Siedem goli Man U, Essien ratuje Chelsea

Looky

11 kwietnia 2007, 11:35

Brak komentarzy
Nie jest łatwo zastąpić kogoś, kto jest legendą, toteż Michael Carrick kupiony z Tottenhamu za 14 mln funtów (z opcją dopłaty 4 mln w zależności od postawy zawodnika) nie wytrzymywał zwykle porównania z Royem Keane. We wtorek o wielkim Irlandczyku można było na chwilę zapomnieć, bo Roy, choć wojownikiem był niezrównanym, nie strzelał tak finezyjnie jak Carrick. W 11. min, po okresie dominacji gości, Carrick dostał piłkę od Ronaldo i technicznym strzałem przelobował Doniego.

Od tej chwili przez włoską defensywę przetoczył się czerwony huragan. W 19. min było 3:0 dla MU, a kolejne bramki zdobyli rezerwowy Smith i Rooney, który na gola w Champions League czekał od debiutu z Fenerbahce.

Przed meczem z Romą młody Anglik opowiadał, że nie lubi grać z Włochami, bo w ich wykonaniu futbol zmienia się w szachy. Tymczasem po 20 min pojedynku na Old Trafford przekonał się, że Roma jest w Serie A absolutnym wyjątkiem: i w tym, co dobre i co złe. Rzymianie grają futbol finezyjny, nieskrępowany, który czasem przeradza się w kakofonię, gdzie zabiegi 11 świetnych graczy zupełnie nie trzymają się kupy. Tak było we wtorek.

Roma popełniała błąd za błędem, podziwiany przez cały świat stoper Chivu kompromitował się niemal w każdej akcji, a goście tracili gola za golem. W końcówce pierwszej połowy przełamał się nawet Cristiano Ronaldo, bo choć należy w tym sezonie do czołówki strzelców Premiership, w Lidze Mistrzów do wtorku nie zdobył ani jednej bramki. Chivu i Roma bardzo mu w tym pomogli.

Emocji było więc na Old Trafford znacznie mniej, niż się spodziewano. Manchester miał być osłabiony i bez formy, Roma silna, zwarta i gotowa. Tymczasem na boisku wszystko wyglądało jak mecz seniorów z juniorami.

Bramkarz Valencii byłby antybohaterem, gdyby nie kilka wspaniałych interwencji, które kreowały go wcześniej na zbawcę. Jak obronił główki Drogby (pierwsza połowa) i Ballacka (83. min), trudno było zrozumieć. Tak jak trudno pojąć, jak puścił piłkę przy słupku po uderzeniu gracza z Ghany.

Mąż opatrznościowy Chelsea José Mourinho znowu triumfuje. Tak jak przewidywał, wynik 1:1 z Londynu Valencii nie wystarczył. Nie wystarczyło prowadzenie 1:0 po wspaniałym strzale Morientesa. Gospodarze byli przez 45 min o klasę lepsi, by po przerwie paść na deski po ciężkich ciosach rywala, który stłamsił ich fizycznie.

Wyrównał Andrij Szewczenko. I nie tyle przekonał do siebie sceptyków, ile udowodnił, że kupując go do Chelsea, Mourinho miał rację. Bo Mourinho rację ma zawsze. Także płacąc za Essiena 35 mln euro, a potem posyłając go do gry po kilku tygodniach kłopotów z mięśniami.

Pycha jest do przyjęcia, gdy za nią stoją zwycięstwa. Kiedy zespół przegrywa, staje się żerem dla złośliwców głodnych rewanżu. We wtorek po 45 min meczu z Valencią ci, których zakochany w sobie José Mourinho irytuje, mogli zapytać: "No i co, mądralo?". Po meczu nieznośny mądrala znowu triumfował. Następna okazja, by przyłapać go na porażce w półfinale.

[źródło: gazeta.pl]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze