Piłkarski raj, który uzależnia

Jacek Kurant

8 grudnia 2008, 17:32

25 komentarzy
Perfekcjonizm jest równie pożądany, co nieosiągalny. Dlatego, że dążenie do doskonałości, do choćby liźnięcia tego niebiańskiego smaku jest motorem napędowym sensu życia. Jeśli już dotkniemy marzenia, to zwykle trwa to krótko, po czym następują komplikacje wyznaczające nam kolejny cel. Nie możemy doświadczyć pełnej satysfakcji za żywota, bo produkcja emocji stanęłaby w miejscu. Nie czulibyśmy nic. Przesycone doskonałością leniwe bodźce nie byłyby w stanie dać nam motywacyjnego kopa.

Zasada wędrówki do Edenu obejmuje każdą dziedzinę życia, nie wyłączając piłki nożnej. Dlatego istniejący od ponad wieku futbol wciąż zachwyca. Kluby nie upadają z powodu przepełnienia czary satysfakcji trofeami zdobywanymi permanentnie z roku na rok. Konkurencja w piłce nożnej stale wzrasta. Słabi nabierają krzepy, silni od czasu do czasu słabną. Niezwykle trudno zbudować drużynę nieustannie dominującą. Choć możliwość stworzenia perpetuum mobile już dawno włożono między bajki, optymistów wierzących w odkrycie na miarę nagrody Nobla nie brakuje. W piłce nożnej trend poszukiwań wyznacza FC Barcelona.

Czyżby więc raj na ziemi istniał? Na podstawie rundy jesiennej sezonu 2008/2009 można odnieść takie wrażenie. Barça rozpieszcza fanów efektownymi zwycięstwami, w pył rozbija przeciwników, bombardując ich gradem bramek. W tym półroczu na boiskach krajowych i europejskich aż dziewięciokrotnie wygrywaliśmy strzelając rywalowi 4 lub więcej goli. Wśród zmiażdżonych są takie marki jak Atlético Madryt (6:1), Sporting Lizbona (5:2) i Valencia (4:0).

To właśnie mecz na Camp Nou z drużyną Emery'ego natchnął mnie do napisania tego tekstu. Spodziewałem się wyrównanego spotkania, bo przecież Valencia spisywała się świetnie. Kryzys Nietoperzy z poprzedniego sezonu to już historia i nawet bez Davida Silvy drużyna ta jest mocna. Potencjał w ataku i umiejętność wyprowadzania kontrataków obligowały Valencię do skarcenia ofensywnych zapędów Katalończyków. Z drugiej strony Barcelona musiała w końcu na swej drodze do doskonałości napotkać jakąś kłodę. Ekipa z groźnym Villą na czele wydawała się odpowiednią przeszkodą.

Rzeczywistość pokazała jednak coś innego. Coś niezwykłego i osobliwego. Mierząca wysoko w skali europejskiej Valencia okazała się mikrusem w skali katalońskiej, nieszkodliwym drobnoustrojem, który nie był w stanie wyrządzić najmniejszej krzywdy odpornemu organizmowi. Na Camp Nou znów popłynęła poezja, mimo iż w kompozycji Josepa Guardioli zabrakło dwóch ważnych nut - Andresa Iniesty i Samuela Eto'o. To dowodzi jak olbrzymi, niemierzalny wręcz potencjał posiada ta drużyna. Słabsza postawa gwiazdora lub jego brak w składzie nie zaburzają sprawnego funkcjonowania kolektywu. Odnosi się wrażenie, że w Barcelonie każdy może zagrać na każdej pozycji. W meczu z Valencią Guardiola zaskoczył nietypowym ustawieniem w formacji ofensywnej. Na środku ataku widzieliśmy i Messiego, i Henry'ego, i nawet Hleba. Niektóre źródła podają, że to właśnie Białorusin był ustawiony jako klasyczny wysunięty napastnik. W sytuacjach "sam na sam" z Renanem znajdowali się także Xavi i Alves.

Atakowanie to cel przewodni Barcelony, dlatego nie dziwią eskapady obrońców pod pole karne rywali. Tasowanie się zawodników pomiędzy pozycjami przebiega tak sprawnie i szybko, że przeciwnik gubi percepcję, a strzelec Barcelony staje przed sytuacją niemożliwą do zmarnowania, widząc z najbliższej odległości pustą bramkę (gol Henry'ego na 4:0). Doprowadzanie do takich sytuacji po atakach pozycyjnych to sztuka najwyższych lotów. A dopełnieniem unikalności jest równowaga pomiędzy polotem w ofensywie i żelazną organizacją w obronie. Wymienność pozycji podczas konstruowania ataków nie przeszkadzały obrońcom powstrzymywać Davida Villi. Gwiazdora Valencii momentami oblegało czterech(!) zawodników gospodarzy.

Perfekcja w destrukcji, perfekcja w tworzeniu, perfekcja w finalizowaniu akcji. Czy Barça to już piłkarskie perpetuum mobile, czy jedynie jego namiastka? Odpowiedzi udzieli nam czas. Rozumując jednak racjonalnie, trudno doszukiwać się tłustych lat klubu z Camp Nou bez choćby najmniejszej zapaści formy. Nie wymyślono bowiem jeszcze sposobu, który wyleczyłby piłkarza z całkowitego zmęczenia fizycznego i psychicznego. Zasada wiecznej wędrówki do raju dla dobra ludzkości nie może zostać potwierdzona wyjątkiem. Tak więc błogostan Katalończyków wydaje się być doskonałością, prawdopodobnie powracającą co jakiś czas. Oby dość często, bo delektowanie się piłkarskim rajem uzależnia.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (25)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze