Felieton Johana Cruyffa: Gra Barçy w Madrycie perfekcyjna

Lucas

12 kwietnia 2010, 13:39

17 komentarzy
Jedną rzeczą jest świętować zwycięstwo, a zupełnie inną i bardziej odległą jest celebracja tytułu. Od 0:2 na Bernabéu wśród culés zapanowała euforia, wychodząca z przeświadczenia, że tytuł w zasadzie Barcelona ma już w kieszeni. Tymczasem drużyna obie te rzeczy rozróżniła i to jest dla nas najlepszy sygnał. Poza uściskami i gratulacjami po końcowym gwizdku Mejuto Gonzaléza, piłkarze i sztab trenerów doskonale zdają sobie sprawę, że pracy przed nimi wcale nie mniej - dziesięć spotkań ciężkiej harówki. To, czego dokonali do tej pory tylko zarysowało kolejne zadania, a teraz przyszedł moment, by je dokończyć. Pierwszym z tych dziesięciu wyzwań jest właśnie środowy mecz z Deportivo. Teoretycznie natomiast, w lidze można sprezentować rywalom jeden pojedynek. Ale im później to się stanie, tym Madrytowi trudniej będzie wywrzeć presję.

Największy przegrany

Kiedy twoje środowisko szuka winnych, ci którzy wychodzą na boisko, chcą stoczyć osobną wojnę. Idąc do walki, wzbudzają własne egoizmy i na tym najbardziej cierpi cały zespół. Czy to się jednak pojawia, czy nie - nie wszystko teraz zależy od Madrytu, lecz od Barcelony i od jej zdolności do gromadzenia kompletu punktów w kolejnych pojedynkach.

To oczywiste, że nie zgadzam się z opiniami, iż Real Madryt po gigantycznych wydatkach na transfery jest taką samą drużyną, jak ta z zeszłego roku. Fakt, znów są poza Ligą Mistrzów, odpadli też z Pucharu Króla, a końcowe zwycięstwo w La Liga zależy teraz od tego, czy Barcelona zgubi punkty. Ale tak samo prawdą jest również to, że są o wiele lepsi niż rok temu - 77 punktów w 31 spotkaniach i średnia zdobytych bramek mówią same za siebie. W stosunku do zeszłego sezonu skok, który wykonali, był dla mnie ogromny. Ale samo to nie wystarczy, by sprawić Barcelonie niespodziankę na koniec sezonu - Katalończycy znajdują się teraz na dobrym miejscu.

Od dnia dzisiejszego, tak jak to było przez siedem ostatnich miesięcy rozgrywek, Guardiola i jego podopieczni są skłonni stać się wyjątkiem w świetle maksymy, która przypomina, że następny rok po sukcesach zawsze jest trudny. Ale jakiż to sezon! Jeśli Madryt walczył w La Liga bijąc rekordy, to znaczy że wielka inwestycja Blancos się zrealizowała. Ich błąd wprawdzie nie wydawał się duży, ale to wystarczyło, by wytrącił ich z równowagi.

Osamotniony Xabi Alonso

W czasie spektakularnego tworzenia drużyny wyszły na jaw pewne fakty: prawidłowe wzmocnienia defensywy, nadmierne w przypadku ofensywy i ograniczone, bardzo ograniczone w linii pomocy. A więc dokładnie tam, gdzie znajduje się barometr gry każdego zespołu, szczególnie Barçy, której siła tkwi właśnie w drugiej linii. Jeśli bowiem wprowadzasz do drużyny Cristiano Ronaldo, Benzemę, Kakę i masz już zespole sprawdzonego Higuaína, to obsadzasz czterech zawodników na dwie pozycje, nie biorąc pod uwagę jeszcze jednego - Raúla.

Strategia kupowania piłkarzy wyłącznie ofensywnych, kierowana obsesją nie powiodła się. Mimo to, w Madrycie oceniają wszystkich po liczbie strzelonych goli, ale cyfry, którymi żyją i funkcjonują raz są lepsze, a raz gorsze. Bramki to rzeczy ważne i to bardzo, ale nie decydują o wszystkim. W grze natomiast liczy się równowaga, która przychodzi z dominacji w linii pomocy. I właśnie tam Xabi Alonso mógł poczuć się osamotniony. Wystarczy na niego spojrzeć, porównując jego grę w zespole Królewskich i w reprezentacji - można w ten sposób zauważyć, że w zależności od tego, kto jest jego partnerem na boisku, gdzie się porusza i na której stronie, Xabi w zespole Del Bosque prezentuje zupełnie inną twarz.

Wracając do sobotniego meczu w Madrycie, stała się wówczas rzecz normalna. I tu nie odnoszę się do rezultatu, ani sytuacji, lecz do zaprezentowanego poziomu gry. Anormalne, ale wyjątkowe było 2:6 z maja zeszłego roku. W sobotę natomiast Barça mogła strzelić parę bramek więcej, Madryt również. Wyniki 0:2, 1:3 czy 2:4 są jednak takie same.

Wartość punktów

Inkasowanie kolejnych trzech punktów wskazuje prawdziwą wartość drużyny. Wprawdzie bezpośrednie pojedynki między Barceloną i Realem były i zawsze będą ekscytujące i pełne emocji, to w mniejszym stopniu będzie się zwracać uwagę na futbol, który wyróżniał jednych i drugich.

Barça swoich zalet, poziomu piłkarskiego nie naruszyła, ale uczyniła może to w mniejszym stopniu, niż nas do tego przyzwyczaiła. Błąd? Nie, to tylko konsekwencja tego, gdzie i z kim przyszło jej się zmierzyć. El Clásico to mecz zupełnie inny niż wszystkie. To było normalne, że w sobotę Real zużył swoje ostatnie naboje i grał czasem na granicy ryzyka. Cieszę się jednak, że arbiter nikogo nie wyrzucił z boiska. Mejuto Gonzaléz wyznaczył piłkarzom właściwe granice i nie zaostrzał napięć między nimi, bo i tak było ich dość dużo.

Dla Blaugrany będzie niesprawiedliwe, jeśli będziemy podkreślać tylko parady Valdésa, asysty Xaviego, bramki Messiego i Pedro. To, co w Barcelonie było najlepsze: nikt nie był gorszy od drugiego. Wszyscy wykonali swoją robotę - brudną i czystą; każdy to wykonał z odpowiednią jakością, w różnych sektorach boiska, z korzyścią dla zespołu. Zarówno ci, którzy wyszli w pierwszym składzie, jak i zmiennicy, a także ci, którzy na boisko wtedy nie wyszli. Spokój i pewność zatem przyniosły zwycięstwo. Było za mało efektownie? Dla mnie jednak był to styl działania ekipy perfekcyjnej.

[źródło: El Periódico de Catalunya]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (17)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze