Porównania Barçy do największych piłkarskich drużyn stały się normalnością. Jak zaklęcie powtarzają je dziennikarze. Rywalizujący z Barçą trenerzy. Kibice innych klubów. Madridistas też. Choć już w kilka miesięcy po ogłoszeniu Guardioli trenerem pierwszego zespołu wielu culés szeptało między sobą nieśmiało, że ta Barça gra pięknie, to komplementy przeszły od tego czasu na wyższy poziom niż "pięknie". Punktem odniesienia przestał być miniony sezon czy ostatnia dekada. Stały się nim Wielki Ajax, Real Di Stéfano, Brazylia z Meksyku, Bayern lat 70. czy o dekadę młodszy Milan. Cała historia.
Porównań tych nie było w roku sekstetu. Nie było kilka miesięcy później, gdy Barça grała ten sam zachwycający futbol, ale po dwóch zwycięsko-gorzkich rewanżach odpadła z CdR i LM. Pojawiają się one dopiero dziś. Gdy saga drużyny Guardioli trwa trzeci kolejny rok. Inaczej być nie mogło. Żadna drużyna nie przeszła do historii wyłącznie ze względów estetycznych*. Potrzeba do tego tytułów. Systematyczności mierzonej latami.
Niezależnie od ostatecznego rachunku, jaki Barça Guardioli wystawi historii - będą to porównania na jej korzyść. Dziś trudniej o puchary. Jakiekolwiek. Nie mówiąc o tych najwyższych... zdobywaniu ich hurtowo... przez kilka lat z rzędu! Owszem, trudno było utrzymać się na futbolowym piedestale trzy czy pięć dekad temu. Obecnie jest to nieporównanie trudniejsze.
Wielka różnica
Świat się zmienia. Dziś nie zaprasza się kogoś na kolację, by zjeść razem kolację, lecz by zjeść razem śniadanie. Choć futbol zmienia się nie mniej dynamicznie niż obyczaje, to teza o tym, że "kiedyś było łatwiej" ze względu na hipotetycznie słabszy poziom samej dyscypliny - wydaje się chybiona. Niesprawiedliwa. Nie oglądałem meczów z lat 50. czy 60. Nie mogę porównać. Tamte czasy miały swoich magów na boisku, swoich geniuszy na trenerskich ławach. Takiej tezy nie ryzykuję. Ale pokuszę się o inną.
Czym był dawniej Puchar Mistrzów? To proste. Jak sama nazwa wskazuje: pucharem mistrzów. Włodarze UEFA polegali na aksjomacie: najwyższy poziom rozgrywek gwarantują tylko krajowi czempioni. Do nich ograniczono listę uczestników. Na przestrzeni całych dekad rzadkim przypadkiem łamania tej reguły były tradycyjne zaprosiny obrońcy trofeum. Tym samym, od startu rozgrywek w sezonie 1955-1956, rzeczywiście najsilniejsze kluby kontynentu rywalizowały o Puchar Europy z mistrzami... Finlandii, Luksemburga, Irlandii Północnej, Norwegii, Cypru, Austrii, Malty, a nawet Protektoratu Saary. Demokracja w futbolu nie była wtedy demokracją wyłącznie dla bogatych, lecz w swej formie czystą: dla wszystkich. Każdy rozpoczynał rozgrywki na tym samym etapie, co mistrzowie Anglii, Włoch, Hiszpanii. Oczywiście, najbardziej cieszyło to tych ostatnich - groźni konkurenci krajowi zostawali w domach. UEFA miała dla nich inne klocki.
Były to czasy ciekawe. Mniejsza o to, że o przejściu do kolejnej rundy decydował czasem rzut monetą. Ważniejsze, że faktycznych faworytów PE było nie więcej niż pięciu. Rok w rok. Czasem 2-3. Dopiero zainicjowanie Ligi Mistrzów w sezonie 1991/1992 uczyniło Puchar Europy rozgrywkami prawdziwie konkurencyjnymi. Trudniejszymi. Tym bardziej po dopuszczeniu do eliminacji drużyn z dalszych miejsc Premiership czy Serie A... OK, to wciąż turniej, w którym do kluczowej fazy przechodzi osiem drużyn - tak, jak 50 lat temu. Ale różnica jakościowa jest kolosalna. I o to chodziło. Tak wysoki poziom rozgrywek determinuje ich dzisiejszy prestiż i widowiskowość. Kiedyś nie traciło się wiele śledząc PE od ćwierć- czy nawet półfinałów. Dziś LM oglądamy już od pierwszej kolejki. Bo warto.
Liga nie-Mistrzów
To liga "mistrzów" tylko z nazwy, ale za to pełną gębą: najsilniejsze rozgrywki klubowe w historii futbolu. Gdzie faworytów nie ubywa. Pomijając zmienne personalia, faworyci ci sami od lat. Trzy lub cztery kluby z Anglii. Dwa z Hiszpanii. Kolejne 2-3 włoskie. Jeden niemiecki. Koniec? Gdzie tam! Zespoły z Holandii, Portugalii, Francji, nawet Norwegii czy - przykład świeży - Danii są zawsze chętne do sprawienia niespodzianki. Największa trafiła się w 2004 roku i zawsze jest możliwa powtórka z rozrywki. Gdzie byli wtedy faworyci? Masowo poodpadani. We współczesnym PE nawet największy potentat może przegrać z każdym. Wystarczy zapytać kibiców Realu Madryt, MU czy Liverpoolu.
Puchar (Europy) Pucharowi (Europy) nierówny?
Specyfika współczesnej piłki burzy pewien powszechnie uznawany porządek... Może triumf w jakichkolwiek rozgrywkach (PE, MŚ, ME) nie jest dziś wart tyle samo, co ten sam tytuł sprzed kilku dekad? Może jest wart więcej? Przecież, poczynając od lat 90., futbol kompletnie oszalał! Kumulacja meczów do ponad 70 w sezonie. Liczniejsza konkurencja na wszystkich frontach. Większe przemęczenie i częstsze kontuzje. Wzmożona mobilność piłkarzy. Radykalny napływ kapitału pozwalający momentalnie podłączać się do walki o najwyższe cele dotychczasowym kopciuszkom: Chelsea, Manchester City, kluby z Ukrainy i Rosji... Wszystko to ma swoje znaczenie, gdy analizujemy wymiar ostatnich dokonań Barçy.
Liga Mistrzów kumuluje faworytów, bo zassała ich z innych rozgrywek. PZP już nie ma, a Puchar UEFA/Liga Europy zyskał od połowy lat 90. rangę "Pucharu Pocieszenia". Dla wszystkich liczy się tylko Puchar Europy. Liga nie tylko: mistrzów. Liga wszystkich najlepszych klubów na kontynencie.
Fenomen nowych czasów
To czasy dla futbolu szczególne, skoro dla zliczenia faworytów kolejnych edycji PE poczyna brakować palców obu dłoni. Szlagiery w LM trafiają się co tydzień, na miano "przedwczesnego finału" zasługują już nawet niektóre ćwierćfinały. Ta rzeczywistość determinuje recenzję, postrzeganie współczesnych wyników FC Barcelony. A wszelkim porównaniom nadaje nowy sens.
Obiektywnie rzecz biorąc, warunki na seryjne triumfy w futbolu dawno minęły. Z wielu powodów, jego świat w swej obecnej postaci nie sprzyja im w ogóle. Pomimo tego, ta Barça nie przestaje nas zadziwiać. Półfinał, finał i półfinał LM w ostatnie 3 lata; pełna hegemonia w lidze przez 2,5 sezonu; puchary i KMŚ; zawrotne ilości zdobywanych bramek - to wszystko koresponduje z tym, czego nie osiągano (ani nie widziano) w futbolu przez ostatnie 40 lat. W ciągu 2,5 roku podopieczni Guardioli odkryli tę grę na nowo. I to w chwili - co nie bez satysfakcji podkreślał w niedawnym wywiadzie Xavi - gdy ogłoszono zmierzch utożsamianego przez nich futbolu.
Jeden z faworytów tegorocznej Ligi Mistrzów, wicelider Premiership, czeka na Barçę już w środę. Już w drugiej rundzie. Bez względu na rezultat, będzie to dwumecz zacięty, to silny rywal i należny mu szacunek. Czy Barça może odpaść? Oczywiście. Tym samym, jest wysoce prawdopodobne, że współczesna nam Blaugrana nie zmontuje nigdy passy porównywalnej ze zdobyciem dwóch czy trzech (a co dopiero pięciu!) Pucharów Europy z rzędu. Jednak, jak każda inna drużyna, tak i ta nie ściga się z osiągnięciami nikogo z przeszłości. Nie zapisuje tamtych kart historii na nowo. Pisze własną. Tych nowych, osobliwych czasów futbolu. Gdzie przez dekady nie zdarza się, by najważniejsze trofeum na kontynencie udało się obronić komukolwiek. Toteż precyzyjne miejsce w tej historii wskażą Barçie Guardioli dopiero kolejne wielkie zespoły. Niesamowita konkurencyjność współczesnego futbolu i kondensacja meczów każą jednak zauważyć już teraz, że obserwujemy czysty fenomen. Zespół kolekcjonujący tytuły w najcięższych do tego czasach. W stylu, który zachwyca każdego miłośnika tej dyscypliny.
Radość w miejsce oczekiwań
Cieszmy się grą tej Barçy. W słusznym poczuciu, że jest to chwila historyczna nie mniej niż najdłuższe serie minionych mistrzów. My, kibice, jesteśmy do tych obecnych czasów przyzwyczajeni - co 4 dni mecz, każdy może wygrać z każdym, przecież to normalne. Dopiero spojrzenie z pewnego oddalenia pozwala stwierdzić, jak wyczerpujące, demobilizujące i wyjątkowo trudne jest zwyciężanie trzeci rok z rzędu we współczesnej piłce. Jak trudne musi być konsekwentne gnębienie największego ligowego rywala - serią 5 zwycięstw z rzędu, w imponującym stosunku bramek 16:2. Jak trudne, wreszcie, podbijanie kolejnych rozgrywek, wygrywanie niemal wszystkiego, co tylko możliwe... Owszem, rok temu odpadła Barça z Sevillą, odpadła z Interem. Do maja jeszcze dużo czasu, wciąż można przegrać wszystko. Historia futbolu widziała nie takie klęski. Czy odbierze to Barcelonie Guardioli choć trochę chwały? Absolutnie nie. Przykład Interu pokazuje, że wytrwanie dłuższy czas na szczycie jest współcześnie niewyobrażalnie skomplikowane. Tymczasem Barca, niezależnie od porażek w CdR 2010 i LM 2010, utrzymuje się tam już trzeci rok z rzędu. W jeszcze bardziej imponującym stylu niż w sezonie trypletu, efektowniejsza niż w drugim półroczu sekstetu. Z tymi samymi piłkarzami, którzy współtworzyli sukcesy lat 2005-2006. A jednak oni wciąż nie mają dość. Dalej chcą wygrywać i robią to. Nie tylko dla własnej chwały, ale i dla nas, kibiców. Doceniajmy tę drużynę tak, jak na to zasługuje.
Wielu fanów Barçy oczekuje dziś i wymaga. Mówi o kryzysie przy każdej pojedynczej porażce. W kontekście tego, co powyżej - to swego rodzaju nieporozumienie, kibicowska mania wielkości. Jako culé pozostanę szczęśliwy i dumny, gdy ten marsz po trofea zostanie przerwany choćby jutro; przez ostatnie kilkadziesiąt miesięcy już dokonali niemożliwego. Jednocześnie, jako kibic - nawet nie Barçy, ale uniwersalnie pięknego futbolu - pragnę z całych sił, by dni chwały tej drużyny, jej piłkarzy i trenera - trwały, trwały i trwały. Najdłużej, jak się da. Stabilność obecnego zespołu i kapitał zgromadzony w szkółce nie dają żadnej pewności. Ale dają nadzieję.
* W przypadku Holandii '74 i '78 dwukrotne Wicemistrzostwo Świata ma swoją rangę.
W ciszy stadionu. Czy dziś da się wygrać Puchar Europy 3 razy z rzędu?
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)