Gaizka Mendieta zakończył karierę
Pamiętacie piłkarza Mendietę?
Gaizka Mendieta nie dał rady. Jak wielu przed nim przegrał z kontuzją i ogłosił, że zawodowo w piłkę już nie zagra. Ogłosił to w swoim stylu: tak cicho, żeby nikt nie zwrócił uwagi. Poza boiskiem zawsze był antygwiazdą.
Wielu z nas już kilka lat temu pogrzebało go jako piłkarza. Upadek zaczął się przecież w 2001 roku, gdy za 38 mln dol odchodził z Valencii do Lazio Rzym. Serie A to tradycyjny grób piłkarzy hiszpańskich. Stała się nim także dla Mendiety. Trafił ponoć do Rzymu, bo władze Valencii robiły wszystko, by nie zabrał go Real. Do Madrytu przybył tamtego lata Zinedine Zidane.
W 2001 roku Mendieta został jedynym graczem w historii klubu z Walencji, który zdobył gola w finale Ligi Mistrzów. Ale to nie złagodziło rozczarowania. To był dla niego i drużyny drugi kolejny przegrany bój o Champions League. Porażka w decydującej grze z Realem w 2000. roku nie była tak bolesna, jak ta z Bayernem po serii rzutów karnych (2001). Wtedy między Mendietą, a klubem, którego był symbolem, coś pękło.
Dla mnie Mendieta był piłkarzem wybitnym. Wyszkolony jak każdy Hiszpan, ale myślał i biegał dwa razy szybciej. Był dynamiczny jakby uczył się gry w Premier League. Słynął z potężnego strzału z dystansu, a jeśli chodzi o karne nie było lepszego specjalisty. Równać się może dziś tylko David Villa.
Właśnie dlatego, że Mendieta był tak hiszpański i niehiszpański zarazem stał się jednym z najwybitniejszych pomocników swoich czasów. Był Baskiem, ale nigdy nie grał w żadnym z baskijskich klubów, od Zidane'a odróżniało go wiele - piłkarskim prorokiem był krótko i wyłacznie we własnym kraju.
Po roku w Rzymie przyszedł do Barcelony cień Mendiety. Taki nieudany portret pamięciowy wielkiego gracza wyszperany przez Louisa van Gaala. Potem było jeszcze chwila nadziei w Middlesbrough, gdzie kontuzja ostatecznie zakończyła jego karierę. W ostatnim roku nie zagrał ani razu, a niektóre źródła podają, że rzucił futbol już 12 miesięcy temu.
Autor: Darek Wołowski
Gaizka Mendieta nie dał rady. Jak wielu przed nim przegrał z kontuzją i ogłosił, że zawodowo w piłkę już nie zagra. Ogłosił to w swoim stylu: tak cicho, żeby nikt nie zwrócił uwagi. Poza boiskiem zawsze był antygwiazdą.
Wielu z nas już kilka lat temu pogrzebało go jako piłkarza. Upadek zaczął się przecież w 2001 roku, gdy za 38 mln dol odchodził z Valencii do Lazio Rzym. Serie A to tradycyjny grób piłkarzy hiszpańskich. Stała się nim także dla Mendiety. Trafił ponoć do Rzymu, bo władze Valencii robiły wszystko, by nie zabrał go Real. Do Madrytu przybył tamtego lata Zinedine Zidane.
W 2001 roku Mendieta został jedynym graczem w historii klubu z Walencji, który zdobył gola w finale Ligi Mistrzów. Ale to nie złagodziło rozczarowania. To był dla niego i drużyny drugi kolejny przegrany bój o Champions League. Porażka w decydującej grze z Realem w 2000. roku nie była tak bolesna, jak ta z Bayernem po serii rzutów karnych (2001). Wtedy między Mendietą, a klubem, którego był symbolem, coś pękło.
Dla mnie Mendieta był piłkarzem wybitnym. Wyszkolony jak każdy Hiszpan, ale myślał i biegał dwa razy szybciej. Był dynamiczny jakby uczył się gry w Premier League. Słynął z potężnego strzału z dystansu, a jeśli chodzi o karne nie było lepszego specjalisty. Równać się może dziś tylko David Villa.
Właśnie dlatego, że Mendieta był tak hiszpański i niehiszpański zarazem stał się jednym z najwybitniejszych pomocników swoich czasów. Był Baskiem, ale nigdy nie grał w żadnym z baskijskich klubów, od Zidane'a odróżniało go wiele - piłkarskim prorokiem był krótko i wyłacznie we własnym kraju.
Po roku w Rzymie przyszedł do Barcelony cień Mendiety. Taki nieudany portret pamięciowy wielkiego gracza wyszperany przez Louisa van Gaala. Potem było jeszcze chwila nadziei w Middlesbrough, gdzie kontuzja ostatecznie zakończyła jego karierę. W ostatnim roku nie zagrał ani razu, a niektóre źródła podają, że rzucił futbol już 12 miesięcy temu.
Autor: Darek Wołowski
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (23)