Barcelona - Alaves 3:2, czyli finezja utracona

Looky

16 stycznia 2007, 21:58

Brak komentarzy
Dziwnie wyglądało dziś Camp Nou przed rozpoczęciem rewanżowego meczu z Alaves. Na trybunach zasiadło zaledwie 13 tys. kibiców (później zjawiło ich się trzy razy więcej), z których część i tak wyglądała jakby znalazła się tu przypadkowo, ziewając bądź nie wykazując większego zainteresowania spotkaniem. Zawodnicy dostosowali się niestety do tej sennej atmosfery i ostatecznie wymęczli zwycięsto 3:2 nad drugoligowym Alaves. Cały kiepski spektakl miał jednak pozytywny akcent - Javiera Saviolę, który strzelił kolejne trzy bramki i co godne uwagi, od 270 minut jest jedynym piłkarzem Barçy, który trafia do bramki przeciwników.

Frank Rijkaard desygnował do gry nieco inny skład niż ten, który wystąpił w przegranym spotkaniu z Espanyolem. Inny, bo od pierwszej minuty na boisku pojawili się Jorquera, Oleguer, Sylvinho, Motta, Ezquerro, ale przede wszystkim Javier Saviola. Mając dwubramkową zaliczkę, Barça rozpoczęła spokojnie, długo rozgrywając piłkę, co jednak nie przekładało się na kombinacyjne akcje ofensywne. W 16. minucie wynik otworzył jednak niezawodny ostatnio Saviola, który po uderzeniu z rzutu wolnego Ronaldinho i wybiciu piłki przez bramkarza Alaves, szczęśliwie trafił do siatki. Nie minęły cztery minuty, a gospodarze strzelili drugiego gola i znów w roli głównej wystąpił Pibito. Technicznym podaniem popisał się Motta, a Argentyńczyk odważnie wszedł między dwóch obrońców i głową(!) z 11 metrów uderzył w róg bramki Ardouina. W tym momencie Barça niestety spuściła z tonu i uspokojona prowadzeniem oddała inicjatywę drugoligowcom. A ci konsekwentnie dążyli do zdobycia kontaktowej bramki i ta sztuka, niestety po błędzie defensywy Barçy, a konkretnie Motty, udała się w 34. minucie. Wellington wyszedł na czystą pozycję i bez problemu przerzucając piłkę nad Jorquerą zmienia wynik meczu na 2:1. Nie minęło osiem minut, a rezultat był już remisowy za sprawą Arthuro, który uderzeniem z rzutu wolnego nie dał szans bramkarzowi Barçy. Do przerwy 2:2 i pewnie nie tylko Rijkaardowi zrzedła mina, a irytacja i zniecierpliwienie na trybunach była coraz większe.

Po przerwie przez 15 minut Cules przecierali oczy ze zdumienia, bo to piłkarze Alaves byli przy piłce i dyktowali warunki gry. Druga linia Barçy niewiele mogła poradzić na dobrze zorganizowany zespół gości, ofensywa grała bez determinacji i zaangażowania. Indywidualnych popisów próbowali Ronaldinho i Giuly, co kończyło się jednak albo na stracie piłki, albo na bramkarzu Alaves. Ale wreszcie w 62. minucie Barcelona błysnęła. Przed polem karnym Xavi odegrał do Ronaldinho, ten z powrotem do Xaviego, który tylko lekko podbił piłkę do wychodzącego na czystą pozycję Savioli i Argentyńczyk mocnym uderzeniem z pierwszej piłki skompletował hattricka. Była to jednak jedna z nielicznych sytuacji godnych uwagi, a warto zaznaczyć, że to goście ponownie mogli wyrównać, a nie gospodarze podwyższyć wynik. Wprowadzony w drugiej połowie Ogbeche, w 71. minucie znalazł się na linii pola karnego i próbował szczęścia technicznym strzałem z dystansu, futbolówka zatrzymała się jednak na słupku bramki Jorquery. Tym razem szczęście było po stronie Barçy, ale podopieczni Fabriciano Gonzaleza nie rezygnowali do końca próbując wywieźć remis z Camp Nou. Ostatecznie sztuka ta się nie udała, ale to Frank Rijkaard ma się czego wstydzić, bo Barça poza paroma przebłyskami, zaprezentowała wybitny brak formy.

"Duma Katalonii" jest pierwszym ćwierćfinalistą Copa del Rey, jutro poznamy siedem pozostałych zespołów, które będą walczyć o to trofeum. Za dzisiejszy występ Katalończykom nie należą się żadne pochwały, można jednak wyciągnąć parę wniosków. Przede wszystkim Saviola jest obecnie w lepszej formie niż Gudjohnsen, dobitnie pokazują to ostatnie trzy mecze, w których Argentyńczyk zdobył sześć bramek i pod nieobecność Eto'o to on powinien grać od pierwszych minut. Martwi za to postawa defensywy, która dziś popełniła błąd w ustawieniu przy bramce Wellingtona - nie pierwszy w tym sezonie. Nie jest jeszcze nerwowo, ale Rijkaard dostaje coraz więcej sygnałów ostrzegawczych, że coś się w tej znakomicie funkcjonującej maszynie zacięło i nie chce ruszyć dalej. Słabsza forma jest rzeczą normalną w każdej drużynie, po serii słabych występów trzeba jedynie potrafić odbudować morale.

Teraz Barcelonę czekają trzy arcyważne ligowe spotkania, w których Cules liczą na komplet punktów. Wiele zależy od tego jakie wnioski zespół wyciągnie nie tylko z dzisiejszej słabej postawy, ale też z całego grudnia, kiedy tylko raz zwyciężył. Wypada mieć nadzieję, że w kontekście powrotu Eto'o i Messiego będzie tylko lepiej. I tego się trzymajmy.

FC Barcelona - Deportivo Alavés 3-2
1-0 Saviola 16'
2-0 Saviola 20'
2-1 Wellington 34'
2-2 Arthuro 42'
3-2 Saviola 62'

FC Barcelona: Jorquera, Oleguer (65' Zambrotta), Puyol, Márquez, Sylvinho, Motta (73' Edmílson), Xavi, Gio, Ezquerro (46' Giuly), Saviola, Ronaldinho

Alavés: Ardouin, Edu, Gaspar, Mateo, Ángel, Carpintero, Gabri (65' Elton), Lacen, Gentile, Arthuro (70' Ian Uranga), Wellington (60' Obgeche)

Żółte kartki: Gio (77') - Gaspar (28')

Arbiter: Pérez Lima

Stadion / widzów: Camp Nou / 39 723
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze