Nieprzypadkowo zaczynam takim zdjęciem. Swego czasu pełniło zaszczytną rolę tapety na moim laptopie, do dziś pozostaje dla mnie symbolem szczególnym. Szczególnie prawdziwym i magicznym, bo widziałem ten obrazek w telewizorze "na żywo" - a nie post factum na google'u.
Nie zamierzam kpić, szydzić z nikogo. To się nie godzi. Niech deklaracja tego taką, a nie inną, ilustracją będzie wiarygodną oznaką szacunku dla madryckich rywali, Realu piłkarzy i kibiców. Realu tym razem pokonanego, ale żadna drużyna nie wygrywa wiecznie... Niemniej, padło w tym roku z Bernabéu za wiele niepotrzebnych słów, by odniesiona arcystylem tej Barçy i antystylem tego Realu pięciobramkowa wygrana nie smakowała nam, culés, tak bardzo. Tak bardzo wyjątkowo.
Zwycięski styl Barçy Nie chodzi o to, że wygrali 5:0*. Że Gran Derbi. Że piąty raz z rzędu. Że manita, w hiszpańskiej kulturze futbolu wygrana najdoskonalsza z doskonałych: po jednej bramce na każdy palec dłoni**. Że najlepiej, jak mogli, odpowiedzieli na buńczuczne zapowiedzi Mourinho, Valdano i C. Ronaldo - obracając je w 90 minut w komiczne anegdoty, które jeszcze długo krążyć będą pomiędzy culés w mailach i SMS-ach. Że pokonali zbudowaną za rekordowe kwoty drużynę prowadzoną w bój przez Najdroższego Piłkarza Świata oraz Najdroższego Trenera Świata. Że z "The Special One" zrobili "The Special Five", a z "lidera" Realu o siódemce na plecach - sfrustrowanego dzieciaka (znowu!), którego
target="_blank">najgroźniejszym zagraniem meczu było odepchnięcie trenera Barçy.
Nie chodzi o to wszystko. Chodzi o to, że dokonali tego w swoim stylu.
Koncert Barçy po OBU stronach boiska
Od tygodni zapowiadało się na wielki mecz. Madryt dotknięty "efektem Mourinho" kontra Barça Ośmiu Pucharów w wersji 3.0. Mistrzowie świata w rekordowej liczbie 8 + 5. Największe gwiazdy już uznane i największe dopiero wschodzące. Każdy fan piłki nożnej podchodził do tych 90 minut z większym podekscytowaniem niż Augustus Gloop w Fabryce Czekolady i fan zabytków w garażu Jay'a Leno razem wzięci. Niczym dzieci cieszyli się na ten mecz inni piłkarze (m.in. Jack Wilshere) i trenerzy (jak Michael Laudrup). Spektaklem, jaki dała Barca, nie mogli być zawiedzeni.
Gdy niektórzy jeszcze sadowili się do telewizorów, Leo Messi zdążył już otworzyć swój podręczny kramik z czarami. Słupek uchronił Casillasa od utraty najwspanialszej bramki w karierze. W karierze strzelającego... To, co nie udało się Argentyńczykowi, udało się jego kolegom. Pięciokrotnie. Celnie uderzał i podawał Xavi, dzięki czemu już po 20 minutach było 2:0. Po przerwie dwukrotnie ukąsił Villa, a Jeffrén zdobył bramkę, której chyba nie zapomni do końca życia. Błyskotliwy strzał dopełnił wielkiego triumfu nad odwiecznym rywalem.
To mecz, który pokazał, że świat futbolu jest wolny od dwóch mitów. Nie ma w nim nikogo specjalnego. Spektakularna porażka to rzecz absolutnie demokratyczna, może przytrafić się każdemu trenerowi. Jednocześnie, szumnie odgrzewane co jakiś czas zapowiedzi "starcia tytanów futbolu", powinny wreszcie przycichnąć. Na Camp Nou tylko jeden stanął w szranki. Drugi znów został w blokach. Cristiano Ronaldo mógłby wreszcie zaakceptować swoje miejsce w szeregu i oszczędzić nam wszystkim jakże zdroworozsądkowych przejawów swej wrodzonej skromności. Za pieniądze można kupić sobie dziecko, ale za nic nie można kupić miejsca w panteonie piłkarzy wszech czasów. Zdaniem ekspertów i coraz większej liczby piłkarskich autorytetów, miejsce Messiego jest tam już dziś. W wieku 23 lat.
José Mourinho nie zawiódł Kenny'ego Dalglisha, który przed meczem spodziewał się zachowawczej taktyki portugalskiego trenera. Nawet dwójka defensywnych pomocników (po przerwie zamieniona na trójkę) nie potrafiła powstrzymać barcelońskiej nawałnicy. Legenda szkockiej i angielskiej piłki pod koniec meczu mogła jedynie dodać, że "nawet ustawiony przez Mourinho w bramce double decker nie powstrzymałby Realu przed tak grającą Barçą". O tyle ciekawe, że słyszałem gdzieś kiedyś (szkoda, że już nie pamiętam gdzie...), iż Xabi Alonso i Lass to dwaj najlepsi defensywni pomocnicy La Liga i okolic. Hmmmm.
Wypada jeszcze przypomnieć słowa obu trenerów sprzed meczu: trener Barçy zapowiadał: "Zaatakujemy"; trener Realu mówił zaś, że "dobry byłby remis".
Gdzie jest granica?
Po pamiętnym 2:6 zastanawiałem się, czy można dać jeszcze większy koncert. Dziś wiemy, że można, a
target="_blank">przepaść dzieląca obie drużyny 2.05.2009 zamiast zmaleć - zamieniła się w Kanion Kolorado. O ofensywie Barçy rozpisywać się nie będę - to tak, jakbym miał opisać Wam smak wiatru, pejzaże po drodze na Grossglockner albo zachwyt panoramą Porto z mostu Luísa I... Słów kilka poświęcić zaś warto defensywie. Bezbłędny Valdés. Alves skoncentrowany na obronie jak nigdy. Zaskakująco aktywny Abidal ujawniający geniusz Guardioli, który dwóch bocznych obrońców zamienił rolami. Diablo skuteczny Puyi. Znakomity Piqué. Busquets jak profesor. To "zero z tyłu" cieszy mnie tak samo mocno, jak pół dekady bramek. Czy bardziej? Nie wiem, zastanawiam się nad tym szósty dzień.
Valdés, Abidal, Piqué, Puyol, Alves, Sergio, Xavi, Iniesta, Pedro, Villa i Messi przekonująco zabiegają, byśmy porzucili banalne myślenie o granicach ludzkich możliwości. Wbiciem w ziemię Realu (i zwycięstwem odniesionym wprost z autobusu, po 4-godzinnej podróży) deklarują fanom jedno. Potencjał tej Barçy jest nieograniczony.
Wielu madridistas było tedy bardzo do śmiechu. Podopieczni Pepa starli te uśmiechy pumeksem 90 minut-futbolowej-magii. Przypominam o tym dlatego, że w komentarzach do tej wypowiedzi C-Rona, strony fanów Realu na całym świecie puchły ogromną, ogromną butą. Nieliczni odwiedzający ich łamy culés dyskretnie przypominali o powszechnie znanej renomie Portugalczyka jako piłkarza, który zawsze-sprawdza-się-w-meczach-o-wielką-stawkę --- kulturalnie zapytując: "ciekawe, czy na Camp Nou też strzeli hat-tricka?". Niby można było oczekiwać, która wersja się sprawdzi, ale oczekiwania rzadko kiedy mają aż tak epickie pokrycie w rzeczywistości.
Podopieczni Guardioli też usłyszeli tamte słowa. Usłyszeli i zapamiętali. Wystarczyło, by swoje sytuacje w drugiej połowie wykorzystali Xavi i Bojan; wystarczyło, by piłka po strzale Messiego wylądowała obok słupka, a nie na nim... I voilà, słowa Cristiano Ronaldo stałyby się ciałem.
Obrońcy Barçy sprawili, że rzeczonym hat-trickiem rywala w bieli nie zapachniało nawet przez chwilę. Prędzej wyglądało to tak, jakby zawodnik Realu do takiego wyczynu nie zbliżył się przez całą swoją karierę. Przez 90 minut to, co madrycka prasa nazywa jedenastką radości (tak chętnie wystawiany przez Mourinho podstawowy skład Realu), było jedenastką radości... ale culés. Xavi dał do zrozumienia, ze tego dnia piłkarze z Madrytu mieli na boisku mniej do powiedzenia niż podczas legendarnego już 2:6... Najstarsi górale nie pamiętają tak bezbronnych Merengues .
Wielka manita
Barcelońskie manity w GD mają na razie historię ledwie pięciokrotną i 18,5-letnią regularność. Nie więcej niż jedną zanotował za swych boiskowych czasów Cruyff. Ledwie jedną jego Dream Team. Poprzednia miała miejsce 40 lat wcześniej, a pierworodna - dopiero 36 lat po powstaniu klubu. Nic dziwnego, że po iście historycznym wyniku w poniedziałek, Andrés Iniesta nie czekał z ubraniem spodni, by ze swego iPhone'a jak najszybciej podzielić się na facebooku radością z fanami. Swoją własną, najszczerszą, półnagą, szatnianą radością. Ten sam rodzaj radości w najczystszej formie towarzyszył barcelonistom, jak tylko Jeffrén trafił do siatki.
Ruszyli wszyscy w stronę ławki. Po chwili wzniósł dłoń Piqué. To samo zrobił Abidal. Zaplątany z radości w siatkę bramki Valdés machał do fanów rękawicą. Manotazo błyskawicznie rozniosło się po całym Camp Nou, jak sprośny dowcip opowiadany na pierwszej lekcji w podstawówce, gdy p a n i akurat nie patrzy. Tu patrzył przez obiektywy kamer i aparatów cały świat. Z otchłani zadaszonej ławki patrzył Mourinho, udając długimi fragmentami meczu, że wcale go tam nie ma. Z najbliższej perspektywy murawy - ośmieszona potencjałem najlepszej dziś drużyny świata, jedenastka graczy Realu. Błędny wzrok spoglądającego na to wszystko Casillasa na długo zostanie symbolem tego zwycięstwa.
"Piątka" z marszu stawała się znakiem rozpoznawczym culés.
Nie wytrzymał tego Sergio Ramos, którego akt frustracji był przykrym epilogiem spektaklu na Camp Nou.
"Takie rzeczy zdarzają się w świecie futbolu",
rzekł Carles Puyol i całe barcelonismo powinno to uszanować. "To chwile wielkiej presji, ale to, co dzieje się na boisku - zostaje na boisku. Łączą mnie bardzo dobre relacje z Sergio i to już zostało zapomniane. Mam ciekawsze rzeczy, które przykuwają moje myśli", zakończył El Capitán.
Ktoś podający się za kibica Barçy napisał gdzieś, że taka odpowiedź jest zbyt "miękka", że Puyi powinien był "jakoś" zareagować jeszcze na boisku... Nic bardziej mylnego; to wręcz przejaw niepojmowania wszystkiego, czym jest Barca. Taka wypowiedź Puyola sprawia, że kapitan Barçy przypomina, czemu jest jej symbolem. Symbolem wartości wykraczających daleko poza futbol, szlachetności i honoru na tle niegodnego sportowca zachowania kolegi z reprezentacji. Carles to wielki piłkarz, ale jeszcze większy, wspaniały człowiek. O którym już piłkarzu FC Barcelony, z La Masíi i nie tylko, mówimy w ten sposób...
"Styl", w jakim Blancos znieśli tę porażkę jest powodem do zmartwień wyłącznie dla klubu z Madrytu. Dla jego "lidera", który kolejny raz spala swój Dzień Próby. Dla trenera, który może nauczyć podopiecznych kopania po kostkach gdy nie widzi (lub nie chce widzieć) tego sędzia, ale nie nauczy ich honoru. Dla rezerwowego, który w takich okolicznościach...
target="_blank">odmawia wyjścia na boisko. Dla kibiców, którzy wyczyny swoich idoli musieli obserwować z takim samym wyrazem twarzy, jak bohater ich ulubionego portretu.
Nie może zatem dziwić, że piłkarze Barçy reagują inaczej; stają w obronie trenera i kolegów, ale nie wchodzą w bagno chamskich zachowań i takiej retoryki Blancos. Wydarzenia na Camp Nou widział cały świat. To wystarczy. Real sam kreuje swój wizerunek. Przy tym jakakolwiek bezpośrednio reaktywna wypowiedź Puyola, Xaviego, Guardioli, Messiego - jest kompletnie zbędna. Nie padły, bo Barcelona woli rozmawiać o piłce.
Po meczu obrońca Realu deklarował przeprosiny pod adresem obu piłkarzy, rozmawiał też z nimi telefonicznie po meczu. Puyi i Xavi dyplomatycznie umniejszają ten żenujący incydent, ale cos mi mówi, że przy najbliższej możliwej okazji odpowiedzą Ramosowi. W jedyny właściwy sposób. Na boisku.
"Mam ciekawsze rzeczy, które przykuwają moje myśli". My też. I choć po konferencji Ramosa zostaje jeszcze większy niesmak, to culés powinni przyjąć wszystkie akty agresji Blancos w tym meczu tak, jak trener i piłkarze FC Barcelony. Milczeniem. Patrząc kolejny raz na to, jak Real Madryt nie potrafi przegrać z godnością, zwyczajnie tęskno mi za obrazkami takimi, jak ten na wstępie, lub te już historyczne, z Maradoną i Ronaldinho.
Mimo wszystko, mam nadzieję, że nie przyjdzie mi długo czekać na podobne wyrazy wzajemnego szacunku. Przy wszystkim, co ze strony Merengues widzieliśmy w poniedziałek, dyskretnym powiewem optymizmu były częste pogaduszki i pożegnalne uściski pomiędzy Rosellem i Pérezem. Ponadto, gdzieś w tle mogła się podobać postawa Pepe. Brazylijczyk z portugalskim paszportem, który na swoim koncie także ma festiwal hańby (
target="_blank">na Coliseum Alfonso Pérez 1,5 roku temu) tym razem pokazał się z innej strony. Starał się uspokajać sytuację zarówno w 31., jak i w 90. minucie; w trakcie meczu faulował rzadziej i delikatniej niż Arbeloa czy Carvalho. Niech ta niepopularna tego dnia w szeregach Blancos postawa obrońcy rodem z Maceió będzie dopełnieniem słów Carlesa; a dla piłkarzy i kibiców znakiem, że nawet w GD każdy może zapanować nad nerwami. Jeśli naprawdę tego chce.
Bohaterzy drugiego planu
Piąta bramka Jeffréna dała teoretycznie niewielką różnicę. Z 4:0 zrobiło się 5:0. Abstrahując nawet od samego faktu przeskoczenia tablicy wyników na manitę - zdobyty genialną podcinką gol Jeffréna uczynił jednak różnicę kolosalną: rezultat został zamknięty wprowadzonymi z ławki młodziutkimi wychowankami. Trudno o większe upokorzenie Realu Péreza, klubu o najbardziej kosztownej filozofii piłkarskiej w dziejach. Nic dziwnego, że Mourinho - mając w pamięci Jeffréna przerzucającego piłkę nad Casillasem po cudownym podaniu jeszcze młodszego Bojana - występ swej drużyny scharakteryzował brutalnie jednoznacznym mianem "bezsilności".
