Kto lepszy Barça czy Manchester?
Pytanie jest być może trochę prowokacyjne, bo każdy kto ogląda Primera Division i Premier League wie, że obaj półfinaliści Champions League znajdują się w zupełnie przeciwnym stadium. Manchester zmiata rywali jak wiatr, Barcelona "wieje" niezdarnie i leniwie. Fatalna forma klubu z Katalonii, konflikty wokół Ronaldinho, Rijkaard odliczający dni do dymisji to krajobraz zupełnie odmienny od manchesterskiego. Tam wszyscy są silni, zwarci, gotowi, świadomi historycznej chwili. Drużyna Fergusona od dziewięciu lat upokarzana w Champions Legue (jak przed rokiem w półfinale przez Milan), wie doskonale, że ma w tym roku niepowtarzalną szansę.
Doceniając klasę Manchesteru uważam jednak, że w stanie idealnym drużyna Barcelony ma jednak większy potencjał. Spyta ktoś co z tego wynika skoro półfinał rozstrzygnie się konkretnie - 23. i 29. kwietnia, a nie w jakiejś nieokreślonej, idealnej przyszłości. Jestem pewien, że gwiazdy z Katalonii nie są w stanie rozegrać kilku kolejnych meczów na obrotach zbliżonych do MU. Od 11 spotkań nie przytrafiły im się dwie kolejne wygrane, ale ten półfinałowy dwumecz to dla nich ostatnia deska ratunku. Jeśli go przegrają, przegrają w tym roku wszystko.
Poszukajmy wskazówek w historii. W sezonie 1998/99 kiedy Manchester Utd ostatni raz wygrywał Puchar Europy (po niewiarygodnym finale z Bayernem na Camp Nou) - w fazie grupowej spotkał się wtedy z Barceloną. Oba mecze zakończyły się remisami 3:3. Gdyby tak teraz miało paść 12 goli, półfinały spełniłyby oczekiwania.
Manchester zawsze grał stylowo po angielsku dlatego jego dokonania u siebie w lidze i na kontynencie tak bardzo się różnią. Ale i w Barcelonie Puchar Europy częściej smakował rozczarowaniem. Od przegranego finału z Benficą (1961) przez przegrany finał z Steauą Bukareszt (1986), po klęskę z Milanem (1994) w Atenach. O drużynie z Manchesteru można powiedzieć przynajmniej tyle, że smaku porażki w finale nie zna. Dwa razy grała, dwa razy wygrała, Barça zwyciężyła w dwóch z pięciu.
Forma wskazuje na Manchester, klasa na Barcelonę. Zobaczymy co stanie się w dwa tygodnie dzielące nas od meczu na Camp Nou. Być może ktoś widzi tu jasnego faworyta. Ja nie widzę.
Autor: Dariusz Wołowski
Doceniając klasę Manchesteru uważam jednak, że w stanie idealnym drużyna Barcelony ma jednak większy potencjał. Spyta ktoś co z tego wynika skoro półfinał rozstrzygnie się konkretnie - 23. i 29. kwietnia, a nie w jakiejś nieokreślonej, idealnej przyszłości. Jestem pewien, że gwiazdy z Katalonii nie są w stanie rozegrać kilku kolejnych meczów na obrotach zbliżonych do MU. Od 11 spotkań nie przytrafiły im się dwie kolejne wygrane, ale ten półfinałowy dwumecz to dla nich ostatnia deska ratunku. Jeśli go przegrają, przegrają w tym roku wszystko.
Poszukajmy wskazówek w historii. W sezonie 1998/99 kiedy Manchester Utd ostatni raz wygrywał Puchar Europy (po niewiarygodnym finale z Bayernem na Camp Nou) - w fazie grupowej spotkał się wtedy z Barceloną. Oba mecze zakończyły się remisami 3:3. Gdyby tak teraz miało paść 12 goli, półfinały spełniłyby oczekiwania.
Manchester zawsze grał stylowo po angielsku dlatego jego dokonania u siebie w lidze i na kontynencie tak bardzo się różnią. Ale i w Barcelonie Puchar Europy częściej smakował rozczarowaniem. Od przegranego finału z Benficą (1961) przez przegrany finał z Steauą Bukareszt (1986), po klęskę z Milanem (1994) w Atenach. O drużynie z Manchesteru można powiedzieć przynajmniej tyle, że smaku porażki w finale nie zna. Dwa razy grała, dwa razy wygrała, Barça zwyciężyła w dwóch z pięciu.
Forma wskazuje na Manchester, klasa na Barcelonę. Zobaczymy co stanie się w dwa tygodnie dzielące nas od meczu na Camp Nou. Być może ktoś widzi tu jasnego faworyta. Ja nie widzę.
Autor: Dariusz Wołowski
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)