Najlepsze, najgorsze: Barça pokazała klasę, której Realowi brak

IceMan

28 kwietnia 2011, 14:03

Brak komentarzy
Tym razem artykuł z cyklu "Najlepsze, najgorsze" będzie inny od tych do których jesteście przyzwyczajeni. Wczorajszy mecz był wyjątkowy dlatego też pozwoliłem sobie na zmianę standardowych statystyk i kilku zdań z katalońskich źródeł na coś innego.

NAJLEPSZE:

Wygrana: Dwubramkowa zaliczka zdobyta na wyjeździe w kontekście rewanżu wygląda wyśmienicie. Wielu z nas o takiej wygranej na Bernabéu nawet nie marzyło. Pisanie o zapewnionym finale byłoby trochę na wyrost, wszak w futbolu wszystko jest możliwe, ale pokonanie Realu Madryt na jego terenie w stosunku 2:0 jest rezultatem wspaniałym.

Lo puto crack - Leo Messi: Ósmy cud świata istnieje. Na co dzień gra w Barcelonie z numerem 10 na bordowo-granatowej zbroi z herbem Barçy na piersi. Mały ciałem, wielki duchem człowiek po raz kolejny udowodnił całemu światu swoją Wielkość. Ciężko uwierzyć w to, że na planecie Ziemia istnieje ktoś dla kogo nie ma rzeczy niemożliwych, slogan "impossible is nothing" nie jest tylko reklamową bujdą, a rzeczywistością. Rzeczywistością do której dawno powinniśmy się przyzwyczaić, ale z każdą kolejną tak niesamowitą bramką Messiego nie mogę uwierzyć w łatwość z jaką mu to przychodzi. W 86. minucie Leo przejął piłkę na 30 metrze, z wielką dostojnością i znaną tylko jemu łatwością mijał kolejne tyczki odziane w białe trykoty z logiem bwin na przedzie. Nie zatrzymał go żaden z obrońców, nie zatrzymał go Casillas. Piłka po kosmicznej akcji Messiego wpadła do siatki obok bezradnego portero Blancos. Takie bramki w takich meczach strzelają tylko piłkarscy bogowie. Po kolejną już Złotą Piłkę dla Messiego już dziś pojechałbym do Zurychu nawet na bmx'ie, który nie ma siodełka.

Culés: Barça nigdy nie miała zagorzałych fanów, którzy swoim głośnym dopingiem nieśli swoich ulubieńców do kolejnych zwycięstw. Tak mi się wydawało do wczoraj, gdy widziałem i słyszałem grupę 3000 fanatyków w bordowo-granatowych koszulkach. Fanów Realu było ponad 20 razy więcej, ale nie dorastali do pięt przybyszom ze stolicy Katalonii. Kibice w bieli głośniej tylko gwizdali, sam już nie wiem czy na dominujących i bawiących się piłką graczy Barcelony czy na swoich ulubieńców, którzy zamiast grać podziwiali Wielkiego przeciwnika. O ile na boisku Blaugrana wygrała o tyle na trybunach ta sama Blaugrana ów Real zdemolowała, przejechała się po fanach przeciwnika niczym walec drogowy. 3000 gardeł dla Barçy oddało wczoraj swoją duszę, ten fenomenalny doping i hymn klubu słyszano nawet w niebie.

Zespół: Nie było Iniesty, nie było Abidala, nie było Adriano - trójki podstawowych zawodników. Ci którzy ich zastąpili spisali się na medal. Mascherano dobrze radził sobie w defensywie, Puyol na lewym skrzydle wybił futbol z głowy Cristiano, a Keita, który zastępował Iniestę zamknął usta wszystkim krytykom. Malijczyk nigdy nie był i nie będzie piłkarzem o wielkich walorach ofensywnych, ale jego gra w destrukcji była bezcenna. Taka praca często nie jest dostrzegana gołym okiem, ale Seydou po raz kolejny pokazał jak ważnym piłkarzem jest dla Pepa Guardioli.

Taktyka: Mourinho wielkim taktykiem jest, czy ktoś tego chce czy nie. Jak mało kto radził sobie z Barceloną czy to w Chelsea czy Interze czy ostatnimi czasy w Realu. Wczoraj jego taktyka kompletnie zawiodła, Barça taktycznie zagrała doskonale. Posiadanie piłki ponownie było na bardzo wysokim poziomie, ale w przeciwieństwie do finału Copa del Rey to posiadanie piłki zostało spożytkowane.

Pep Guardiola: Gentleman pełną gębą. Zawsze potrafi zachować klasę i szacunek do przeciwnika. Nawet gdy po drugiej stronie barykady stoi człowiek, który o pokorze i szacunku dla rywala nigdy nie słyszał. Na oszczerstwa pełnego kompleksów Mourinho odpowiedział wspaniale. Przed meczem nie brakowało prowokacji ze strony krnąbrnego Portugalczyka. Wtedy Pep stwierdził, że odpowie na boisku. On i jego rycerze. I odpowiedział w najlepszym z możliwych sposobów. Na konferencji prasowej zarzuty José olał w wielkim stylu. Swoim stylu. Stylu Pepa.

Futbol: Zwyciężył futbol. Po prostu. Piłkarze Realu w piłkę grać nawet nie próbowali. Ich taktyka skupiała się na przerywaniu akcji Barcelony, wybijaniu piłek do przodu i liczeniu na kolejny bramkowy cud, jak w finale Copa del Rey. Ale nic dwa razy się nie zdarza, tym razem żelazna i agresywna taktyka Mourinho nie miała szans z wierną swojej filozofii Barceloną.

NAJGORSZE:

José Mourinho: Jest jednym z najlepszych trenerów świata. Dla wielu nawet najlepszym. Ale oprócz boiskowej inteligencji i zmysłu taktycznego ma też swoje wady. I wczoraj po raz kolejny je pokazał. Jego zachowanie na konferencji prasowej woła o pomstę do nieba. Najbardziej rozśmieszyło mnie podważanie zdobytych tytułów przez Pepa Guardiolę. Wtedy José przeszedł samego siebie. Zapomniał wół jak cielęciem był... Dla tych, którzy nie pamiętają wydarzeń z zeszłego sezonu, może przypomnę. Bramka Diego Milito na Giuseppe Meazza. Zdobyta ze spalonego, którego widzieli wszyscy oprócz sędziego i Mourinho. W tym samym meczu Dani Alves w polu karnym był faulowany przez Wesley'a Sneijdera. Dziwnym trafem uszło to uwadze arbitra. Ale Barça przegrała bo była słabsza, po prostu. Jednak gdyby nie pomyłki sędziego wynik mógłby być zupełnie inny. W rewanżu w Barcelonie już w doliczonym czasie gry Bojan Krkic zdobył prawidłowego gola, który miał dać Barcelonie awans do upragnionego finału. Miał, ale arbiter główny dopatrzył się zagrania ręką u asystującego Yaya Touré. Tyle, że ręka z brzucha nie wyrasta. Chyba, że w Portugalii, w Setubal. Dowód na to wszystko macie
tutaj. Ale Pep o tym nie wspomniał, on i jego gladiatorzy usta Mourinho zamknęli na boisku, zamkną je również zapewne w rewanżu. Swoją drogą... znacie drugiego tak "wielkiego" trenera, który po porażce w pierwszym meczu godzi się z odpadnięciem z rozgrywek? Ja chyba nie. Mourinho poddał się już po pierwszej bitwie. Dał "przykład" swoim piłkarzom. Nic tylko gratulować. I dziękować Bogu, że my mamy Guardiolę.

Brutalność: O wejściu Pepe napiszę później. Przykład brutalnej gry piłkarze Mourinho dawali we wszystkich meczach przeciwko Barcelonie w obecnym sezonie. Piątej klepki na Camp Nou zabrakło Ramosowi, który chciał połamać nogi Messiemu. Na całe szczęście Leo dla takich Ramosów jest piłkarzem za szybkim i o innym, wyższym ilorazie inteligencji. W ligowym meczu na Bernabéu z boiska wyleciał Albiol, co prawda jego zagranie do brutalnych zaliczyć nie można, z tego wyręczali go jego koledzy. W finale pucharu Króla po Villi przeszedł się Arbeloa, przykład z kolegi w dniu wczorajszym wziął Marcelo, który całkiem przypadkiem przemaszerował się po nodze Pedro, który musiał opuścić boisko. Mourinho z Realu zrobił brutali, ale nawet i to już nie wystarcza na Barcelonę.

Di María, Busquets i Pedro: Wszyscy trzej to bez wątpienia świetni piłkarze. Nie pierwszy już raz udowodnili, że są również świetnymi... aktorami. Efektowne pady po zagraniach rywali w wykonaniu całej trójki wyglądały doprawdy żałośnie. Spryt jest elementem futbolu, ale takiej postawy na światowych boiskach w tak ważnych meczach nie chcemy oglądać. Po piruetach Di Maríi kląłem przed telewizorem, po ujrzeniu nie gorszych Sergio i Pedro się wstydziłem.

Na osobne miejsce zasługuje postawa arbitra, która wzbudza mieszane uczucia. Do której kategorii go zaliczyć? Zdecydujcie sami. W pierwszej połowie Wolfgang Stark nie radził sobie z nerwową atmosferą na boisku, która co rusz powodowała spięcia pomiędzy obiema drużynami. W drugiej spisał się już lepiej, karząc brutalną grę Realu Madryt. Grę to słowo na wyrost bowiem grać piłkarze Madrytu wczoraj za bardzo nie chcieli. Chyba, że w kości. Wreszcie znalazł się ktoś, kto żałosnych, ironicznych tekstów Mou słuchać nie miał zamiaru i odesłał go tam, gdzie jego miejsce. Czerwona kartka dla Pepe wzbudza wiele kontrowersji, czego ni cholery nie rozumiem. Gdyby Alves nie zdążył odstawić nogi, dziś wyglądałby tak jak swego czasu Marcin Wasilewski z otwartym złamaniem kości piszczelowej. Czy naprawdę po raz kolejny musi dojść do piłkarskiej tragedii by niektórzy kibice zrozumieli, że tak się w piłkę po prostu nie gra? Pepe wszedł w Brazylijczyka wyprostowaną nogą, z ogromnym impetem. Cieszcie się, także i Wy fani Realu, że Dani zdążył z nogą uciec. Bo widok jego nogi po tak brutalnym wejściu mógłby sprawić zwrócenie wczorajszego obiadu. Wejście Pepe było zamierzona, celowe. Może nie? W takim razie ja jestem Dalajlama. Dziwić może jednak fakt, iż do 90-tej minuty dotrwał Ramos i Marcelo, którzy boisko powinni opuścić wcześnie. Frustracja ludzka nie zna bowiem granic.
REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (0)

Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze