W ciszy stadionu. Futbol to sztuka przegrywania (2)

Karol Chowański 'Challenger'

12 maja 2011, 22:11

2 komentarze

Futbol to (również) sztuka przegrywania. Tak, jak całe życie. Jedni dorastają prędzej, uczą się tego wcześniej. Inni nie dorastają nigdy i z tym truizmem nie są w stanie pogodzić się całe życie.

Tak się ostatnio szczęśliwie dla fanów Blaugrany składa, że klub wygrywa częściej niż przegrywa, a pucharów na Camp Nou przybywa w tempie ekspresowym. Nie zawsze tak było. Pamiętamy bardzo dobrze, gdy tak nie było. Tamte czasy - szczególnie dla sympatyków Barcelony rywali - wydają się z dzisiejszego punktu widzenia prehistorią. Jak wspomniałem w części pierwszej, pojęcie "dzisiejszego punktu widzenia" jest tu istotne podwójnie... Dziś czas domknąć zaczęte tam wątki, główne akcenty tekstu przenosząc na powrót do Barcelony.

Część pierwsza tutaj. [KLIK!]

Jedna nuta

Do finału awansowała Barca, na co Real w wyjątkowo zgodnym tonie zapiał na jedną i tę samą nutę. Poszukiwania winy w sobie, uderzenie się w pierś - eee, gdzieżby tam, to nie dla współczesnego kibica w smutku. Całemu madridismo wystarcza poczucie krzywdy i skandalu, a madryccy dziennikarze w najlepsze poją tym swych czytelników. Tradycyjnie nie zawodzi nas Roncero pisząc tym razem o skrywanym romansie Platiniego z Villarem, dumie madridisty i "białej przyszłości". "Dumny" może tu być chyba tylko Mourinho - ze swego najbardziej gadatliwego miłośnika.

A krytyka taktyki Mou na Bernabéu? Krytyka spisania skryptu na konferencję prasową zamiast wprowadzenia zmian na 30 minut do końca meczu?! (Kaká? Benzema? Higuaín? Granero? - a po co? Jeszcze by strzelili bramkę, dowieźli remis i popsuli pomeczowy show.) Krytyka niemal niewidocznego w obu półfinałach, co rusz machającego rękami do losu (skoro sędziowie spoza Hiszpanii olewają taneczne i manualne popisy Portugalczyka już od około 5. minuty meczu) z bezsilności Cristiano? Krytyka brutalnie grających obrońców proszących się* jeden przez drugiego o kartki? Zero krytyki. Bożków się nie sądzi.

Gratulacje dla Mourinho. On swój cel osiągnął. Elokwentnym PR'em, relatywizowaniem faktów i wymyślnymi manipulacjami stworzył armię wielu dusz barwy Merengue, która tańczy tak, jak on jej zagra. Choćby miała w trakcie tego kibicowskiego danse macabre i upajania się nim, potracić ostatnie związki z rzeczywistością.

Odporność

Sami rozumiecie, hat-tricki, tryplety, sekstety, manity - to już za dużo. Przesada. To męczy... Tymczasem kiedyś, gdy przegrywała Barca, a w Lidze Mistrzów i rozgrywkach krajowych hurtowo wygrywali inni - nie pojawiały się masowo artykuły w tonie płaczu, roszczeń i żenującej gdybologii. Nawet krytyka oczywistych błędów sędziowskich mieściła się w ramach szeroko pojętego rozsądku, a szacunek dla przeciwnika nie był tylko wytartym sloganem z reklamówek UEFA.

To chyba już nie wróci. Chamstwo

target="_blank">dysponuje od lat darmowym kanałem globalnego zasięgu, co niektóre media promują z euforycznym entuzjazmem. Odkąd wątek ten poruszałem poprzednio jest jeszcze gorzej, w czym (nie)spodziewanie spory udział ma właśnie fakt, że wygrane Barçy jakoś nie chcą się skończyć. Pod niemal każdym newsem mamy zatem festyn kibicowskiej nienawiści, eskalowaną przez nadawcę medialnego komunikatu wrogość**, licytacje na nonsensy, agresywne wypowiedzi piłkarzy i mamy wreszcie teatr Mourinho. To teatr wyjątkowy, który nie potrzebuje sceny ani boiska, i przy którym chwile nadmiernej ekspresji Busquetsa czy Alvesa (dodajmy: przeważnie nie z chęci podbicia corocznej imprezy w Kodak Theatre, lecz w celu ochrony własnych nóg - ale kto by się tam przejmował takimi niuansami) wyglądają jak niewinne primaaprilisowe psikusy. Godne potępienia, owszem, z jednej strony tak; ale także próby (przynajmniej) zrozumienia - co przyjdzie łatwo każdemu, kto grał kiedyś w piłkę; a tym bardziej temu, kto kończynami dolnymi zarabia(ł) na swoją rodzinę, więc jest do tychże względnie przywiązany.

Efekt jest taki, że mamy tu do czynienia z tyczącą
target="_blank">tak bożyszcz, ludzi z "branży", jak i tłumów***, ogólnopiłkarską hybrydą społecznie popularnych paranoi: psa ogrodnika, zazdrosnego sąsiada i kompleksu tyciego przyrodzenia. Godne przyjęcie porażki jest w tych warunkach i czasach anachronizmem, rzadkością i dziwactwem na tle szału hipokryzji, cynizmu i relatywizowania każdego aspektu meczowej rzeczywistości; zaś próby sprzeciwu na taki stan rzeczy ze strony środowiska sędziowskiego, Guusa Hiddinka****, Arséne'a Wengera, Carlo Ancelottiego, Ottmara Hitzfelda i Johana Cruyffa toną w burzy złości, małostkowości i zawiści. Masowe media
target="_blank">mają dziś krótką pamięć i bardzo rzadko trudzą się relacjonowaniem faktów, obierając chętniej GPS swojej twórczości na ścieżkę taniej sensacji, łatwej prowokacji, nakładu i wartości w XXI wieku najwyższej z najwyższych: klikalności.

Podobnie jak wyreżyserowaną już z trybun***** konferencję po półfinale w Madrycie
target="_blank">można podsumować w jeden tylko sposób, tak poważni fani Barçy nie powinni się tym wszystkim przejmować. Są ludzie, którzy prawidłowej