W ogólnej ekstazie po golu nr 5 gdzieś zza fizjoterapeutów i kumpli z ławki wyskoczyła w górę charakterystyczna postać Pinto... Przy jego ilości spotkań w sezonie, ktoś inny siedziałby smutno na końcu ławki, wpatrzony w stadionowy zegar albo robiący z braku sensowniejszych zajęć za listonosza. Ale nie nestor składu Barçy. On ekscytuje fanów przy każdej możliwej okazji:
target="_blank">trójką rywali. Pełnoprawnym członkiem zespołu jest nie tylko na papierze, ale czuje się nim szczerze. W takich chwilach z roli "tylko" drugiego bramkarza wyrasta na kogoś więcej. Jako (zawsze!) najgłośniej świętujący lokator barcelońskiej ławki zaraża entuzjazmem wszystkich wokół i wszystkich na boisku... To znamienne, że w tej drużynie taką postacią jest najrzadziej grający członek składu. Geniusz Guardioli nabiera nowego wymiaru, bo lepsza atmosfera w szatni jest chyba niemożliwością.
Innym dalszoplanowym czynnikiem przewagi Blaugrany było doskonałe zrozumienie pomiędzy barcelońskimi magami. Częściowo wynikające z ich wspólnego rodowodu. Każda formacja Barçy oparta była na wychowankach. Bramkarz. Dwóch środkowych obrońców. Trzech pomocników. Dwóch napastników. Dwóch z trzech rezerwowych. Jeśli wspaniałomyślnie uznamy za wychowanka "Królewskich" Arbeloę, to canteranos po stronie Madrytu też było dwóch, ale w meczowej 18-ce. Patrząc zaś na całą kadrę, najbardziej utalentowanym wychowankiem współczesnego Realu niezmiennie pozostaje 29-latek.
Spokój trenerów
Spokój po meczu okazali obaj, ale to spokój, który ma lustrzano różne oblicza. Guardiola zwrócił uwagę, że "pozostało wiele meczów do końcowego triumfu w lidze". Jednocześnie podkreślił zasługi Cruyffa i Rexacha dla stworzenia podstaw dzisiejszej tożsamości boiskowej Barçy. Tą drogą wedle słów mistera "będzie podążał" współczesny nam zespół. Xavi dodał na to skromnie, że on i koledzy są jedynie "synami systemu"; akurat w przypadku Busiego jest to jak najbardziej dosłowne.
Reyno de Navarra to zawsze trudny teren dla barcelońskiego klubu. Przed spotkaniem z Osasuną, mister stwierdził, że Barça zagra tak, jak w Gran Derbi, z taką samą intensywnością. I zagrała. Respekt i zimna krew znów towarzyszyły też pomeczowej ocenie największego rywala do ligowego triumfu: "Real Madryt jest teraz podwójnie niebezpieczny. Po porażce pokazali wielką chęć do otrząśnięcia się z tego wydarzenia. Mają trenera, który mobilizuje swoich piłkarzy do rywalizacji, oni na pewno będą groźni w dalszej części sezonu". Z takiego trenera barcelonismo nie może być bardziej dumne.
Podobnie spokojny ton towarzyszył po meczu wypowiedziom Mourinho. Miał jednak zgoła odmienny wydźwięk. Gorzki. Mou wspomina o tym, że porażkę w derbach przyjdzie mu przełknąć, "ponieważ to porażka bez możliwości wygrania. To nie jest jedna z tych porażek, którą z trudnością akceptujesz, gdyż nie zasługiwałeś na porażkę, a mimo to przegrałeś z powodu błędnej decyzji arbitra, która wpłynęła na wynik, albo trafiłeś dwa czy trzy razy w słupek i miałeś pecha. Nie, to nie tak. Jest to mecz bardzo łatwy do skomentowania. Jedna drużyna grała na maksimum swoich możliwości, a druga grała bardzo źle." Czy to wygodna linia tłumaczenia? Jak najbardziej. Za to ledwie 3 dni później w komentarzu do zawieszenia przez UEFA, usłyszeliśmy znów starego, dobrego Mourinho. Dlatego nie spodziewajmy się, że w swoich wypowiedziach spuści z tonu po tym, jak Barça przybiła mu "piątkę". Za to culés będą się słowami portugalskiego trenera przejmować jeszcze mniej niż dotychczas, mając w pamięci jego minę zbitego i naburmuszonego psa, który tuż po końcowym gwizdku zmyka chyłkiem do tunelu.
Trzy punkty trzem punktom nierówne
To nie są stracone przypadkiem trzy punkty z outsiderem ligi. To El Clásico. Gdzie trzy punkty smakują szczególnie, a stracone - tak samo szczególnie bolą.
Zagorzały madridista Rafa Nadal powiedział po wiosennych derbach, że porażki Realu są zrozumiałe, bo "przychodzi im się mierzyć z najlepszą drużyną w historii futbolu". Wojciech Kowalczyk w podsumowaniu meczu na swoim blogu pyta, jak wysoko przegrałby Madryt, gdyby zamiast "najlepszego trenera, mistrza defensywy" na ławce "Królewskich" siedział ktokolwiek inny... Stoiczkow mówi z kolei o Messim, że to "Bóg futbolu", Cristiano Ronaldo nazywając "bardzo dobrym piłkarzem". I nikim więcej. Czy kryteria Stoiczkowa sprawdzają się także w porównaniu Barçy i Realu jako drużyn? O tym przekonamy się dopiero na koniec sezonu.
Niezależnie od tego, derbowe 5:0 ma swój wymiar. Stąd zakładam scenariusz, w którym ta porażka może mieć na układ tabeli La Liga dalszy wpływ. Poza Osasuną, która już za nami, i derbami z Espanyolem (19.12) - grafik nie powinien zrobić Katalończykom krzywdy aż do lutowego starcia z Atlético. Zmo(u)tywowanamanitą Barça powinna trzymać dotychczasową formę - choć oczywiście strata punktów z każdym rywalem zawsze wchodzi w grę. A co z wiceliderem?
Przecież Madryt na przestrzeni najbliższego miesiąca czekają mecze z Valencią, Sevillą, Villarreal, Mallorką, na niegościnnych terenach w Saragossie i Pampelunie. Mieliśmy już sytuację, gdy dotkliwa porażka w Derbach miała bardzo negatywny wpływ na dalsze, jakże ambarasujące, wyniki Realu. Choć tym razem okoliczności są inne, sezon wciąż w toku i wiele punktów do zdobycia - to tak dotkliwa porażka w El Clásico może mieć istotny wpływ na morale i tym samym: ewentualne powiększenie przewagi przez Barçę. Wyłącznie naiwnymi życzeniami są stwierdzenia, że zawodnicy Realu przełkną ją jakby nigdy nic. Manita w Gran Derbi nie jest wynikiem, jak inne.
Jednocześnie, nasuwa się pytanie, jakie ten wynik będzie miał skutki bardziej długookresowe? Barcelonie, co najmniej do rewanżu, doda skrzydeł mocniej niż
target="_blank">pewnego wychowanka Ajaksu na White Hart Lane muszą przykuwać dziś uwagę szkoleniowca Realu, to takie mecze, jak ten z Valencią, pokazują, że los nie da Barcelonie wysforować się zanadto do przodu. Taktyka trzech defensywnych pomocników przynosi wyniki, a lider madryckiego zespołu
Doskonałe PR'owo i reklamowo hasło promujące od kilku już lat ligę NBA,
target="_blank">"where amazing happens" ("gdzie dzieje się niemożliwe" / "niemożliwe dzieje się tutaj"... no i jak to brzmi?!), rzadko pasuje do czegokolwiek, co widzimy w sporcie. Do poniedziałkowego wieczoru na Camp Nou żaden opis nie pasowałby lepiej.
A jednak nie wszyscy lubią zwycięzców. Wolą gęściej pisać o przegranych. Inni, owszem, piszą, choć chyba sami nie wiedzą, po co. Jeszcze inni niby chwalą, ale bez specjalnego przekonania... Nie szkodzi, o chwale drużyny Pepa nie potrzebujemy czytać. Nie musimy guglować anglojęzycznych mediów, by upewnić się, że jednak pisze piękną kartę historii ta dzisiejsza Barca. Wystarczy, że jako culés mamy wyjątkową okazję, zaszczyt, szczęście ją oglądać. Wystarczy, że symfonię na jej cześć wygrywają nasze serca. Widząc, co grają inne kluby, sami czujemy, że dzieją się tu rzeczy iście niezwykłe.
Podobnie jak Wy wszyscy, widziałem je w poniedziałek... Widziałem magiczny mecz Xaviego. Widziałem Valdésa, który biegnie pół boiska, by stanąć w obronie swego mentora. Widziałem Villę tak szczęśliwego, jak tylko szczęśliwy może być piłkarz po udanym meczu; jak człowiek po dobrze wykonanej pracy. Widziałem Messiego, którego można chcieć połamać, ale nie można złamać. Widziałem Puyola, który dał z siebie więcej niż wszystko. Widziałem Busiego, który rządził środkiem pola od pierwszej do ostatniej manity minuty. Widziałem bezbłędnych Piqué, Abidala, Alvesa. Widziałem Pedro, który w przerwie musiał pożyczyć od kogoś parę płuc, bo tak nie da się biegać na jednej. Widziałem 20- i 22-latka, którzy do poziomu kolegów chcieli nawiązać tak bardzo, że pobiegli zdobyć swoją własną bramkę.
Widziałem Pepa. Dyrygenta. "Ojca". Zwycięzcę. Widziałem tę, tę i tamtą akcję też. Widziałem wielką, wspaniałą, pasjonującą Barçę. Widzę. To książka bez ostatniego rozdziału. Niewykluczone, że bez przedostatniego także. A może spisana ledwie w połowie...
Josep Guardiola w swoim stylu nazwał porównania jego zespołu do najlepszej drużyny świata absurdalnymi. Spokój, pokora i bezwzględny szacunek dla rywala ("Mamy tylko dwa punkty przewagi, a Real Madryt pozostaje imponującym zespołem") kolejny raz potwierdzają klasę Guardioli. Dywagacje, czy to lepsza drużyna niż Milan Sacchiego, Brazylia AD 1970, Real Madryt z Di Stéfano czy Ajax lat 1971-1973 - rzeczywiście zostawić należy historykom futbolu, na inny czas. Dziś żyjmy chwilą. Albowiem piękna to chwila.
W "domowym" wyścigu po laur najlepszego zespołu w historii katalońskiego klubu, team Pepa w jeszcze szybszym tempie przesuwa się ku czele peletonu. Nieważne, czy zakończy na pozycji niewątpliwego lidera; jakże orgazmicznym przeżyciem jest samo obserwowanie tej drogi. Wytyczanej zapierającym dech futbolem i wspaniałymi triumfami.
Wszyscy jesteśmy świadkami. Nie, nie LeBrona Jamesa, lecz Barçy Guardioli. Trudno znaleźć dla wyczynów tych piłkarzy, tego trenera, tej drużyny hasło bliższe ideału... Świadkami jesteśmy z trybun, sprzed telewizorów. A głęboko w środku - szczęśliwcami pełnymi dumy. FC Barcelona naszej ery wygrywa, wygrywa i jeszcze wyżej podnosi sobie poprzeczkę.
Obserwujmy uważnie, obserwujmy dokładnie, obserwujmy pazernie-zachłannie. Nasze wnuki nie wybaczą, gdy umknie nam jakiś detal.
* Sid Lowe to brytyjski dziennikarz piłkarski mieszkający w Madrycie. Pisze m.in. dla Guardiana, World Soccer, FourFourTwo, goal.com i często występuje w kanale Real Madrid TV. Polecam
Komentarze (116)