Miłe złego początki
Spotkanie okrzyknięte w hiszpańskiej prasie jako starcie dwóch Davidów (Silva, Villa) z Goliatem, od pierwszych minut zwiastowało walkę o każdy centymetr boiska. Valencia od samego początku grała pressingiem, gracze Nietoperzy trzymali się bardzo blisko piłkarzy Barçy starając się wszystkie akcje zatrzymywać w zarodku. Już w przeciągu pierwszych 15 minut na murawie leżeli kilkukrotnie Messi czy Eto'o, a w ostrej grze brylował zwłaszcza Marchena. Pierwszymi strzałami gracze obu drużyn popisali się dopiero po przeszło kwadransie gry. Swoje okazje mieli po jednej stronie Messi, a po drugiej David Villa z rzutu wolnego, który mimo, że zagrany sprytnie pod murem, nie zaskoczył dobrze ustawionego Valdésa.
Pierwszy okres gry pełen był niedokładnych zagrań i strat z obu stron, ale zwłaszcza ze strony graczy Valencii groziło duże zagrożenie, drużyna ta nastawiona była bowiem na kontrataki.
W 24. minucie wspaniałą akcję przeprowadzili Iniesta oraz Messi po której trafienie zaliczył ten drugi. W obrębie pola karnego gracze Barçy wymienili między sobą kilka podań i mimo asysty kilku obrońców Argentyńczyk skierował piłkę do bramki. Do końca drugiego kwadransa strzały oddali jeszcze Eto'o oraz Messi.
Obraz gry zmienił się w ostatnich piętnastu minutach pierwszej połowy. Najpierw gracze Valencii, zwłaszcza obaj Davidowie, kilkukrotnie przedzierali się przez obronę Barcelony i raz po raz "nurkowali" w polu karnym. Żadna z tych prób nie zakończyła się rzutem karnym ani żółtą kartką, ale akcje, który komentujący w Canal+ spotkanie Jacek Laskowski określił jako "tulupy wykonywane przez graczy Valencii", mocno zdeprymowały działania formacji defensywnej Barcelony. Inaczej nie da się wyjaśnić tego, co stało się w ostatnich kilku minutach pierwszej połowy. Najpierw po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i nieporozumieniu między Valdésem i Puyolem bramkę zdobył Maduro, a chwilę później po akcji przeprowadzonej środkiem boiska do sytuacji sam na sam dopuszczony został Pablo Hernandez. Zawodnik Nietoperzy wykorzystał błąd Puyola i Daniego Alvesa, przedarł się pomiędzy nimi i z zimą krwią posłał piłkę do bramki obok bezradnego Valdésa. W minorowych nastrojach zawodnicy Barçy opuścili pole gry, a sen Valdésa o pobiciu rekordu Miguela Reiny został brutalnie przerwany.
Ratujmy remis
Druga połowa zaczęła się podobnie do pierwszej. Gracze z Lewantu wciąż grali pressingiem, nie pozwalając rozwinąć skrzydeł Barcelonie. Każda akcja gości była bardzo szybko przerywana faulem lub w okolicach gracza posiadającego piłkę natychmiast pojawiało się dwóch zawodników Los Ches.
Pierwsze zagrożenie w drugiej połowie miało miejsce w 50. minucie, kiedy po faulu na Xavim z rzutu wolnego strzelał Alves. Strzał okazał się jednak tyle mocny, co niecelny. Pięć minut później po stracie piłki wśród zawodników przedniej formacji, zabójczą kontrą popisali się zawodnicy Emery'ego. Prawą stroną przedarł się Pablo Hernandez, który był chyba najjaśniejszą postacią drużyny gospodarzy, a następnie po dwukrotnym minięciu Abidala dośrodkował w pole karne do wbiegającego Davida Villi. Świetnym wyczuciem wykazał się Valdés, który przeciął podanie, które zmierzało wprost pod nogi napastnika gospodarzy.
W 63. minucie miało miejsce bardzo ważne dla losów spotkania zdarzenie. Na boisku w miejsce Keity zameldował się Henry. Francuz w ciągu 3 minut na boisku oddał dwa bardzo groźne strzały, pokazując iż gracze Azulgrana nie złożyli jeszcze broni.
Kolejne minuty mijały, a gra Barcelony nie wyglądała jednak lepiej. W okresie pomiędzy 70. a 80. minutą linia defensywna popełniła dwa błędy przy próbach założenia pułapki ofsajdowej i tylko szczęśliwy zbieg okoliczności nie spowodował utraty kolejnej bramki. Jeśli chodzi o grę w ofensywie, to ekipa Guardioli odbijała się raz po raz od zapory, jaką przed własnym polem karnym ustawili gracze Los Ches. Iniesta, który był najlepszym zawodnikiem w pierwszej połowie, w drugiej kompletnie stracił magię.
