Futbol to (również) sztuka przegrywania. Tak, jak całe życie. Jedni dorastają prędzej, uczą się tego wcześniej. Inni nie dorastają nigdy i z tym truizmem nie są w stanie pogodzić się całe życie.
Tak się ostatnio szczęśliwie dla fanów Blaugrany składa, że klub wygrywa częściej niż przegrywa, a pucharów na Camp Nou przybywa w tempie ekspresowym. Nie zawsze tak było. Pamiętamy bardzo dobrze, gdy tak nie było. Tamte czasy - szczególnie dla sympatyków Barcelony rywali - wydają się z dzisiejszego punktu widzenia prehistorią. Jak wspomniałem w części pierwszej, pojęcie "dzisiejszego punktu widzenia" jest tu istotne podwójnie... Dziś czas domknąć zaczęte tam wątki, główne akcenty tekstu przenosząc na powrót do Barcelony.
Część pierwsza tutaj. [KLIK!]
Jedna nuta
Do finału awansowała Barca, na co Real w wyjątkowo zgodnym tonie zapiał na jedną i tę samą nutę. Poszukiwania winy w sobie, uderzenie się w pierś - eee, gdzieżby tam, to nie dla współczesnego kibica w smutku. Całemu madridismo wystarcza poczucie krzywdy i skandalu, a madryccy dziennikarze w najlepsze poją tym swych czytelników. Tradycyjnie nie zawodzi nas Roncero pisząc tym razem o skrywanym romansie Platiniego z Villarem, dumie madridisty i "białej przyszłości". "Dumny" może tu być chyba tylko Mourinho - ze swego najbardziej gadatliwego miłośnika.
A krytyka taktyki Mou na Bernabéu? Krytyka spisania skryptu na konferencję prasową zamiast wprowadzenia zmian na 30 minut do końca meczu?! (Kaká? Benzema? Higuaín? Granero? - a po co? Jeszcze by strzelili bramkę, dowieźli remis i popsuli pomeczowy show.) Krytyka niemal niewidocznego w obu półfinałach, co rusz machającego rękami do losu (skoro sędziowie spoza Hiszpanii olewają taneczne i manualne popisy Portugalczyka już od około 5. minuty meczu) z bezsilności Cristiano? Krytyka brutalnie grających obrońców proszących się* jeden przez drugiego o kartki? Zero krytyki. Bożków się nie sądzi.
Gratulacje dla Mourinho. On swój cel osiągnął. Elokwentnym PR'em, relatywizowaniem faktów i wymyślnymi manipulacjami stworzył armię wielu dusz barwy Merengue, która tańczy tak, jak on jej zagra. Choćby miała w trakcie tego kibicowskiego danse macabre i upajania się nim, potracić ostatnie związki z rzeczywistością.
Odporność
Sami rozumiecie, hat-tricki, tryplety, sekstety, manity - to już za dużo. Przesada. To męczy... Tymczasem kiedyś, gdy przegrywała Barca, a w Lidze Mistrzów i rozgrywkach krajowych hurtowo wygrywali inni - nie pojawiały się masowo artykuły w tonie płaczu, roszczeń i żenującej gdybologii. Nawet krytyka oczywistych błędów sędziowskich mieściła się w ramach szeroko pojętego rozsądku, a szacunek dla przeciwnika nie był tylko wytartym sloganem z reklamówek UEFA.
To chyba już nie wróci. Chamstwo
W ciszy stadionu. Futbol to sztuka przegrywania (2)
Efekt jest taki, że mamy tu do czynienia z tyczącą
Komentarze (2)