Dzień po/przed imprezą - Barça-Liverpool na Camp Nou

Joey

20 lutego 2007, 20:38

Brak komentarzy
Nad Vale Do Lobo wstawał ciepły lutowy poranek. Słoneczko świeciło, wiaterek wiał, ptaszki śpiewały - słowem iberyjska sielanka. Jednak nawet w tak cudowny dzień paru ludziom w tejże miejscowości doskwierał tzw. syndrom dnia poprzedniego, czyli mówiąc prościej kac. Jednego z tych biedaków obudziło głośne walenie w drzwi pokoju, który zajmował.
-Co za *** [-patrz na koniec tekstu] dobija się tu o tak nieludzkiej porze? - mruknął półprzytomny mężczyzna rozłożony malowniczo na okropnie pomiętej pościeli, która nie znajdowała się bynajmniej tam, gdzie powinna - na łóżku - lecz obok niego. Być może było to spowodowane tym, że owe łóżko okupował rudy jegomość, który najzwyczajniej w świecie spał, mając w głębokim poważaniu cały ten hałas i osobę go powodującą. Łomotanie nie ustępowało, toteż nasz bohater leżący na podłodze zebrał się w końcu na nogi i klnąc pod nosem udał się w kierunku drzwi w celu ich otworzenia, albowiem wydało mu się, że może właśnie to będzie remedium na to katowanie jego uszu i mózgu. Gdy w końcu po pół minucie dowlekł się do wyjścia z pomieszczenia (które, tak przy okazji, miało jakieś sześć metrów długości) i otworzył drzwi, jego oczom ukazało się coś, czy raczej ktoś, kto natychmiast go otrzeźwił.
-Dzień dobry, Juruś - przywitało się źródło nieprzyjemnego dźwięku. - Jak się czujesz? - źródło, czyli niski przysadzisty mężczyzna, przywitało się uprzejmie.
-Blebueblebu - odrzekł osobnik nazwany Jurusiem. Przyjazny uśmiech zniknął z twarzy przybysza.
-Za 5 minut przed budynkiem - zamachnął się groźnie ręką, lecz na Jurusiu, który ledwo widział przez sine wory pod oczami, nie zrobiło to większego wrażenia; przytaknął tylko ledwo stojąc na nogach. Apodyktyczny i niemiły facet rzucił mu ostatnie wściekłe spojrzenie po czym szybkim krokiem ruszył w kierunku drzwi do innego pokoju.
Jerzy Dudek zamknął drzwi. Fakt, że znajdował się obecnie w swoim hotelowym pokoju bardziej go dziwił i niepokoił, aniżeli cieszył. Rozglądnął się po bałaganie panującym w środku i jeszcze bardziej rozbolała go głowa. Niczym mumia jakiegoś zapomnianego faraona w tanim horrorze ruszył ku swojej szafce, by znaleźć wybawienie. Ku jego nieopisanej radości, wybawienie czekało na niego całe i zdrowe. Była to puszka najprawdziwszej polskiej Warki. Rozległ się charakterystyczny pstryk i po chwili Jurek rozkoszował się klinem.
-Uznanie na Śląsku - rozczulił się do puszki, głaszcząc ją palcem. Jego współlokator, obudzony dźwiękiem otwieranego browara, dokonał niemożliwego jak na kogoś, kto jeszcze spał - mianowicie, wyciągnął rękę w kierunku kolegi.
-Masz pasożycie - zarechotał Dudek, którego humor poprawił się, przez co był bardziej skory do gestów miłosierdzia, podając mu Warkę. - Ale lepiej już wstawaj, Benny chce nas widzieć za pięć minut na dole. Twarz Johna Arne Riise wykrzywiła się w zmęczeniu i niedowierzaniu.
-Nie ma takiej opcji...
Niemniej jednak, po pięciu minutach obaj piłkarze maszerowali po schodach na dół, po wcześniejszym błyskawicznym doprowadzeniu się do stanu używalności. Rozmaite dwójki zawodników FC Liverpool w końcu utworzyły jedną hałaśliwą grupę, która w końcu znalazła się poza budynkiem hotelu. Po kolejnej chwili dotarli wreszcie na umówione miejsce, gdzie czekał już na nich pobladły i groźny Rafael Benitez w towarzystwie swoich asystentów.
-Siadać - powitał krótko swoich podopiecznych Hiszpan. Zmordowana po wczorajszych wyczynach w knajpie ekipa posłusznie i z chęcią wykonała to polecenie. Benitez omiótł zbiorowisko złowieszczym spojrzeniem.
-Świetnie się wczoraj bawiliście, nieprawdaż? - co bardziej skacowanym wydało się, że z nozdrzów trenera poleciały iskry.
-Bywało lepiej - zachichotał pod nosem Craig Bellamy. Gdyby Benitez był meduzą albo bazyliszkiem, Walijczyk z pewnością byłby kamieniem.
-Czy wy w ogóle macie świadomość, jak poważna to sprawa?! Jestem przekonany, że prasa jakoś to wygrzebie. Już widzę nagłówki tych *** brukowców! To niedopuszczalne!... - tu nastąpiła tyrada, którą właściwie w całości należałoby wykropkować, więc sobie darujemy. w każdym razie zawierała ona masę indywidualnych oskarżeń i zarzutów wobec piłkarzy, a ostatnim, któremu się dostało, był właśnie polski bramkarz.
-...i co na to powiesz, Duduś?! - ryknął Rafa, wieńcząc wywód na temat oddawania płynów ustrojowych na radiowozy i pokazywania przyrodzenia policjantom. 'Duduś' przełknął ślinę.
-Nie przypominam sobie, żebym...
-Ja wiem, że ty sobie nie przypominasz! - wrzasnął menedżer, opryskując śliną podopiecznego. - Właśnie w tym problem, że nic pamiętasz! *** bramkarzyna ***! ...
Trwało to długo. Koniec końców, Rafael Benitez był z natury spokojnym człowiekiem, więc kiedy się wreszcie uspokoił, wziął parę głębokich oddechów i kontyuował. - Przesadziliście. Nie wiem, co na to zarząd, w każdym bądź razie, możecie być pewni, że ja wyciągnę odpowiednie konsekwencje. I to teraz, przed najważniejszym meczem sezonu! - trener aż się wzdrygnął. - No ale nieważne. Przypuszczam, że teraz marzycie o połoźeniu się w ciepłym, mięciutkim łożeczku z zimnym piwkiem pod ręką? - uśmiechnął się złowieszczo. - W takim razie, zapraszam na boisko treningowe, zaczniemy od dwudziestu okrążeń...