W tym ciężkim dla drużyny momencie po raz kolejny ratownikiem okazał się Henry. Po mocno bitym wrzucie w pole karne do piłki wyszedł bramkarz ekipy z Lewantu, który przeciął podanie do Busquetsa. Jednakże popełnił błąd, a wybitą przez niego piłkę do bramki wysokim lobem skierował właśnie Francuz. César Sánchez, mający skądinąd doświadczenia z gry w Realu Madryt, urządził po bramce urzekający spektakl. Jednakże jak pokazały kamery, nie został on nawet dotknięty przez jakiegokolwiek zawodnika Barcelony. Do końca spotkania obie drużyny starały się walczyć, ale mimo podejmowanych prób, rezultat pozostał bez zmian.
Słowo na koniec
Zdecydowanie najgorszym aspektem spotkania nie były wcale stracone dwa punkty, ale to, że gracze Los Ches pokazali jak można pokonać Barcelonę. Choć im samym finalnie sztuka się nie udała, to naprawdę niewiele brakowało. W grudniowych Gran Derbach podobnie grał Real, całość drużyny przesuwała się wraz z tym, jak przenoszone były akcje Barcelony. Miejmy nadzieję, że ani Realowi, ani Chelsea w najbliższych meczach nie uda się udoskonalić sposobu na zatrzymanie Dumy Katalonii - dużej liczby fauli, wybijania z rytmu, zagrywek niewiele mających do czynienia z samą grą (jak na przykład cyrk aktora ze spalonego teatru - Césara Sáncheza, po strzelonej bramce).
Warto również zwrócić uwagę na świetną pracę sędziów w dzisiejszym spotkaniu, którzy nie popełniali błędów w wyłapywaniu spalonych, które są ostatnio zmorą La Liga. Cesar Muniz Fernandez wraz z sędziami liniowymi nie dali się również nabrać na próby wymuszenia rzutów karnych w polu karnym Barcelony. Jedyne co można zarzucić, to zbytnią wstrzemięźliwość w rozdawaniu żółtych kartek często faulującym zawodnikom Nietoperzy. Drugi żółty kartonik, a w konsekwencji czerwony, powinien dziś obejrzeć Marchena bądź to za faule, bądź za dyskusje i krytykę decyzji sędziego.
Za największy pozytyw spotkania należy uznać sam wynik na Mestalla, ponieważ zespół gospodarzy był w naprawdę świetnej formie, a ostatnie sześć zwycięstw z rzędu nie było przypadkiem. Drużyna Unaia Emery'ego była dziś równym partnerem i wynik remisowy jest jedynym sprawiedliwym.
Dla nas ważne jest to, że żaden z zagrożonych zawodników Barçy nie został ukarany piątą bądź dziesiątą żółtą kartką i cała kadra będzie dostępna przed Gran Derbi. Dodatkowo żaden z opuszczających boisko graczy nie narzekał na uraz, co ważne jest w kontekście półfinałowego starcia z Chelsea.
Patrząc na tabelę La Liga, w kontekście rywalizacji z Realem Madryt, należy zwrócić uwagę na bardzo ważny fakt. Mamy obecnie 7 punktów przewagi nad drużyną Blancos. Zakładając nawet, iż drużyna ze stolicy wygra wszystkie spotkania do końca sezonu (łącznie z Gran Derbi w stosunku bramek wyższym niż padł w rundzie jesiennej), nie pozwoli to na wyprzedzenie Barcelony przy równoczesnych zwycięstwach tych drugich. Innymi słowy: porażka Barçy w meczu na Mestalla oraz na Santiago Bernabeu (różnicą trzech bramek) przy równoczesnych zwycięstwach Realu w najbliższych dwóch meczach, spowodowałby wysunięcie się Królewskich na czoło tabeli. Jeden punkt wywalczony na boisku w Walencji daje jednak ekipie Guardioli wciąż pewien margines błędu.
Valencia CF: César, Miguel (Moretti, m.77), Maduro, Albiol, Alexis, Marchena, Baraja (Michel, m.67), Pablo, Silva, Mata (Vicente, m.82), Villa.
FC Barcelona: Valdés, Dani Alves, Puyol, Piqué, Abidal, Busquets, Keita (Henry, m.63), Xavi (Gudjhonsen, m.76), Iniesta, Messi, Eto'o.
Gole: 0:1,m.24: Messi. 1:1,m.43: Maduro. 2:1,m.45: Pablo. 2:2, m.85: Henry
Sędziował: Muñiz Fernández.
Żółte kartki: Silva, Pablo, Marchena, Baraja, Maduro - Valdés, Iniesta.
Szczegóły meczu w relacji live.
36% - posiadanie piłki - 64%
10 - strzały - 14
5 - w tym celne - 6
3 - obrony bramkarzy - 2
5 - rzuty rożne - 9
20 - faule - 9
7 - spalone - 3
5 - żółte kartki - 2
0 - czerwone kartki - 0
30 - odbiory - 23
171 - podania celne - 373
42 - podania niecelne - 55
/fot. sport.es/
Komentarze (586)