FC Barcelona przegrała 0:2 z Atlético Madryt w pierwszym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów i znacząco skomplikowała sobie kwestię awansu do kolejnej rundy. Co zadecydowało o tej porażce?
1. W kółko ta sama historia
Oglądając wczorajszą akcję z udziałem Pau Cubarsíego, z pewnością wielu z Was miało tę sama myśl, co ja: "znowu to samo?!". Rzecz jasna najsłynniejszym precedensem w ostatnich sezonach była czerwona kartka Ronalda Araujo w rewanżowym starciu z PSG. Trzeba jednak przypomnieć, że także i w zeszłym sezonie Barça grała większość jednego z meczów w fazie pucharowej Ligi Mistrzów w osłabieniu. Czerwoną kartkę w Lizbonie w pierwszym meczu 1/8 finału otrzymał nie kto inny jak Pau Cubarsí - i to już w 22. minucie. O tej sytuacji szybko zapomnieliśmy, bowiem ostatecznie udało się wygrać zarówno w Portugalii (głównie dzięki świetnej postawie Wojciecha Szczęsnego w bramce), a następnie bez problemu pokonać Benfikę w Barcelonie. Fakty są jednak nieubłagane - trzeci sezon z rzędu obrońca Blaugrany dostaje bezpośrednią czerwoną kartkę w fazie pucharowej Champions League. Taka sytuacja jest zwyczajnie nie do utrzymania.
2. Nec Herculés contra plures
Nie jest moim zamiarem porównywanie jakości piłkarskiej Lamine Yamala oraz Leo Messiego, ale wczorajszy mecz mógł przywoływać nieprzyjemne wspomnienia jeszcze z innego powodu. Hiszpan wcielił się w rolę, którą przez lata odgrywał genialny Argentyńczyk. Nastolatek dwoił się i troił, wykładał piłki kolegom (głównie Rashfordowi), pojedynczy rywale nie stanowili dla niego żadnego problemu, a niekiedy wychodził z sukcesem ze starć z kilokoma z nich jednocześnie. Niestety, ostatecznie na nic się to zdało. Koledzy z drużyny w ofensywie praktycznie nie wsparli Lamine Yamala, sami nie kreując żadnej sytuacji czy to dla niego, czy dla siebie samych. Obrazki bezradnych piłkarzy, patrzących z nadzieją na najmłodszego na boisku piłkarza, rozpaczliwie liczących na to, że może ten geniusz znów coś wymyśli i ich uratuje... wróciliśmy do czasów Ernesto Valverde. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Hiszpan nie będzie miał takiej cierpliwości jak Leo Messi.
3. Es lo que hay
Jednocześnie, trudno jest mieć pretensje do pozostałych ofensywnych zawodników Barcelony - każdy z nich zagrał bowiem w sumie tak, jak można się było spodziewać. Robert Lewandowski był zupełnie niewidoczny, ale przecież zaledwie kilka dni temu pokazał, że może jeszcze sporo dać zespołowi - niekoniecznie jednak jako podstawowa dziewiątka, gdyż czas jest nieubłagany. Bezmyślna kontuzja Raphinhi spowodowała, że znów mogliśmy oglądać Marcusa Rashforda, który oddał wczoraj aż siedem strzałów - i korzyść dla drużyny była praktycznie zerowa. Pojawienie się na boisku Ferrana Torresa nie przyniosło żadnego efektu, czego można się było oczywiście spodziewać. Moglibyśmy analizować występy poszczególnych kreatorów gry po kolei - chyba jednak wszyscy widzieliśmy, ile sytuacji wykreowali Pedri (któremu od pewnego czasu daleko już do swojej najlepszej wersji), Dani Olmo czy Gavi. Najmniejsze pretensje można mieć chyba do Fermína Lópeza, ale i ten nie zagrał wybitnego spotkania. Jak chyba nigdy, do postawy Barçy w ofensywie pasują słynne słowa Ronalda Koemana sprzed kilku sezonów: es lo que hay ("jest, jak jest").
4. Z pustego i Salomon nie naleje
Zastanawiałem się, czy i na ile pretensje za wczorajszą porażkę można mieć do Hansiego Flicka. Moim zdaniem Niemiec wystawił optymalny pierwszy skład i dobrał odpowiednią taktykę na mecz, a zawodziła głównie skuteczność jego podopiecznych. Czerwona kartka dla Pau Cubarsíego to oczywiście również nie wina byłego szkoleniowca Bayernu, a to ona diametralnie odmieniła spotkanie. Również do zmian dokonanych przez Niemca trudno się przyczepić: zaregaował od razu w przerwie, a ostatecznie wykorzystał ich komplet. Choć można się czepiać pewnych aspektów, jak np. przyklejenie Fermína Lópeza praktycznie do linii bocznej, to ostatecznie winnego trzeba szukać wyżej i to dosłownie - Joan Laporta spędził ten mecz w loży VIP na zaproszenie tymczasowego prezesa, Rafy Yuste. Podczas, gdy Diego Simeone wprowadzał na boisko Marca Pubilla (16 milionów euro), Alejandro Baenę (42 miliony euro), Alexandra Sorlotha (32 miliony euro), Thiago Almadę (21 milionów euro) oraz Nicolasa Gonzáleza (wypożyczenie z obowiązkiem wykupu za 32 miliony euro - wszystkie kwoty wg Transfermarkt), Flick na ławce pozostawił tylko grono nieopierzonych wychowanków, Wojciecha Szczęsnego oraz nastolatka ze Szwecji po poważnych kontuzjach, sprowadzonego za grosze. Niemiec jest świetnym szkoleniowcem, ale zapewnione mu przez jego warunki pracy trudno uznać za optymalne.
5. Remontada es posible!
Tak, wiem, że macie już dosyć tego odmienianego przez wszystkie przypadki słowa. Cóż, musicie wytrzymać do wtorku. W ostatnich latach Barcelona osiągała już na Metropolitano wyniki, które mogłyby jej dać awans do kolejnej rundy. Ba, nie trzeba szukać daleko - wystarczy cofnąć się o jeden sezon. W ligowym starciu w Madrycie, to gospodarze wyszli na prowadzenie i jeszcze w 70. munucie meczu wygrywali 2:0, po golach... Álvareza oraz Sorlotha. Dwie bramki straty do odrobienia, rozgrzane Metropolitano i tylko dwadzieścia minut? Jak pewnie wszyscy pamiętamy, Blaugrana rozniosła gospodarzy po bramkach Lewandowskiego, Lamine Yamala oraz dublecie Ferrana Torresa. Dodając do tego fakt, że w rewanżu do gry dostępny może być choć jeden z dwójki Marc Bernal/Frenkie de Jong, a także to, że Atlético kilka dni później rozegra finał Pucharu Króla - Barcelona zaś będzie odpoczywać - może tlić się w nas choćby jeszcze iskierka nadziei na awans. I tym pozytywnym akcentem...
Komentarze (67)