Rafał Stec: Lewitująca Barcelona jak tamten Real
Słowo daję, osobiście przeprowadziłem wnikliwe śledztwo, by wiedzieć na pewno: piłkarze Barcelony wcale nie unoszą się nad murawą, choć podczas sobotniego meczu z Numancią było wyraźnie widać, że się unoszą, akcje przeprowadzają w powietrzu i rywalom biegającym zwyczajnie, po ziemi, niełatwo je przerwać.
Dlaczego wszyscy ulegamy złudzeniu, wyjaśnić nie zdołałem. Mam co najwyżej nieśmiałą teorię - otóż mąci nam w głowach nie tylko bajeczna technika katalońskich wirtuozów, lecz również ich nienasycenie grą, maniacka potrzeba nieustannego dotykania piłki, która pcha zawodników do nieustającego ruchu, ergo nieustającego wychodzenia na pozycję, ergo nieustającego ułatwiania zadania partnerom. Roztańczeni barcelońscy gwiazdorzy mają zawsze wokół siebie zaskakująco dużo wolnej przestrzeni, także jeżeli przeciwnik postanowi ustawić zasieki i tchórzliwie nie wychylać nosa poza własną połowę. A oni nawet w ścisku oddychają pełnymi piersiami i w ogóle czują się jak na pustym lotnisku - i zjawiskowy Messi, i postrzelony Eto'o, i łebski Xavi, i pędziwiatr Dani Alves, i utrzymujący futbolówkę w stałej odległości dwóch milimetrów od buta Iniesta. Wracający powoli do wielkiej formy Henry też zaczyna grać z sensem nawet wówczas, gdy nie ma przed sobą całego pasa startowego na wzięcie rozpędu.
Piłkarskie rozgrywki w Anglii, Hiszpanii i Włoszech śledzę uważnie. Na moje oko jedynie Barcelona jest zdolna zatrzymać w tegorocznej Lidze Mistrzów machiny z rządzącej na kontynencie Premier League, choć mimo jej imponujących osiągów wcale nie nabrałem pewności, że wyspiarskich cwaniaków od wygrywania na masową skalę powstrzyma. Na pewno wiem co innego. W ostatniej, powiedzmy, dekadzie zaledwie jedna drużyna dawała mi - na dłuższym dystansie, także w szarych meczach od odbębnienia, nawet w boiskowych epizodach bez znaczenia, pojedynczych kopnięciach i trąceniach - tyle estetycznej satysfakcji, ile obecny gwiazdozbiór Josepa Guardioli. Był nią, w swoim szczytowym okresie, ów pamiętny Real Madryt w wersji galaktycznej.
PS. Spłynęło mi powyższe spod palców w przerwie przeżuwania gniota toporniaków z Interu Mediolan. W pierwszej połowie razem z Sampdorią wypocili jeden celny strzał. Ja z frustracji piszę, rozjuszony Jose Mourinho natarł werbalnie na sędziego i został wyrzucony na trybuny...
[źródło: Sport.pl]
Dlaczego wszyscy ulegamy złudzeniu, wyjaśnić nie zdołałem. Mam co najwyżej nieśmiałą teorię - otóż mąci nam w głowach nie tylko bajeczna technika katalońskich wirtuozów, lecz również ich nienasycenie grą, maniacka potrzeba nieustannego dotykania piłki, która pcha zawodników do nieustającego ruchu, ergo nieustającego wychodzenia na pozycję, ergo nieustającego ułatwiania zadania partnerom. Roztańczeni barcelońscy gwiazdorzy mają zawsze wokół siebie zaskakująco dużo wolnej przestrzeni, także jeżeli przeciwnik postanowi ustawić zasieki i tchórzliwie nie wychylać nosa poza własną połowę. A oni nawet w ścisku oddychają pełnymi piersiami i w ogóle czują się jak na pustym lotnisku - i zjawiskowy Messi, i postrzelony Eto'o, i łebski Xavi, i pędziwiatr Dani Alves, i utrzymujący futbolówkę w stałej odległości dwóch milimetrów od buta Iniesta. Wracający powoli do wielkiej formy Henry też zaczyna grać z sensem nawet wówczas, gdy nie ma przed sobą całego pasa startowego na wzięcie rozpędu.
Piłkarskie rozgrywki w Anglii, Hiszpanii i Włoszech śledzę uważnie. Na moje oko jedynie Barcelona jest zdolna zatrzymać w tegorocznej Lidze Mistrzów machiny z rządzącej na kontynencie Premier League, choć mimo jej imponujących osiągów wcale nie nabrałem pewności, że wyspiarskich cwaniaków od wygrywania na masową skalę powstrzyma. Na pewno wiem co innego. W ostatniej, powiedzmy, dekadzie zaledwie jedna drużyna dawała mi - na dłuższym dystansie, także w szarych meczach od odbębnienia, nawet w boiskowych epizodach bez znaczenia, pojedynczych kopnięciach i trąceniach - tyle estetycznej satysfakcji, ile obecny gwiazdozbiór Josepa Guardioli. Był nią, w swoim szczytowym okresie, ów pamiętny Real Madryt w wersji galaktycznej.
PS. Spłynęło mi powyższe spod palców w przerwie przeżuwania gniota toporniaków z Interu Mediolan. W pierwszej połowie razem z Sampdorią wypocili jeden celny strzał. Ja z frustracji piszę, rozjuszony Jose Mourinho natarł werbalnie na sędziego i został wyrzucony na trybuny...
[źródło: Sport.pl]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (27)