a tych na całym świecie, nie byłaby tym, czym jest?
Komentarze (4)