Parę dni później w Katalonii była równie piękna pogoda. Na słynnym miejscowym obiekcie Camp Nou, właśnie zakończył się trening drużyny FC Barcelona. Jej trener, Frank Rijkaard, miał powody do zadowolenia, bowiem po raz pierwszy od bardzo dawna prawie wszyscy piłkarze byli obecni na zajęciach. Jednakże, to zadowolenie, mieszało się z uczuciem... no właśnie, czego? Po trochę złości, smutku, irytacji, gniewu, ale jak nazwać jednym słowem takie uczucie? To trudna sztuka Czytelniku, także mam nadzieję, że mogę czuć się usprawiedliwiony. Z pewnością można tylko stwierdzić, że było to uczucie negatywne. Jednocześnie, Frank Rijkaard miał przeczucie, że aby się go pozbyć, powinien udać się do szatni swoich podopiecznych. Pamiętał bardzo dobrze, kiedy ostatni raz nawiedziło go podobne przeczucie. Było to przed półfinałem poprzedniej edycji Ligi Mistrzów, meczem z Milanem. Mister nie opowiedział jednak nikomu o tamtym spotkaniu z tajemniczą zjawą. Czuł, że ta sprawa jest zbyt intymna, by ją komukolwiek wyjawiać. Tak czy inaczej, faktem pozostaje to, że po treningu w dniu przed potyczką z Liverpoolem, Frank Rijkaard udał się do szatni przeznaczonej dla piłkarzy Barçy.
Idąc korytarzem budynku klubowego, Holender rozmyślał o różnych sprawach, o rozmaitych sprawach. Nie zwracał uwagi na piłkarzy, którzy właśnie opuścili przebieralnię i kierowali się w stronę wyjścia. Kiedy dotarł wreszcie do celu, w środku znajdowali się już tylko Gio van Bronckhorst, Rafa Márquez, Ronaldinho i... Samuel Eto'o. Holender i Meksykanin zajęci byli konstruowaniem jakiejś wymyślnej pułapki przy prysznicach, z kolei napastnicy bez słowa przebierali się.
-Dajcie sobie spokój - powiedział z uśmiechem Frank do pomysłowych łobuziaków. Zaskoczoony Márquez upuścił towarzysza, któremu dał 'nóżkę', jednak ten natychmiast się podniósł i zasalutował. - Idźcie już, nie zatrzymuję was... - mrugnął Frank. Rozrabiającej dwójce nie trzeba było powtarzać dwa razy.
-Już nas nie ma - wyszczerzył zęby Gio i po chwili w szatni zostało już tylko trio Rijkaard-Ronaldinho-Eto'o.
-Uważam, że powinniśmy sobie coś wyjaśnić... - zaczął niepewnie trener robiąc krok w kierunku podopiecznych. Przypomniała mu się zjawa Blaugrana, jego własna pasja, to wszystko co osiągnął w Barcelonie. Pokonanie Realu, Chelsea, Milanu, Arsenalu. Poczuł prawdziwą magię Barçy i jednocześnie stwierdził, że owo nieprzyjemne uczucie trapiące go do tej pory powoli zanika. Spojrzał na swoje dwie gwiazdy. Obie były zamyślone.
Ronaldo de Assis Moreira Gaúcho rozmyślał o swojej przeszłości. O bramkach, jakie strzelał Chelsea, Realowi, Milanowi, Valencii. O wygranych Primera Division, Lidze Mistrzów, o tytułach dla najlepszego piłkarza świata, o dryblingach i sztuczkach, które sprawiły, że jest za takiego uważany. Uświadomił sobie, że w trakcie tego wszystkiego towarzyszył mu Eto'o, że był jego bratnią duszą na boisku i poza nim. Crack zwrócił oczy na Kameruńczyka.
Samu wpatrywał się bezmyślnie w swoje korki. Był zły na tych dwoje, ale także zły na siebie, przede wszystkim jednak był zły, że przez cztery miesiące nie mógł robić tego, co daje mu największą radość. Wiedział, że każdy z nich powiedział trochę za dużo, ale jednocześnie, że każdy miał dużo racji.
Najważniejsze było jednak to, że oni wszyscy wiedzieli, że są przyjaciółmi, i że są po jednej stronie. Wszyscy spojrzeli po sobie, uśmiechnęli się. Słowa nie były potrzebne, ich spojrzenia mówiły wszystko.



*** - autor, w trosce o dobro moralne i obyczajowe czytelników, postanowił wykropkować słowa bądź zdania nie nadające się do publikacji w szanującym się serwisie internetowym
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze