Agonia i ekstaza - część druga

makaj

19 stycznia 2011, 01:12

Brak komentarzy
W pierwszej części zastanawialiśmy się, w jaki sposób wiek zawodnika, który przybywa do nowego klubu, może wpłynąć na uczucia fanów. Czy tylko młodość powoduje, że czujemy pewne obawy? Nic bardziej błędnego. Jest jeszcze dużo więcej powodów, które powodują naszą obsesję. By je poznać, przyda nam się lektura drugiej części tekstu. Zapraszam i życzę miłego czytania.

W naszych umysłach, umysłach fanów Barçy, rozgrywa się nieustanna bitwa. Wciąż szukamy równowagi pomiędzy miłością piłkarzy z La Masía a potrzebą sprowadzania uznanych na światowym rynku transferowym nazwisk. Nasze sumienie wydaje się mieć problem z pogodzeniem tych sprzeczności. "Kto potrzebuje tak wielkich pieniędzy, sami sobie wychowamy zawodników! No, może z wyjątkiem Davida Villi. Tak, jeszcze Érica Abidala i Javiera Mascherano. Jednak dalej nikt nie pobije naszego systemu szkolenia młodych!".

Takie wewnętrzne rozterki oznaczają, że za każdym razem, gdy kupujemy nowego gracza, instynktownie myślimy, często zresztą słusznie, że właśnie zamknęliśmy furtkę kariery któremuś z naszych młodych talentów. Sprowadzenie z zewnątrz każdego kolejnego zawodnika miesza się z uczuciem melancholii i smutku. To prawda, że cieszymy się, widząc nową twarz. Tak, zespołowi potrzeba było świeżej krwi. Ale mimo wszystko szkoda, że następnemu potencjalnemu magowi futbolu zatrzasnęliśmy drzwi kariery.

Tę okoliczność zaobserwować możemy w praktycznie każdym przypadku transferu gracza. Do Barcelony przybył Afellay - czy oznacza to koniec marzeń dla Nolito lub Jonathana dos Santosa? Drużynę wzmocnił Mascherano - co z Oriolem Romeu? Pojawił się Adriano - czemu szansy nie dostał Bartra? Być może już niedługo będziemy się mogli przekonać, jak bardzo przeżywamy takie chwile, biorąc pod uwagę kilka potencjalnych transferów, na przykład powrót na Camp Nou Fàbregasa, który wygryzie ze składu Thiago. Do tego dodać możemy dyskusję na temat środkowych obrońców i szokującą wielu decyzję Gabiego Milito o odejściu z drużyny. Kiedy okazało się, że Argentyńczyk zostanie jednak w Barcelonie, mogliśmy zauważyć, jak w nas, fanach Barçy, stale walczą z sobą siły Yin i Yang.

Być może ani trener, ani dyrektor techniczny Barcelony nie są w stanie dojść do stanu pełnej równowagi, ponieważ taki w ogóle nie istnieje. Z reguły działacze starają się dawać szansę dzieciakom z La Masía, od czasu do czasu kupując nową postać, by zapewnić prawidłową cyrkulację. Jeśli uporządkujemy pewne szufladki w naszych umysłach, damy pewne przyzwolenie na kupno kogoś z zewnątrz kosztem zdolnych, młodych piłkarzy. Chyba jednak za każdym razem, gdy do Barcelony przybędzie "ktoś obcy", nasze sumienie będzie się odzywać.

Chociaż... Wydaje się, że osobą, która tę równowagę potrafi odnaleźć, jest właśnie trener Barçy, Pep Guardiola, który daje młodym wychowankom szansę na zaistnienie w drużynie, a transferów dokonuje wtedy, gdy jest to konieczne. Być może dzieje się tak dlatego, że 40-letni szkoleniowiec ma dość powściągliwe podejście do rynku transferowego w przeciwieństwie do nas, kibiców, którzy podchodzimy do tego niemalże obsesyjnie.

Poza swoim debiutanckim sezonem, kiedy do Barcelony przybyło pół tuzina graczy, Pep trzyma się polityki sprowadzania mniejszej ilości graczy, którzy jednak będą w stanie wypełnić kilka luk w drużynie. To zachowanie stoi w opozycji do poprzedniej polityki transferów analogicznych (odchodzi napastnik - kupujemy napastnika, środkowy obrońca za stopera i tak dalej). To wyraźnie ma pozytywny wpływ na młodych zawodników. W zespole wytworzyła się silna więź; skład jest co prawda wąski, ale stabilny, a wychowankowie dostają swoją szansę. Ale oprócz pozytywów jest też jeden spory minus - na przybyłych z zewnątrz graczy spadła duża presja, ponieważ kibice oczekują od nich bardzo wiele.

Teraz wyobraźcie sobie, że nasz nikczemny wróg Real Madryt kupuje każdego roku 70 nowych zawodników. OK, może trochę mniej, ale wiecie, o co mi chodzi. Jako kibic możesz wybrać sobie nowego gracza, a kiedy ten pogra trochę w drużynie i odejdzie, nie będzie cię to zbytnio obchodzić, bo pustkę po nim wypełni w kolejne wakacje ktoś inny.

Kiedy do Barcelony przychodzi nowy gracz, musi dopasować się do stylu jej gry. Musimy go lubić i musimy mu zaufać. Niezbyt rozbudowany skład i mała liczba transferów powodują, że nie możemy zadowolić się byle grajkiem. Stale więc debatujemy nad tym, który zawodnik przyda się nam najbardziej. Tak więc skoro Pep i zarząd biorą od kibiców kredyt zaufania, wprowadzając w życie taki, a nie inny system transferowy, muszą też wziąć pełną odpowiedzialność w momencie, kiedy fani są rozczarowani i nie mogą zobaczyć w realnym życiu sukcesów z Championship Manager/FIFA/Pro-Evolution Soccer (sami wybierzcie swoją ulubioną). Chodzi mi to: dlaczego tak właściwie nie możemy pozyskać zawodnika, którego wszyscy chcemy mieć w swoich szeregach? Chwila, przecież tak było, mamy w składzie Davida Villę.

Do czasu, aż nadejdzie ponury dzień, w którym Pep pożegna się z Barceloną, musimy przyjąć do wiadomości i pogodzić się z tym, że nasz ukochany Klub nie dokona wielu transferów. Powinniśmy jednak mieć świadomość, że te nieliczne to przemyślany wybór Wielkiego Człowieka.

Innym interesującym czynnikiem, który odnosi się do nielicznych transferów Pepa, jest stan klubowej kasy. Fundusze niby zawsze są dostępne, ale nigdy nie są wystarczające. Każdego lata kibice mają głowę pełną pomysłów. Z reguły wiedzą, ile Klub jest w stanie wysupłać na nowych graczy: jednym słowem każdy staje się ekonomistą i księgowym. "Możemy sobie pozwolić na Ceska, średniej jakości prawego obrońcę oraz rezerwowego bramkarza, ale kwestia Pastore musi poczekać do następnego roku". Chociaż to dziwne zjawisko być może wywodzi się ze świata gier komputerowych, to jednak w nowoczesnym futbolu wydaje się całkiem naturalne, że kibice zawsze szukają najlepszych graczy dla swojej ekipy i zastanawiają się czy drużynę stać na dany wydatek.

Weźmy za przykłady Davida Villę i Zlatana Ibrahimovicia. Nikt nie mrugnął okiem, gdy Klub wydał wielkie pieniądze celem sprowadzenia Asturyjczyka. Nawet pomimo faktu, iż ten transfer mógł spowodować, że aby pozyskać następnego gracza będziemy musieli kogoś sprzedać albo co gorsze, w obliczu potencjalnego wzmocnienia zachowamy się jak sknera. Tak się stało, ponieważ każdy zdaje sobie sprawę jak wielkim graczem jest Villa i jak perfekcyjnie dopasuje się do stylu gry zespołu. Po prostu był warty tych pieniędzy.

Z drugiej strony, sprowadzenie Ibry postrzegane jest jako marnotrawstwo pieniędzy, a jego transfer to coś więcej niż tylko strata wielu euro. Kiedy Szwed podpisał kontrakt z Barceloną, wielu fanów smutno westchnęło na wieść o tym, że nie będą już mogli oglądać na Camp Nou ulubionego napastnika, Samuela Eto'o. Poza tym umowa z Ibrahimoviciem sprawiła (znając stan budżetu), że kibice musieli pożegnać się z możliwością sprowadzenia do Barcelony preferowanego przez nich napastnika - Davida Villi. Zbyt dużo wiedzy może stanowić niebezpieczeństwo, szczególnie w przypadku kibiców i potencjalnych celów transferowych.

Może w momencie, gdy Klub mówi: "Nie mamy już pieniędzy", powinniśmy pogodzić się z tym, co mamy, wyluzować się i przestać się martwić? Chwila, chwila, moja drużyna z reguły tak mówi, co doprowadza mnie do szału, ale staram się zrozumieć. Nie znaczy to jednak, że przestałem się tym zamartwiać, prawda?

Podsumowując: chyba niewiele mogę zrobić lub napisać, by powstrzymać naszą obsesję na temat rynku transferowego, któremu zawsze towarzyszyć będą i nadzieja, i strach. Wszystko, co wiem, to fakt, iż każdy nowy transfer to początek nowego romansu, każda nowa twarz to kolejny płomień w naszych sercach. Jedni gracze przychodzą, inni zaś odchodzą. Niektórych z nich szczerze i gorąco pokochamy, niektórych nieco mniej. Będziemy w nich wierzyć i ich wspierać, cały czas zastanawiając się jednak czy mogliśmy dokonać lepszego wyboru.

A może odniesiemy więcej pożytku, gdy odświeżymy stare miłostki? Mówię poważnie, skoro wszyscy darzą sympatią Ceska, to chyba jest prawdziwa miłość, prawda? Dlaczego tak łatwo pozwoliliśmy mu odejść?! Jesteśmy tak cholernie głupi! Cesc, wróć do nas!

Znów pojawia się problem: Pastore przecież też nie jest zły, a Samir Nasri jest świetnym dryblerem... Cholera, już kończę.

Myślę po prostu, że mamy tak wiele miłości do rozdania.


[źródło: TotalBarca]
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze