Na wyjazd do... Nowego Jorku, czyli Barça w MLS
Ofensywy marketingowej Joana Laporty ciąg dalszy? Portal Goal.com, cytujący z kolei hiszpańską stronę Univision donosi, że pan prezydent zawitał ostatnio do Miami. W żadnym wypadku nie w celach urlopowo-wypoczynkowo-turystycznych, bowiem celem tego wyjazdu było spotkanie biznesowe z najwyższymi notablami amerykańskiej MLS. Jak wieść niesie, obrady te toczyły się na temat utworzenia bliźniaczej drużyny za Wielką Wodą. Twór ten miałby powstać w niedalekiej przyszłości i nosić swojsko brzmiącą nazwę "Barcelona USA".
Pomysł ten zaświtał ponoć w głowie Laporty podczas ostatniego tournee, które Duma Katalonii odbywała w Stanach Zjednoczonych. Zainteresowanie występami naszych piłkarzy było podobno na tyle duże, że szefostwo zaczęło na poważnie wyliczać, czy otwarcie filii w Major League Soccer będzie się opłacać. Nie wiadomo co ustalono, lecz fakt wysłania Laporty na rekonesans skłania nas ku twierdzeniu, iż zarząd zwietrzył za Wielką Wodą dobry biznes. Bez wątpienia nasz prezydent żyłkę do interesów ma, co pokazał wyprowadzając klub na prostą po zapaści finansowej ery Gasparta. Tak więc, jeśli rokowania w Miami przebiegły pomyślnie, to wkrótce możemy spodziewać się precedensu, bowiem jeszcze nigdy żadna z europejskich potęg nie zdecydowała się tak otwarcie zaatakować amerykańskiego rynku. Rozprowadzanie koszulek, gadżetów czy mecze towarzyskie - owszem, jednak otwarcie nowego oddziału w obcym kraju i wystartowanie w tamtejszej lidze pod tą samą nazwą - to pomysł jak na Europę nowatorski.
Światowymi pionierami w tej dziedzinie są Meksykanie. Chivas Guadalajara ufundował w 2004 roku swoją filię w Kalifornii. Wspomniana ekspozytura pod szyldem Chivas USA istnieje do dzisiaj i ma się świetnie zarówno pod względem sportowym jak i finansowym. A więc szlaki zostały już przetarte i nic nie stoi na przeszkodzie, aby rodzina Cules powiększyła się o kolejne kilka tysięcy, a zważywszy na popularność Barcelony w USA - może nawet o kilkadziesiąt.
Parę słów o finansowej stronie przedsięwzięcia. Jak powszechnie wiadomo, MLS jest od początku swojego istnienia miejscem osiedlania się emerytów piłkarskich z całej Europy. Grywali tam w różnych okresach tacy zawodnicy jak Christo Stoiczkow, Piotr Nowak, czy ostatnio David Beckham. Pod względem sportowym rozgrywki amerykańskie nie mogą równać się z najlepszymi ligami na Starym Kontynencie, jednakże spoglądając na materialne możliwości Amerykanów odkrywamy, że są one nawet większe niż te, którymi dysponują kluby u nas. Osobiście widzę jedną podstawową korzyść z ewentualnego otworzenia przez Laportę bordowo-granatowego kramiku na Florydzie. Otóż Duma Katalonii mogłaby nareszcie zarabiać tyle, by przestać pełnić rolę cyrku objazdowego, który wędruje co lato po różnych miejscach globu, aby za ciężkie pieniądze uszczęśliwiać Azjatów, Jankesów, Arabów tudzież inne nacje na wyjazdach służbowych szumnie nazywanych 'tournee'. W końcu można by się skupić na rzetelnych, sumiennych przygotowaniach z konkretnymi sparing-partnerami, bez konieczności uciążliwego pokonywania stref czasowych w celu zarobienia paru groszy na nowy sezon. Pod tym względem propozycja stworzenia "Barçy USA" jest jak najbardziej godna uwagi i poparcia.
Jednak w "opcji amerykańskiej" istnieje jeszcze druga strona medalu. Stosunkowo niedawno David Beckham, podpisał 5-letni kontrakt z Los Angeles Galaxy na kwotę rzędu 250 mln dolarów. Nawet biorąc pod uwagę słabość tej waluty na światowych rynkach, jest to suma o której większość europejskich gwiazd może tylko pomarzyć. Statystyczny, dajmy na to, Ronaldinho czy Trezeguet za połowę tej kwoty z zamkniętymi oczyma podpisaliby nową umowę na Starym Kontynencie. 25 mln dolarów za sezon bez uganiania się po studiach reklamowych w celu promocji napojów chłodzących, obuwia tudzież chrupek - jest to propozycją, którą każda gwiazda musiałaby poważnie rozważyć. Co prawda, na razie poziom sportowy stanowi skuteczną zaporę, hamującą exodus 'cracków' za Wielką Wodę. Gdyby jednak takowa emigracja nastąpiła, filie klubów mające w nazwie USA, w niedługim czasie stałyby się głównymi ośrodkami piłki nożnej na świecie, a zespoły europejskie spadłyby do rangi ubogich krewnych swoich amerykańskich odpowiedników. Ale na razie jest to tak odległa wizja, że nie należy się nią przejmować, a póki co trzeba próbować wycisnąć jak najwięcej pieniędzy z nowego rynku. I to szybko, zanim konkurencja zdecyduje się na podobne kroki, bowiem jak wiadomo w biznesie czas to pieniądz, a pierwszy zawsze zarabia najlepiej.
[źródło: Własne]
Pomysł ten zaświtał ponoć w głowie Laporty podczas ostatniego tournee, które Duma Katalonii odbywała w Stanach Zjednoczonych. Zainteresowanie występami naszych piłkarzy było podobno na tyle duże, że szefostwo zaczęło na poważnie wyliczać, czy otwarcie filii w Major League Soccer będzie się opłacać. Nie wiadomo co ustalono, lecz fakt wysłania Laporty na rekonesans skłania nas ku twierdzeniu, iż zarząd zwietrzył za Wielką Wodą dobry biznes. Bez wątpienia nasz prezydent żyłkę do interesów ma, co pokazał wyprowadzając klub na prostą po zapaści finansowej ery Gasparta. Tak więc, jeśli rokowania w Miami przebiegły pomyślnie, to wkrótce możemy spodziewać się precedensu, bowiem jeszcze nigdy żadna z europejskich potęg nie zdecydowała się tak otwarcie zaatakować amerykańskiego rynku. Rozprowadzanie koszulek, gadżetów czy mecze towarzyskie - owszem, jednak otwarcie nowego oddziału w obcym kraju i wystartowanie w tamtejszej lidze pod tą samą nazwą - to pomysł jak na Europę nowatorski.
Światowymi pionierami w tej dziedzinie są Meksykanie. Chivas Guadalajara ufundował w 2004 roku swoją filię w Kalifornii. Wspomniana ekspozytura pod szyldem Chivas USA istnieje do dzisiaj i ma się świetnie zarówno pod względem sportowym jak i finansowym. A więc szlaki zostały już przetarte i nic nie stoi na przeszkodzie, aby rodzina Cules powiększyła się o kolejne kilka tysięcy, a zważywszy na popularność Barcelony w USA - może nawet o kilkadziesiąt.
Parę słów o finansowej stronie przedsięwzięcia. Jak powszechnie wiadomo, MLS jest od początku swojego istnienia miejscem osiedlania się emerytów piłkarskich z całej Europy. Grywali tam w różnych okresach tacy zawodnicy jak Christo Stoiczkow, Piotr Nowak, czy ostatnio David Beckham. Pod względem sportowym rozgrywki amerykańskie nie mogą równać się z najlepszymi ligami na Starym Kontynencie, jednakże spoglądając na materialne możliwości Amerykanów odkrywamy, że są one nawet większe niż te, którymi dysponują kluby u nas. Osobiście widzę jedną podstawową korzyść z ewentualnego otworzenia przez Laportę bordowo-granatowego kramiku na Florydzie. Otóż Duma Katalonii mogłaby nareszcie zarabiać tyle, by przestać pełnić rolę cyrku objazdowego, który wędruje co lato po różnych miejscach globu, aby za ciężkie pieniądze uszczęśliwiać Azjatów, Jankesów, Arabów tudzież inne nacje na wyjazdach służbowych szumnie nazywanych 'tournee'. W końcu można by się skupić na rzetelnych, sumiennych przygotowaniach z konkretnymi sparing-partnerami, bez konieczności uciążliwego pokonywania stref czasowych w celu zarobienia paru groszy na nowy sezon. Pod tym względem propozycja stworzenia "Barçy USA" jest jak najbardziej godna uwagi i poparcia.
Jednak w "opcji amerykańskiej" istnieje jeszcze druga strona medalu. Stosunkowo niedawno David Beckham, podpisał 5-letni kontrakt z Los Angeles Galaxy na kwotę rzędu 250 mln dolarów. Nawet biorąc pod uwagę słabość tej waluty na światowych rynkach, jest to suma o której większość europejskich gwiazd może tylko pomarzyć. Statystyczny, dajmy na to, Ronaldinho czy Trezeguet za połowę tej kwoty z zamkniętymi oczyma podpisaliby nową umowę na Starym Kontynencie. 25 mln dolarów za sezon bez uganiania się po studiach reklamowych w celu promocji napojów chłodzących, obuwia tudzież chrupek - jest to propozycją, którą każda gwiazda musiałaby poważnie rozważyć. Co prawda, na razie poziom sportowy stanowi skuteczną zaporę, hamującą exodus 'cracków' za Wielką Wodę. Gdyby jednak takowa emigracja nastąpiła, filie klubów mające w nazwie USA, w niedługim czasie stałyby się głównymi ośrodkami piłki nożnej na świecie, a zespoły europejskie spadłyby do rangi ubogich krewnych swoich amerykańskich odpowiedników. Ale na razie jest to tak odległa wizja, że nie należy się nią przejmować, a póki co trzeba próbować wycisnąć jak najwięcej pieniędzy z nowego rynku. I to szybko, zanim konkurencja zdecyduje się na podobne kroki, bowiem jak wiadomo w biznesie czas to pieniądz, a pierwszy zawsze zarabia najlepiej.
[źródło: Własne]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (10)