Oto nowy Król: Josep III Guardiola
Kiedy pół roku temu wieściłem rychłe narodziny nowego królestwa futbolu w Barcelonie, wiedziałem, że na ostateczny rozrachunek przyjdzie poczekać. Pomimo tego, że już wtedy cała drużyna Pepa Guardioli oczarowywała piłkarski świat swoją magiczną grą, było wiadomym, iż jeżeli nie osiągnie ona końcowego sukcesu w lidze krajowej bądź Lidze Mistrzów, to cała praca pójdzie na marne. Bo w futbolu (jak i w każdym sporcie) pamięta się zwycięzców. Nie tych, którzy byli tak blisko, bądź tych, którzy porywali tłumy, by ostatecznie odpaść gdzieś po drodze z różnych przyczyn. Karty historii pamiętają tylko tych najlepszych, którzy swoją wyższość nad pozostałymi bezsprzecznie potwierdzają.
Guardiola przez cały czas zapierał się, że zespół nie spocznie na laurach, którymi był obsypywany z każdej strony świata, tylko konsekwentnie będzie kontynuował ciężką pracę. Świętować będzie dopiero, kiedy przyjdzie na to właściwy moment. Wydawało się jednak, że nazbyt utopijna wizja Pepa może spełznąć na niczym. W lutym, kiedy to zespół doznał lekkiej zadyszki i w czterech spotkaniach (w lidze) uciułał raptem dwa punkty, a w 1/8 finału Ligi Mistrzów zremisował 1:1 z Lyonem, pojawiły się głosy, że Pep nie daje już rady zapanować nad co raz większym entuzjazmem i pewnością siebie. Jakże mylne były te słowa już w marcu, kiedy to Barça rozbiła Lyon 5:2 i Malagę 6:0.
Chwilową zadyszkę szkoleniowiec z Santpedor opanował, ale prawdziwy test miał dopiero nadejść. Szaleńczy maj, miał dać ostateczną odpowiedź, na co stać drużynę Guardioli. Nie liczy się jak kto zaczyna, a jak kończy. Na pierwszy ogień poszedł Real Madryt, który został niemalże kompletnie zniszczony na własnym stadionie 2:6. Guardiola zaskoczył taktyką wszystkich i do tej pory strzelający na zawołanie Eto'o przesunął się na skrzydło i harował za trzech, by pierwsze skrzypce zagrali Messi, Henry, Xavi i Iniesta.
Inaczej jednak wyglądała sytuacja w półfinałowym dwumeczu z Chelsea Londyn. Wobec perfekcyjnie grającej defensywy Chelsea, Barcelona nie mogła nic zrobić, ale wtedy na ratunek przybył półbóg Andres Iniesta. Jego uderzenie z 91. minuty rewanżowego spotkania wprawiło w ekstazę wszystkich kibiców Barcelony na całym świecie. Dzięki tej bramce, Barcelona miała szansę na dokonanie czegoś historycznego. Zdobyć potrójną koronę, czego nie dokonała do tej pory żadna hiszpańska drużyna, a w Europie udało się to tylko Manchesterowi United, PSV Eindhoven i Celtikowi Glasgow.
Mimo iż do finałowej potyczki w Rzymie z Manchesterem United Barcelona nie przystępowała w roli faworyta, to zagrała jak na faworyta przystało. Guardiola i cały sztab szkoleniowy odrobił pracę domową po meczu z Chelsea. W finale zobaczyliśmy zupełnie inną Barcelonę. Grającą mądrze, spokojnie i dojrzale taktycznie. Nie parli za wszelką cenę na bramkę rywali tylko spokojnie wyczekiwali na swoją szansę. Barça zaskoczyła nie tylko Manchester, ale wszystkich kibiców i widzów.
A dokładnie rok temu - niemalże ta sama - Barça znajdowała się w kompletnym rozbiciu. Niesnaski w szatni, przegrana liga, szpaler i kompromitująca porażka 4:1 na Santiago Bernabeu sprawiły, że na pierwszy ogień z klubem pożegnał się Frank Rijkaard. Po kolejnej decyzji zarządu, wszyscy pukali się w głowę, bo na ławce trenerskiej miał zasiąść człowiek-legenda Barcelony, ale bez żadnego doświadczenia trenerskiego na arenie międzynarodowej - Josep Guardiola. Z zespołu "wyrzucił" Ronaldinho i Deco, a zostawił bardzo kontrowersyjnego Eto'o. Wiele osób, które prawie rok temu łapały się za głowę, robią to do dzisiaj. Jednak, jakże inne są teraz powody do takiego zachowania. "Chudzielec" - bo tak nazywany jest w Barcelonie Pep - dokonał rzeczy niewyobrażalnej. Jako niemalże kompletny nowicjusz przechytrzył najtęższe umysły piłkarskie świata i zagarnął wszystkie najważniejsze trofea.
Na czym polega jego fenomen? Tego do końca nie wiadomo. Być może dlatego, że Guardiola ma nawet płytki krwi w barwach Blaugrana. Wychował się na Camp Nou, dorósł i świętował największe sukcesy jako zawodnik i potem kapitan zespołu. Być może dlatego, że filozofię stylu gry Barçy zna jak mało kto, a uczył się od najlepszej możliwej osoby - Johana Cryuffa. Być może zbawienny wpływ ma również piosenka zespołu Coldplay - "Viva la Vida", która przez cały sezon była grana przed każdym spotkaniem w szatni (nota bene była również inspiracją do artykułu sprzed pół roku). A może dlatego, że jego legenda w klubie jest tak wielka, iż pomimo koleżeńskich stosunków z zawodnikami, wciąż jest traktowany z ogromnym szacunkiem i respektem.
Cokolwiek by to nie było, to pewne jest jedno. Guardiola już po pierwszym roku zapisał złotą kartę w historii Barcelony. Dokonał czegoś, czego nie potrafiła do tej pory żadna inna drużyna w Hiszpanii - zdobył potrójną koronę! Można śmiało mówić, że nastała era "Pep Teamu" - przewyższającego słynny "Dream Team" Cruyffa. W Barcelonie rzeczywiście objął rządy nowy król - Król Josep III Guardiola. Wprawdzie poprzeczkę na przyszły sezon podniósł sobie niebotycznie wysoko, ale o tym myśleć będzie dopiero od lipca. Teraz nie pozostaje nic innego jak kontynuować myśl ulubionej piosenki Guardioli: "Viva la Vida!".
[foto: Uefa.com]
Guardiola przez cały czas zapierał się, że zespół nie spocznie na laurach, którymi był obsypywany z każdej strony świata, tylko konsekwentnie będzie kontynuował ciężką pracę. Świętować będzie dopiero, kiedy przyjdzie na to właściwy moment. Wydawało się jednak, że nazbyt utopijna wizja Pepa może spełznąć na niczym. W lutym, kiedy to zespół doznał lekkiej zadyszki i w czterech spotkaniach (w lidze) uciułał raptem dwa punkty, a w 1/8 finału Ligi Mistrzów zremisował 1:1 z Lyonem, pojawiły się głosy, że Pep nie daje już rady zapanować nad co raz większym entuzjazmem i pewnością siebie. Jakże mylne były te słowa już w marcu, kiedy to Barça rozbiła Lyon 5:2 i Malagę 6:0.
Chwilową zadyszkę szkoleniowiec z Santpedor opanował, ale prawdziwy test miał dopiero nadejść. Szaleńczy maj, miał dać ostateczną odpowiedź, na co stać drużynę Guardioli. Nie liczy się jak kto zaczyna, a jak kończy. Na pierwszy ogień poszedł Real Madryt, który został niemalże kompletnie zniszczony na własnym stadionie 2:6. Guardiola zaskoczył taktyką wszystkich i do tej pory strzelający na zawołanie Eto'o przesunął się na skrzydło i harował za trzech, by pierwsze skrzypce zagrali Messi, Henry, Xavi i Iniesta.
Inaczej jednak wyglądała sytuacja w półfinałowym dwumeczu z Chelsea Londyn. Wobec perfekcyjnie grającej defensywy Chelsea, Barcelona nie mogła nic zrobić, ale wtedy na ratunek przybył półbóg Andres Iniesta. Jego uderzenie z 91. minuty rewanżowego spotkania wprawiło w ekstazę wszystkich kibiców Barcelony na całym świecie. Dzięki tej bramce, Barcelona miała szansę na dokonanie czegoś historycznego. Zdobyć potrójną koronę, czego nie dokonała do tej pory żadna hiszpańska drużyna, a w Europie udało się to tylko Manchesterowi United, PSV Eindhoven i Celtikowi Glasgow.
Mimo iż do finałowej potyczki w Rzymie z Manchesterem United Barcelona nie przystępowała w roli faworyta, to zagrała jak na faworyta przystało. Guardiola i cały sztab szkoleniowy odrobił pracę domową po meczu z Chelsea. W finale zobaczyliśmy zupełnie inną Barcelonę. Grającą mądrze, spokojnie i dojrzale taktycznie. Nie parli za wszelką cenę na bramkę rywali tylko spokojnie wyczekiwali na swoją szansę. Barça zaskoczyła nie tylko Manchester, ale wszystkich kibiców i widzów.
A dokładnie rok temu - niemalże ta sama - Barça znajdowała się w kompletnym rozbiciu. Niesnaski w szatni, przegrana liga, szpaler i kompromitująca porażka 4:1 na Santiago Bernabeu sprawiły, że na pierwszy ogień z klubem pożegnał się Frank Rijkaard. Po kolejnej decyzji zarządu, wszyscy pukali się w głowę, bo na ławce trenerskiej miał zasiąść człowiek-legenda Barcelony, ale bez żadnego doświadczenia trenerskiego na arenie międzynarodowej - Josep Guardiola. Z zespołu "wyrzucił" Ronaldinho i Deco, a zostawił bardzo kontrowersyjnego Eto'o. Wiele osób, które prawie rok temu łapały się za głowę, robią to do dzisiaj. Jednak, jakże inne są teraz powody do takiego zachowania. "Chudzielec" - bo tak nazywany jest w Barcelonie Pep - dokonał rzeczy niewyobrażalnej. Jako niemalże kompletny nowicjusz przechytrzył najtęższe umysły piłkarskie świata i zagarnął wszystkie najważniejsze trofea.
Na czym polega jego fenomen? Tego do końca nie wiadomo. Być może dlatego, że Guardiola ma nawet płytki krwi w barwach Blaugrana. Wychował się na Camp Nou, dorósł i świętował największe sukcesy jako zawodnik i potem kapitan zespołu. Być może dlatego, że filozofię stylu gry Barçy zna jak mało kto, a uczył się od najlepszej możliwej osoby - Johana Cryuffa. Być może zbawienny wpływ ma również piosenka zespołu Coldplay - "Viva la Vida", która przez cały sezon była grana przed każdym spotkaniem w szatni (nota bene była również inspiracją do artykułu sprzed pół roku). A może dlatego, że jego legenda w klubie jest tak wielka, iż pomimo koleżeńskich stosunków z zawodnikami, wciąż jest traktowany z ogromnym szacunkiem i respektem.
Cokolwiek by to nie było, to pewne jest jedno. Guardiola już po pierwszym roku zapisał złotą kartę w historii Barcelony. Dokonał czegoś, czego nie potrafiła do tej pory żadna inna drużyna w Hiszpanii - zdobył potrójną koronę! Można śmiało mówić, że nastała era "Pep Teamu" - przewyższającego słynny "Dream Team" Cruyffa. W Barcelonie rzeczywiście objął rządy nowy król - Król Josep III Guardiola. Wprawdzie poprzeczkę na przyszły sezon podniósł sobie niebotycznie wysoko, ale o tym myśleć będzie dopiero od lipca. Teraz nie pozostaje nic innego jak kontynuować myśl ulubionej piosenki Guardioli: "Viva la Vida!".
[foto: Uefa.com]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (24)