Czas terapii odwykowej
Towarzyszami ostatnich minut meczu w La Corunii były smutek i tęsknota. Dobiegał bowiem końca nieprawdopodobny sezon pięknej Barçy. Barçy, na którą można było patrzeć nieustannie. Na tę niezliczoną ilość wyszukanych podań, niezwykłych goli, kombinacyjnych akcji w niczym nie przypominających oklepanych schematów. Setki godzin spędzonych na wpatrywaniu się w bajeczną katalońską armię cudotwórców było degustacją sztuki najwyższych lotów, bez której piłkarskie lato jawi się jako paskudna terapia odwykowa. Nie wiadomo czy podejmować próbę leczenia, czy może starać się przetrzymać ten pusty okres w nadziei, że kolejny sezon będzie równie bajeczny. Barcelona wskoczyła na sam szczyt zarówno sportowy, jak i estetyczny. Wyżej nie ma już nic i nikogo.
Powtórka z rozrywki w wykonaniu Blaugrany w następnym sezonie może być bardzo trudna. Na polu bitwy Katalończycy zostawili wiele upokorzonych ekip, które przy okazji kolejnej konfrontacji uczynią z niej najważniejszy mecz sezonu. Manchester United, Chelsea Londyn i Real Madryt to drużyny najbardziej dotknięte przegranymi bataliami z Barçą. Największa rewolucja szykuje się w obozie rywala krajowego. Nowy-stary prezes Florentino Perez szumnie zapowiada totalną metamorfozę Królewskich. W swych populizmach żongluje wielkimi nazwiskami i obiecuje wprowadzać do składu wychowanków, tak jak czyni to Josep Guardiola.
Wzorowanie się na trenerze Barçy, mimo madryckiej ansy do wszystkiego co barcelońskie, z pewnością zjedna Perezowi niemałą garstkę sprzymierzeńców. Młody, niedoświadczony Josep Guardiola dokonał bowiem rzeczy niezwykłej. Pogodził futbolową fantazję z taktycznym racjonalizmem, co do niedawna wydawało się niewykonalne. To podoba się każdemu i każdy chciałby ten pomysł powielić. Sęk w tym, że nie każdy to potrafi. Do tego wyczynu niezbędny jest ambitny trener sercem oddany klubowi, który uwierzy w równie oddanych i heroicznych zawodników. Joan Laporta wiedział na kogo ma stawiać. Florentino zaufał natomiast Manuelowi Pellegriniemu, którego z Realem nie łączą jakieś wyjątkowe więzi.
Real może być mocny, Real może stać się równorzędnym rywalem dla Barçy, ale jej niepowtarzalnego stylu nie skopiuje. Żaden trener tego nie dokona, bo któż odważy się sięgać po głębokie rezerwy, gdy do tego zmuszony nie będzie? Kto uniknie eksploatacji gwiazd, gdy wynik pozostawał będzie sprawą otwartą? Guardiola zaufał piłkarzom, oni zaufali jemu. Każdy czuł się ważnym ogniwem artystycznej Barçy, bez względu na to czy w danej chwili biegał po boisku, czy też siedział na ławce. A gdy rezerwowy dostawał swoje 5 minut, starał się je wykorzystać najlepiej jak potrafi. Wkładał w to całe serce. Morale drużyny wzniosło się na jakiś kosmiczny poziom. Barça nie była chaotycznym skupiskiem gwiazd błyszczących osobno, lecz tworzyła układ ściśle ze sobą powiązanych światełek, dających w kumulacji niesamowity blask. Dlatego Guardiola i jego podopieczni zasłużyli jak nikt inny na wszystkie zaszczytne tytuły, a także na wyjątkową stronicę kroniki piłkarskiej zapisanej poezją.
Pisanie o grze Barcelony jest czynnością niezwykle przyjemną. I choć powściągliwość w nadmiernym wyrażaniu uczuć to cecha ceniona w środowisku pismaków wszelkiej maści, trudno oprzeć się pokusie zasypywania poetyckimi epitetami niesamowitej wirtuozerii bordowo-granatowych magików. Jest to wręcz wskazane. Barça promuje futbol piękny, ofensywny, skuteczny, przy jednoczesnym zachowaniu taktycznego porządku. Zimne i wyważone słowa pod adresem piłkarskiego arcydzieła byłyby dlań zbyt poniżające.
Problem w tym, że odpowiednia werbalizacja staje się powoli niemożliwa. To co Blaugrana pokazała w sezonie 2008/09 było kwintesencją piłkarskiej sztuki z innego wymiaru. Barça to więcej niż klub. I żaden ziemski przymiotnik nie jest w stanie tego zjawiska ani opisać, ani wytłumaczyć.
Powtórka z rozrywki w wykonaniu Blaugrany w następnym sezonie może być bardzo trudna. Na polu bitwy Katalończycy zostawili wiele upokorzonych ekip, które przy okazji kolejnej konfrontacji uczynią z niej najważniejszy mecz sezonu. Manchester United, Chelsea Londyn i Real Madryt to drużyny najbardziej dotknięte przegranymi bataliami z Barçą. Największa rewolucja szykuje się w obozie rywala krajowego. Nowy-stary prezes Florentino Perez szumnie zapowiada totalną metamorfozę Królewskich. W swych populizmach żongluje wielkimi nazwiskami i obiecuje wprowadzać do składu wychowanków, tak jak czyni to Josep Guardiola.
Wzorowanie się na trenerze Barçy, mimo madryckiej ansy do wszystkiego co barcelońskie, z pewnością zjedna Perezowi niemałą garstkę sprzymierzeńców. Młody, niedoświadczony Josep Guardiola dokonał bowiem rzeczy niezwykłej. Pogodził futbolową fantazję z taktycznym racjonalizmem, co do niedawna wydawało się niewykonalne. To podoba się każdemu i każdy chciałby ten pomysł powielić. Sęk w tym, że nie każdy to potrafi. Do tego wyczynu niezbędny jest ambitny trener sercem oddany klubowi, który uwierzy w równie oddanych i heroicznych zawodników. Joan Laporta wiedział na kogo ma stawiać. Florentino zaufał natomiast Manuelowi Pellegriniemu, którego z Realem nie łączą jakieś wyjątkowe więzi.
Real może być mocny, Real może stać się równorzędnym rywalem dla Barçy, ale jej niepowtarzalnego stylu nie skopiuje. Żaden trener tego nie dokona, bo któż odważy się sięgać po głębokie rezerwy, gdy do tego zmuszony nie będzie? Kto uniknie eksploatacji gwiazd, gdy wynik pozostawał będzie sprawą otwartą? Guardiola zaufał piłkarzom, oni zaufali jemu. Każdy czuł się ważnym ogniwem artystycznej Barçy, bez względu na to czy w danej chwili biegał po boisku, czy też siedział na ławce. A gdy rezerwowy dostawał swoje 5 minut, starał się je wykorzystać najlepiej jak potrafi. Wkładał w to całe serce. Morale drużyny wzniosło się na jakiś kosmiczny poziom. Barça nie była chaotycznym skupiskiem gwiazd błyszczących osobno, lecz tworzyła układ ściśle ze sobą powiązanych światełek, dających w kumulacji niesamowity blask. Dlatego Guardiola i jego podopieczni zasłużyli jak nikt inny na wszystkie zaszczytne tytuły, a także na wyjątkową stronicę kroniki piłkarskiej zapisanej poezją.
Pisanie o grze Barcelony jest czynnością niezwykle przyjemną. I choć powściągliwość w nadmiernym wyrażaniu uczuć to cecha ceniona w środowisku pismaków wszelkiej maści, trudno oprzeć się pokusie zasypywania poetyckimi epitetami niesamowitej wirtuozerii bordowo-granatowych magików. Jest to wręcz wskazane. Barça promuje futbol piękny, ofensywny, skuteczny, przy jednoczesnym zachowaniu taktycznego porządku. Zimne i wyważone słowa pod adresem piłkarskiego arcydzieła byłyby dlań zbyt poniżające.
Problem w tym, że odpowiednia werbalizacja staje się powoli niemożliwa. To co Blaugrana pokazała w sezonie 2008/09 było kwintesencją piłkarskiej sztuki z innego wymiaru. Barça to więcej niż klub. I żaden ziemski przymiotnik nie jest w stanie tego zjawiska ani opisać, ani wytłumaczyć.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (20)