W ciszy stadionu. Wychowanek Iniesta

Karol Chowański 'Challenger'

7 września 2010, 04:01

72 komentarze

Od początku swojej kariery, Andrés Iniesta pozostawał w cieniu. Od czasów juniorskich aż po lata kariery w pierwszym zespole. To już przeszłość. Zbierane latami doświadczenie uczyniło pomocnika szanowanego tylko na Camp Nou - graczem niemal kompletnym. Nie ma nawyków napastnika, ale jego opanowanie w grze bez względu na stawkę już wielokrotnie okazywało się bezcenne dla drużyny. Głośno wychwalają go kibice i dziennikarze. Po cichu: bukmacherzy typujący faworytów do indywidualnych nagród. Skromny chłopak z malutkiej Fuentealbilli mimowolnie i bezpowrotnie wylądował w panteonie największych gwiazd współczesnej piłki. Dziś jest w drodze po "Złotą Piłkę".

Iniesta - celebryta z przypadku
Andrés Iniesta pozostał zwykłym chłopakiem z prowincji Albacete. Jego sposób bycia zdaje się nie pasować do świata wielkiego sportu i jeszcze większych pieniędzy. Legendarna jest już historia z dwoma biletami na rzymski finał, o które założył się z Bojanem. Warunek był jeden: zdobycie gola na Stamford Bridge. Gdy w 93. minucie stadion zamilkł, a komentatorzy darli się w mikrofony o "geniuszu", "fenomenie" i "Bogu, który zstąpił z nieba, by zdobyć bramkę" - strzelec bramki krzyczał do nadbiegającego z gratulacjami Bojana: "Bilety!". Dla Iniesty w tamtej chwili nic nie mogło być ważniejsze niż wygrany zakład. "Naprawdę ich potrzebowałem", wyjaśni później w wywiadzie.

Ten gol zdobyty na Stamford, heroiczny występ w Rzymie okraszony asystą do Eto'o i jedyna bramka finału Mistrzostw Świata ostatecznie wygnały go z krainy futbolowego cienia. Nie zmienia to faktu, że idolem jest nietypowym. Obcy jest mu status golleadora czy symbolu seksu. Kasyna zna tylko z opowieści, samochodami po kilka milionów euro nie rozbija się po najmodniejszych klubach. Spokojnie pozwalałyby mu na to zarobki. Nie pozwalają charakter i styl bycia.

Zamieszanie wokół jego osoby nie robi na nim żadnego wrażenia. Na konferencje prasowe i wywiady przychodzi w trampkach i bluzach z kapturem. Przypomina Ci jednego z dobrych znajomych, a nie jednego z najlepszych piłkarzy świata. W książce "Rok w raju" opowiadał ze swego rodzaju satysfakcją, że w dzień po rzymskim zwycięstwie pewna dama wzięła go w barcelońskiej restauracji za kelnera. Po finale w Johannesburgu raczej mu to nie grozi.

Triumf rozumu nad fizycznością
Obserwując kilka lat temu zwycięski okres zespołów z Premiership mówiono, że w futbolu triumfować będzie już tylko fizyczna siła. Tezy te brzmią dziś śmiesznie. Barcelońskie mikrusy to ich absolutne antytezy. Iniesta o wzroście 170 cm i 67 kg wagi na ulicy nie przestraszyłby nikogo. A przecież to on wraz z Xavim, Messim i Pedro co chwilę wznoszą nad głowę puchary. Dysponujący warunkami gladiatorów Lampard, Drogba, Rooney i Gerrard muszą zadowolić się tylko triumfami krajowymi, a Cristiano Ronaldo pozostaje cieszyć się tymi, które zdobywa na PlayStation.

Ze wspomnianej trójki magów Barçy, Iniesta prezentuje się najmniej medialnie. Poza boiskiem nie ma zdystansowanej elegancji Messiego ani żelu na włosach Xaviego. To za tę naturalność i skromność uwielbiają go fani na całym świecie. Ale Don Andrés nie miałby okazji szerzej prezentować tych cech, gdyby nie jego boiskowy geniusz. Jego inne przezwisko, popularne w Hiszpanii "Cerebro" ("Mózg"), nie wzięło się przecież z niczego.

Szereg zalet znamionujących jego grę najlepiej podsumować można jednym słowem: efektywność. Na boisku imponuje szerokim przeglądem pola i stoickim spokojem. Żadne jego zagranie nie wydaje się przypadkowe. Skalą boiskowej inteligencji sprawia, że niejednokrotnie podczas meczu widzom z podziwu opadają szczęki. Czy on naprawdę to zrobił? Zależnie od sytuacji na boisku, decyduje się na klepkę z napastnikami, dłuższy rajd z piłką, dalekie podanie na drugą stronę boiska lub dynamiczne minięcie rywala. Sprawia niekiedy wrażenie, że mógłby grać z zamkniętymi oczami.

Długa droga do doskonałości
Do Barçy trafił w wieku 12 lat. Jego rodzice otrzymali zaproszenie od klubu po jednym z dziecięcych turniejów. Skala talentu zagwarantowała mu miejsce w szkółce, lecz nigdy nie był czołową postacią zespołów, w których występował. Solidność, precyzja i "niewyróżnianie się" cechowały jego grę już od najmłodszych lat. Dwie pierwsze cechy pozwoliły mu gładko przejść przez wszystkie poziomy szkolenia w Barcelonie, czego naturalną konsekwencją było miejsce w młodzieżowych reprezentacjach Hiszpanii. Odegrał ważną rolę w zdobyciu Mistrzostwa Europy U-16 (2001), rok później triumfował w Mistrzostwach Europy U-19. W składzie Młodzieżowych Mistrzów Świata z Emiratów (2003) był kluczowym zawodnikiem, a FIFA ogłosiła go członkiem drużyny turnieju.

Mniej błyskotliwie wyglądały jego początki w klubie. Nie pomagało, że od początku oceniano go przez pryzmat starszego o 4 lata Xaviego. Iniesta musiał gonić jego sławę. Gdy wreszcie zadebiutował (październik 2002), to aż do połowy 2004 roku nie gościł za często na boisku. Konkurencja w pomocy sprawiała, że przegrywał rywalizację z innymi zawodnikami. Kolejnych kilka lat pełnił w Barcelonie funkcję zapchajdziury, występując na różnych pozycjach zależnie od sytuacji kadrowej drużyny. Choć np. w sezonie 2004/2005 pozwoliło mu to wystąpić w największej ilości ligowych spotkań z całego składu, to nie był ceniony na równi z Cocu, Luisem Enrique, Ronaldinho, Deco czy Xavim. Wychowanek Barçy okazał się jednak pilnym uczniem i przy bardziej znanych kolegach nabywał nowych umiejętności i stale udoskonalał swą grę. U Guardioli jest obok Xaviego i Messiego aktorem, od którego zależy najwięcej. Nawet lewe skrzydło, pozycja, na której jeszcze 2 lata temu czuł się obco - zaczyna mu coraz bardziej pasować. Dziś składu FC Barcelony nie można wyobrazić sobie bez niego.

Cierpliwość i uniwersalność, które imponują innym
Carles Naval, członek sztabu Barçy mówi, że nigdy nie spotkał tak pracowitego i cierpliwego zawodnika. "Cierpliwość to gorzkie uczucie. Ale daje słodkie owoce". Xavi stwierdził z kolei w programie "Informe Robinson" ("Raport Robinsona"), że uważa swojego młodszego kolegę za piłkarza bardziej wszechstronnego i przez to lepszego od siebie. "Może grać na wysokim poziomie w różnych miejscach boiska. Jest niesamowity." Pochwały spływają na Iniestę nie tylko od innych kolegów z szatni (Eto'o, Puyol, Busquets, Valdés), ale też od rywali (Casillas, Rooney). W zawistnym świecie piłki nożnej stanowi to największy komplement.

"Barça dała mi wszystko"
Inną ujmującą cechą Iniesty jest jego wierność klubowym barwom. Nie wyobraża sobie gry poza Camp Nou: "Barça uczyniła szczęśliwym mnie i moją rodzinę. Moim marzeniem jest zakończyć tu karierę".

W lipcu 2007 pojawiły się w prasie pogłoski o chęci kupna go przez Real. Włodarze madryckiego klubu nie zaprzeczali. Potwierdzało to, że są gotowi na zapłacenie Barcelonie klauzuli wykupu (60 mln euro). Piłkarz natychmiast zdementował plotki, dodając: "Chciałbym jeszcze raz podkreślić, że nigdzie się stąd nie ruszam. Mówię to całym moim sercem." By wszystko było jasne, klub podwyższył klauzulę wykupu Iniesty do 150 mln euro.

W ślad za lojalnością samuraja idzie kolejna wyjątkowa cecha Iniesty. Dla klubu gotów jest do każdego poświęcenia. Mimo lichych warunków fizycznych, nigdy nie odstawia nogi. Za czasów juniorskich potrafił regularnie grywać z urazami, by nie tracić meczów. Kontuzja miała mu też uniemożliwić mu występ w Rzymie. Culés nie tracili jednak nadziei, że zagra. I była to nadzieja słuszna. Z dziurą w mięśniu Iniesta na własne życzenie znalazł się w składzie. Ogromne niebezpieczeństwo pogłębienia się urazu (lekarze zabronili mu nawet decydować się na strzały) nie mogło zmienić jego decyzji. "Musiałem zagrać w tym finale bez względu na wszystko. Zagrać i pomóc zespołowi. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby na mojej nieobecności ucierpieli koledzy." Jego asysta do Eto'o odmieniła losy meczu...

Niewielu pamięta, że po rzymskim finale Iniesta wrócił do rehabilitacji. Swój uraz leczył kolejnych kilka tygodni. Szczęśliwie dla niego i całego barcelonismo, nie pojawiły się żadne komplikacje.

Szlachetny gest i Złota Piłka 2010
Prócz znakomitego występu na południowoafrykańskim turnieju (3-krotnie wybierany piłkarzem meczu), Iniesta pokazał coś jeszcze. Podkoszulek. Powszechnie wiadomo, że byli z Danim Jarque bliskimi przyjaciółmi, jeszcze z młodzieżówek. Piłkarz Barçy wyjaśnił potem: "Chciałem, by cały świat wiedział, że jest tam z nami. To był najwłaściwszy moment." W ten sposób Andrés dał świadectwo, że futbol może być środkiem przekazu dla najważniejszych wartości w życiu. Zapytany o tę sytuację prezes Espanyolu (Jarque grał tam od dziecka), przyznał, że "ten gest rywala z Barcelony to najważniejsza rzecz, jaka spotkała mnie w życiu. Nigdy nie przeżyłem większego wzruszenia."

Oczywiście, poza mundialem Iniesta nie miał ostatnio najlepszego okresu. Z powodu kontuzji ominęły go długie fragmenty minionego sezonu, nie grał w najważniejszych meczach (np. Inter), w innych grywał w kratkę. Toteż podzielam zdanie wielu komentatorów i kibiców, iż w tym roku są piłkarze zasługujący bardziej na piłkę ze złota (Sneijder - za wyreżyserowanie boiskowej części Trypletu Interu; Xavi - za całokształt i większą rolę w tegorocznych triumfach; Messi - za bezsprzeczny status najlepszego piłkarza świata). Niezależnie od tego, za faworyta wyścigu o Złotą Piłką uznaje się Iniestę. Rok mundiali rządzi się swoimi prawami, o czym wie coś Thierry Henry.

Werdykt grudniowy jest zatem nie do przewidzenia. Jednak jeśli wygra Andrés Iniesta, mam nadzieję, że powstrzyma język nawet José Mourinho, a wszyscy przypomną sobie reakcję Hiszpana po strzeleniu gola Stekelenburgowi. Może nie do końca zasługuje w tym roku na Złotą Piłkę ze względów sportowych. Ale zasługuje na nią jako człowiek. Jak rzadko kto.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (72)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze