W ciszy stadionu. La manita, ręka bogów

Karol Chowański 'Challenger'

7 grudnia 2010, 19:31

116 komentarzy

Nieprzypadkowo zaczynam takim zdjęciem. Swego czasu pełniło zaszczytną rolę tapety na moim laptopie, do dziś pozostaje dla mnie symbolem szczególnym. Szczególnie prawdziwym i magicznym, bo widziałem ten obrazek w telewizorze "na żywo" - a nie post factum na google'u.

Nie zamierzam kpić, szydzić z nikogo. To się nie godzi. Niech deklaracja tego taką, a nie inną, ilustracją będzie wiarygodną oznaką szacunku dla madryckich rywali, Realu piłkarzy i kibiców. Realu tym razem pokonanego, ale żadna drużyna nie wygrywa wiecznie... Niemniej, padło w tym roku z Bernabéu za wiele niepotrzebnych słów, by odniesiona arcystylem tej Barçy i antystylem tego Realu pięciobramkowa wygrana nie smakowała nam, culés, tak bardzo. Tak bardzo wyjątkowo.

Zwycięski styl Barçy
Nie chodzi o to, że wygrali 5:0*. Że Gran Derbi. Że piąty raz z rzędu. Że manita, w hiszpańskiej kulturze futbolu wygrana najdoskonalsza z doskonałych: po jednej bramce na każdy palec dłoni**. Że najlepiej, jak mogli, odpowiedzieli na buńczuczne zapowiedzi Mourinho, Valdano i C. Ronaldo - obracając je w 90 minut w komiczne anegdoty, które jeszcze długo krążyć będą pomiędzy culés w mailach i SMS-ach. Że pokonali zbudowaną za rekordowe kwoty drużynę prowadzoną w bój przez Najdroższego Piłkarza Świata oraz Najdroższego Trenera Świata. Że z "The Special One" zrobili "The Special Five", a z "lidera" Realu o siódemce na plecach - sfrustrowanego dzieciaka (znowu!), którego

target="_blank">najgroźniejszym zagraniem meczu było odepchnięcie trenera Barçy.

Nie chodzi o to wszystko. Chodzi o to, że dokonali tego w swoim stylu.

Koncert Barçy po OBU stronach boiska

Od tygodni zapowiadało się na wielki mecz. Madryt dotknięty "efektem Mourinho" kontra Barça Ośmiu Pucharów w wersji 3.0. Mistrzowie świata w rekordowej liczbie 8 + 5. Największe gwiazdy już uznane i największe dopiero wschodzące. Każdy fan piłki nożnej podchodził do tych 90 minut z większym podekscytowaniem niż Augustus Gloop w Fabryce Czekolady i fan zabytków w garażu Jay'a Leno razem wzięci. Niczym dzieci cieszyli się na ten mecz inni piłkarze (m.in. Jack Wilshere) i trenerzy (jak Michael Laudrup). Spektaklem, jaki dała Barca, nie mogli być zawiedzeni.

Gdy niektórzy jeszcze sadowili się do telewizorów, Leo Messi zdążył już otworzyć swój podręczny kramik z czarami. Słupek uchronił Casillasa od utraty najwspanialszej bramki w karierze. W karierze strzelającego... To, co nie udało się Argentyńczykowi, udało się jego kolegom. Pięciokrotnie. Celnie uderzał i podawał Xavi, dzięki czemu już po 20 minutach było 2:0. Po przerwie dwukrotnie ukąsił Villa, a Jeffrén zdobył bramkę, której chyba nie zapomni do końca życia. Błyskotliwy strzał dopełnił wielkiego triumfu nad odwiecznym rywalem.

To mecz, który pokazał, że świat futbolu jest wolny od dwóch mitów. Nie ma w nim nikogo specjalnego. Spektakularna porażka to rzecz absolutnie demokratyczna, może przytrafić się każdemu trenerowi. Jednocześnie, szumnie odgrzewane co jakiś czas zapowiedzi "starcia tytanów futbolu", powinny wreszcie przycichnąć. Na Camp Nou tylko jeden stanął w szranki. Drugi znów został w blokach. Cristiano Ronaldo mógłby wreszcie zaakceptować swoje miejsce w szeregu i oszczędzić nam wszystkim jakże zdroworozsądkowych przejawów swej wrodzonej skromności. Za pieniądze można kupić sobie dziecko, ale za nic nie można kupić miejsca w panteonie piłkarzy wszech czasów. Zdaniem ekspertów i coraz większej liczby piłkarskich autorytetów, miejsce Messiego jest tam już dziś. W wieku 23 lat.

José Mourinho nie zawiódł Kenny'ego Dalglisha, który przed meczem spodziewał się zachowawczej taktyki portugalskiego trenera. Nawet dwójka defensywnych pomocników (po przerwie zamieniona na trójkę) nie potrafiła powstrzymać barcelońskiej nawałnicy. Legenda szkockiej i angielskiej piłki pod koniec meczu mogła jedynie dodać, że "nawet ustawiony przez Mourinho w bramce double decker nie powstrzymałby Realu przed tak grającą Barçą". O tyle ciekawe, że słyszałem gdzieś kiedyś (szkoda, że już nie pamiętam gdzie...), iż Xabi Alonso i Lass to dwaj najlepsi defensywni pomocnicy La Liga i okolic. Hmmmm.

Wypada jeszcze przypomnieć słowa obu trenerów sprzed meczu: trener Barçy zapowiadał: "Zaatakujemy"; trener Realu mówił zaś, że "dobry byłby remis".

Gdzie jest granica?

Po pamiętnym 2:6 zastanawiałem się, czy można dać jeszcze większy koncert. Dziś wiemy, że można, a
target="_blank">przepaść dzieląca obie drużyny 2.05.2009 zamiast zmaleć - zamieniła się w Kanion Kolorado. O ofensywie Barçy rozpisywać się nie będę - to tak, jakbym miał opisać Wam smak wiatru, pejzaże po drodze na Grossglockner albo zachwyt panoramą Porto z mostu Luísa I... Słów kilka poświęcić zaś warto defensywie. Bezbłędny Valdés. Alves skoncentrowany na obronie jak nigdy. Zaskakująco aktywny Abidal ujawniający geniusz Guardioli, który dwóch bocznych obrońców zamienił rolami. Diablo skuteczny Puyi. Znakomity Piqué. Busquets jak profesor. To "zero z tyłu" cieszy mnie tak samo mocno, jak pół dekady bramek. Czy bardziej? Nie wiem, zastanawiam się nad tym szósty dzień.

Valdés, Abidal, Piqué, Puyol, Alves, Sergio, Xavi, Iniesta, Pedro, Villa i Messi przekonująco zabiegają, byśmy porzucili banalne myślenie o granicach ludzkich możliwości. Wbiciem w ziemię Realu (i zwycięstwem odniesionym wprost z autobusu, po 4-godzinnej podróży) deklarują fanom jedno. Potencjał tej Barçy jest nieograniczony.

W pogoni za 8:0

Cristiano Ronaldo myślał pewnie, że zabrzmi to zabawnie, gdy tydzień temu zastanawiał się w towarzystwie dziennikarzy, "czy nam też strzelą osiem bramek w poniedziałek".

Wielu madridistas było tedy bardzo do śmiechu. Podopieczni Pepa starli te uśmiechy pumeksem 90 minut-futbolowej-magii. Przypominam o tym dlatego, że w komentarzach do tej wypowiedzi C-Rona, strony fanów Realu na całym świecie puchły ogromną, ogromną butą. Nieliczni odwiedzający ich łamy culés dyskretnie przypominali o powszechnie znanej renomie Portugalczyka jako piłkarza, który zawsze-sprawdza-się-w-meczach-o-wielką-stawkę --- kulturalnie zapytując: "ciekawe, czy na Camp Nou też strzeli hat-tricka?". Niby można było oczekiwać, która wersja się sprawdzi, ale oczekiwania rzadko kiedy mają aż tak epickie pokrycie w rzeczywistości.

Podopieczni Guardioli też usłyszeli tamte słowa. Usłyszeli i zapamiętali. Wystarczyło, by swoje sytuacje w drugiej połowie wykorzystali Xavi i Bojan; wystarczyło, by piłka po strzale Messiego wylądowała obok słupka, a nie na nim... I voilà, słowa Cristiano Ronaldo stałyby się ciałem.

Nie szkodzi. To 5:0 jest bardziej medialne. Wtorkowa okładka "Sportu" była tak dosłowna, jak to tylko możliwe, a dyżurny satyryk tej gazety doszedł do wniosku, że zeskanowana dłoń spokojnie spełni rolę tradycyjnego rysunku.

Obrońcy Barçy sprawili, że rzeczonym hat-trickiem rywala w bieli nie zapachniało nawet przez chwilę. Prędzej wyglądało to tak, jakby zawodnik Realu do takiego wyczynu nie zbliżył się przez całą swoją karierę. Przez 90 minut to, co madrycka prasa nazywa jedenastką radości (tak chętnie wystawiany przez Mourinho podstawowy skład Realu), było jedenastką radości... ale culés. Xavi dał do zrozumienia, ze tego dnia piłkarze z Madrytu mieli na boisku mniej do powiedzenia niż podczas legendarnego już 2:6... Najstarsi górale nie pamiętają tak bezbronnych Merengues .

Wielka manita

Barcelońskie manity w GD mają na razie historię ledwie pięciokrotną i 18,5-letnią regularność. Nie więcej niż jedną zanotował za swych boiskowych czasów Cruyff. Ledwie jedną jego Dream Team. Poprzednia miała miejsce 40 lat wcześniej, a pierworodna - dopiero 36 lat po powstaniu klubu. Nic dziwnego, że po iście historycznym wyniku w poniedziałek, Andrés Iniesta nie czekał z ubraniem spodni, by ze swego iPhone'a jak najszybciej podzielić się na facebooku radością z fanami. Swoją własną, najszczerszą, półnagą, szatnianą radością. Ten sam rodzaj radości w najczystszej formie towarzyszył barcelonistom, jak tylko Jeffrén trafił do siatki.

Ruszyli wszyscy w stronę ławki. Po chwili wzniósł dłoń Piqué. To samo zrobił Abidal. Zaplątany z radości w siatkę bramki Valdés machał do fanów rękawicą. Manotazo błyskawicznie rozniosło się po całym Camp Nou, jak sprośny dowcip opowiadany na pierwszej lekcji w podstawówce, gdy p a n i akurat nie patrzy. Tu patrzył przez obiektywy kamer i aparatów cały świat. Z otchłani zadaszonej ławki patrzył Mourinho, udając długimi fragmentami meczu, że wcale go tam nie ma. Z najbliższej perspektywy murawy - ośmieszona potencjałem najlepszej dziś drużyny świata, jedenastka graczy Realu. Błędny wzrok spoglądającego na to wszystko Casillasa na długo zostanie symbolem tego zwycięstwa.

"Piątka" z marszu stawała się znakiem rozpoznawczym culés.
target="_blank">Ze stadionu, dalej na Canaletes, po cały świat.

Nie wytrzymał tego Sergio Ramos, którego akt frustracji był przykrym epilogiem spektaklu na Camp Nou.

"Takie rzeczy zdarzają się w świecie futbolu",

rzekł Carles Puyol i całe barcelonismo powinno to uszanować. "To chwile wielkiej presji, ale to, co dzieje się na boisku - zostaje na boisku. Łączą mnie bardzo dobre relacje z Sergio i to już zostało zapomniane. Mam ciekawsze rzeczy, które przykuwają moje myśli", zakończył El Capitán.

Ktoś podający się za kibica Barçy napisał gdzieś, że taka odpowiedź jest zbyt "miękka", że Puyi powinien był "jakoś" zareagować jeszcze na boisku... Nic bardziej mylnego; to wręcz przejaw niepojmowania wszystkiego, czym jest Barca. Taka wypowiedź Puyola sprawia, że kapitan Barçy przypomina, czemu jest jej symbolem. Symbolem wartości wykraczających daleko poza futbol, szlachetności i honoru na tle niegodnego sportowca zachowania kolegi z reprezentacji. Carles to wielki piłkarz, ale jeszcze większy, wspaniały człowiek. O którym już piłkarzu FC Barcelony, z La Masíi i nie tylko, mówimy w ten sposób...

"Styl", w jakim Blancos znieśli tę porażkę jest powodem do zmartwień wyłącznie dla klubu z Madrytu. Dla jego "lidera", który kolejny raz spala swój Dzień Próby. Dla trenera, który może nauczyć podopiecznych kopania po kostkach gdy nie widzi (lub nie chce widzieć) tego sędzia, ale nie nauczy ich honoru. Dla rezerwowego, który w takich okolicznościach...
target="_blank">odmawia wyjścia na boisko. Dla kibiców, którzy wyczyny swoich idoli musieli obserwować z takim samym wyrazem twarzy, jak bohater ich ulubionego portretu.

Nie może zatem dziwić, że piłkarze Barçy reagują inaczej; stają w obronie trenera i kolegów, ale nie wchodzą w bagno chamskich zachowań i takiej retoryki Blancos. Wydarzenia na Camp Nou widział cały świat. To wystarczy. Real sam kreuje swój wizerunek. Przy tym jakakolwiek bezpośrednio reaktywna wypowiedź Puyola, Xaviego, Guardioli, Messiego - jest kompletnie zbędna. Nie padły, bo Barcelona woli rozmawiać o piłce.

Po meczu obrońca Realu deklarował przeprosiny pod adresem obu piłkarzy, rozmawiał też z nimi telefonicznie po meczu. Puyi i Xavi dyplomatycznie umniejszają ten żenujący incydent, ale cos mi mówi, że przy najbliższej możliwej okazji odpowiedzą Ramosowi. W jedyny właściwy sposób. Na boisku.

W relacjach z meczu na fanzinach Realu dominowało jedno słowo. Wstyd. Choć jest wiele bardziej wstydliwych kart w historii madryckiego klubu, to chciałbym wierzyć, że ten konkretny wstyd przełoży się na to, iż przestaniemy wreszcie wysłuchiwać od zapatrzonego w lustro*** Portugalczyka, kto jest ósmym cudem piłkarskiego świata, a od jego równie zarozumiałego przełożonego - któż to oddaje komu mecze. Na ten ostatni bon mot najlepiej odpowiedział w środę napastnik Osasuny, Walter Pandiani: "Teraz to Preciado powinien zadzwonić do Mourinho i zapytać go, co też się stało na Camp Nou." Przypomnijmy, że rzeczony Sporting, o który José narobił tyle rabanu, w "rezerwowym składzie" przegrał na tym samym Camp Nou "aż" 1:0. Preciado stwierdził tylko, że odniesiona w takich rozmiarach porażka Realu... go nie zmartwiła.

"Mam ciekawsze rzeczy, które przykuwają moje myśli". My też. I choć po konferencji Ramosa zostaje jeszcze większy niesmak, to culés powinni przyjąć wszystkie akty agresji Blancos w tym meczu tak, jak trener i piłkarze FC Barcelony. Milczeniem. Patrząc kolejny raz na to, jak Real Madryt nie potrafi przegrać z godnością, zwyczajnie tęskno mi za obrazkami takimi, jak ten na wstępie, lub te już historyczne, z Maradoną i Ronaldinho.

Mimo wszystko, mam nadzieję, że nie przyjdzie mi długo czekać na podobne wyrazy wzajemnego szacunku. Przy wszystkim, co ze strony Merengues widzieliśmy w poniedziałek, dyskretnym powiewem optymizmu były częste pogaduszki i pożegnalne uściski pomiędzy Rosellem i Pérezem. Ponadto, gdzieś w tle mogła się podobać postawa Pepe. Brazylijczyk z portugalskim paszportem, który na swoim koncie także ma festiwal hańby (