Każdy kibic Barcelony zna możliwości Lamine Yamala. Wie, że jednym zagraniem potrafi odwrócić losy spotkania, nawet jeśli wcześniej był ledwie tłem meczu. To zawodnik o wielu twarzach – raz drybluje blisko linii, innym razem zaskakuje podaniem z głębi. Potrafi wcielać się w różne role i wpływać na wynik na wiele sposobów. Ale ten sam geniusz, który otwiera zamki, czasem próbuje użyć zbyt wielu kluczy. Problemem niesamowitego 17-latka bywa momentami przesadna kombinacja – wybór trudniejszych zagrań, gdy prosta decyzja mogłaby przynieść więcej korzyści.
Lamine twardo stąpa po ziemi, choć już teraz można mówić o nim jako o jednym z najlepszych piłkarzy świata. Jest regularnie wskazywany jako kandydat do Złotej Piłki, co - przy ewentualnym tryplecie Barcelony - nie byłoby żadną przesadą. Hiszpan imponuje pewnością siebie, a jego zagrania często wyglądają jak highlighty z YouTube'a – grane z luzem, pewnością i finezją.
Chłodna głowa, gorące stopy
Nie ma nic dziwnego w tym, że 17-latek notuje słabsze mecze, zwłaszcza jeśli gra tak dużo. Zmęczenie, błędne decyzje i straty – to normalne, szczególnie u skrzydłowego, który co kilka minut wchodzi w pojedynek z rywalem. Nie da się jednak wiecznie tłumaczyć grania pod samego siebie. W ostatnich tygodniach Lamine nie raz utrudniał sobie życie – zamiast prostego podania, wybierał dogranie zewnętrzną częścią stopy, zamiast szybkiego oddania piłki - kolejny drybling, a zamiast skutecznego wykończenia - próbę czegoś nieoczywistego.
Bywa jak artysta na scenie – improwizuje, gra pod publikę, zapominając czasem, że futbol to też gra zespołowa. Woli zagrać pięknie, a nie zwyczajnie – jego geniusz często wypiera prostotę.
Możemy zrozumieć luz i pokazówkę przy wysokim prowadzeniu, ale podobne zagrania zdarzają się też w newralgicznych momentach. Idealny przykład? Ostatni mecz z Mallorcą. Lamine po podaniu Pedriego miał sytuację sam na sam – zamiast prostego uderzenia albo minięcia bramkarza, próbował zwodu i trafił w golkipera. Wyglądało to jak nieudana próba założenia siatki. W momencie, kiedy zespół potrzebował drugiej bramki i oddechu, taki wybór był nie do obrony. Takich momentów w ostatnim czasie było oczywiście więcej. Młody skrzydłowy musi jeszcze nauczyć się rozpoznawać chwile, w których prostota nie tylko wystarcza, ale jest największą wartością.
Wymierający gatunek skrzydłowego
Choć zdarza nam się krytykować niektóre zagrania Lamine Yamala – zwłaszcza wtedy, gdy są niepotrzebnie skomplikowane i nie przynoszą wymiernych korzyści zespołowi – to nie sposób zapomnieć, że to właśnie dla takich piłkarzy chodzi się na stadiony. Dla tych, którzy zamiast przyspieszyć wzdłuż linii i oddać przewidywalne podanie w pole karne czy do najbliższego zawodnika, potrafią pojedynczym zwodem zatrzymać czas, a jednym dotknięciem piłki sprawić, że trybuny wstrzymują oddech.
Lamine Yamal to nie skrzydłowy z katalogu, nie działa na automacie. Jest jak przypomnienie, że futbol to również sztuka. Że liczy się nie tylko celność dośrodkowań, ale też styl, w jakim się je wykonuje. W czasach, gdy coraz częściej analizujemy mecze przez pryzmat wykresów, heatmap i procentów, Lamine przypomina, że w futbolu nadal jest miejsce na czystą radość z gry. To piłkarz, który nie kalkuluje. Gra tak, jakby mecz był grą uliczną – bez kamer, presji, tabelek i statystyk. Wielokrotnie sam o tym mówił w wywiadach. Uwielbia tworzyć zagrożenie, bawić się futbolówką i nieustannie nękać przeciwników. To typ zawodnika, którego brakuje w erze taktycznych schematów i gry na efektywność ponad wszystko. Styl, który kiedyś reprezentował Neymar - luz, błyskotliwość, instynkt - dziś podobnie gra Lamine. I choć nie jest jeszcze tak dojrzały i skuteczny, wzbudza podobne emocje. Nie możemy też zapominać, że to wciąż dziecko. Dojrzałe i doświadczone, ale jednak dziecko. W takich momentach przypomina się słynne „Salid y disfrutad” Johana Cruyffa, które idealnie pasuje do Lamine’a. Coraz mniej piłkarzy wychodzi na murawę, żeby się bawić, zachwycać publiczność - coraz więcej zawodników tylko wykonuje zadania i gra w jednym banalnym trybie.
Można czasami odnieść wrażenie, że 17-latek nie pasuje do obecnych realiów – jakby jego miejsce było w innym czasie, gdzie liczył się zachwyt, a nie oczekiwane bramki. Może dlatego jego błędy łatwiej wybaczyć. Bo piłkarzy, którzy zostawiają ślad w głowie, pamięta się dłużej niż tych, którzy po prostu spełniali założenia trenera. Hiszpan potrafi natomiast robić obie te rzeczy - z jednej strony zachwyca, a z drugiej wywiązuje się z obowiązków taktycznych, kreuje okazje bramkowe i potrafi wygrywać mecze. Lamine jest jednym z ostatnich przedstawicieli wymierającego gatunku – skrzydłowych niechodzących na autopilocie, nie kopiujących schematów. Takich, którzy niosą w grze pierwiastek magii i dziecięcej radości.
Jak nie zgubić magii w dążeniu do skuteczności?
Patrząc na Lamine Yamala, czasami ma się wrażenie, że nie uznaje ograniczeń. Zdarza się, że jego gra wyprzedza moment, potrzeby drużyny, sam mecz. Ale może właśnie w tym tkwi jego siła – w tej dziecięcej naiwności, która bywa irytująca, ale jeszcze częściej zachwyca. Z każdym kolejnym występem coraz lepiej znajduje balans. Magię prezentuje niemal zawsze, a do tego regularnie dostarcza liczby.
Lamine popełnia błędy - często proste, czasem niewymuszone - ale gra z sercem. I przypomina, że piłka to nie tylko algorytmy. Musi pamiętam, że czasem zamiast przebijać ścianę, wystarczy zauważyć, że są drzwi. A Lamine wciąż się tego uczy, w biegu, z piłką przy nodze i uśmiechem, który nie zna kalkulacji. I nawet jeśli nie zawsze wybiera rozwiązania najbardziej optymalne, to właśnie tacy gracze sprawiają, że futbol wciąż jest grą, a nie tylko procedurą.
Można odnieść wrażenie, że wyrwano go z innej epoki – z czasów, kiedy grało się dla przyjemności, a nie pod algorytm. Z epoki dzieciaków z piłką pod pachą, nie danych w Excelu. I może właśnie dlatego tak bardzo chce się go oglądać. Bo on przypomina, że futbol nie musi być perfekcyjny, żeby był piękny. Skuteczność, zabójcze wykończenie i chłodna głowa w kluczowych momentach przyjdą z czasem, lecz już dziś daje coś, czego nie da się nauczyć - chęć oglądania go w akcji. A to więcej, niż można wymagać od 17-latka.
Komentarze (18)