W ciszy stadionu. David Villa - Larsson Pep Teamu?

Karol Chowański 'Challenger'

2 września 2011, 20:05

57 komentarzy

Na koniec zeszłego sezonu stało się jasne, że Barça latem poszuka wzmocnień w linii ataku. Choć mediosfera była gęsta od plotek dotyczących młodych wilczków - Rossiego i Sáncheza - wśród fanów i komentatorów pojawiło się wiele głosów na rzecz sprowadzenia zawodnika starszego, który miałby w zespole Guardioli odgrywać rolę podobną do tej, jaką w latach 2004-2006 pełnił na Camp Nou niezapomniany Henka Larsson.


Liczący sobie w chwili transferu 33 lata Szwed błyskawicznie zadomowił się w składzie, swym doświadczeniem, uniwersalnością, pracowitością i spokojem w grze wydatnie wzbogacając drużynę Rijkaarda.

Wspomnienie bohatera z Paryża w barcelonismo wiecznie żywe. Nic zatem dziwnego, że szalejące na dzisiejszym rynku transferowym ceny - multiplikowane powodzią petrodolarów, rubli i kredytów - skłoniły wielu culés do szukania alternatyw dla sprowadzania młodzieży za 30-40 milionów euro. Nazwiskiem nr 1 w takich dyskusjach był Diego Forlán. Piłkarsko ukształtowany pod okiem Fergusona, zaprawiony aż 7 sezonami w La Liga, a do tego mający świeżo za sobą udane turnieje MŚ 2010 i Copa América 2011! Reprezentant Urugwaju wydawał się przed sezonem 2011/2012 propozycją kuszącą dla potrzebującej wsparcia w linii ataku i wciąż tkwiącej w debecie Blaugrany. Owszem, metki Forlána z kupionym ostatecznie przez Rosella Sánchezem porównać nie da się żadną miarą - tylko, że zwolennicy zatrudnienia 32-letniego Urugwajczyka zdawali się zapominać o jednej rzeczy, całkiem niebagatelnej. W składzie FC Barcelony już mamy niemal idealnego kandydata na "nowego Larssona". Nazywa się David Villa.

Kto faktycznym "poszkodowanym" sprowadzenia Sáncheza?

Sukcesy w futbolu to często niuanse, a media głównego nurtu lubią ślizgać się po powierzchni interpretacji przeróżnych faktów. Zamiast dogłębnej analizy, wieloaspektowość budowy drużyny silnej na lata - mają w dogłębnym poważaniu. Lubią też mącenie, sensacje i kategoryzację tez, ale to trochę osobna sprawa. W każdym razie słyszeliśmy wszyscy, jak cały świat już w lipcu ogłosił Thiago Alcântarę "ofiarą" transferu Fàbregasa, a szczytem bzdur była fala plotek o sprzedaży starszego z braci Alcântara. Guardiola zagrał niepoważnym "publicystom" na nosie, w pierwszym meczu SH i rozgrywek ligowych wystawiając Thiago w podstawowym składzie. Na Santiago Bernabéu, terenie najtrudniejszym z możliwych dla testowania piłkarskiej dojrzałości 20-letniego pomocnika, naprzeciw rozpędzonego presezonem Realu - Thiago dostał godzinę i nie zawiódł; podczas pogromu Villarreal był z bramką i dwiema asystami, pod ramię z Ceskiem, jednym z bohaterów wieczoru.

Analogicznie mają się do rzeczywistości, "analizy" transferu Sáncheza i szukanie "poszkodowanych" jego akcesem do zespołu... Oczywiście, że kimś takim nie będzie Pedro. Zawodnik, którego rozwoju nikt nigdy nie przyspieszał na siłę. Młody, perspektywiczny, pracowity, wciąż mający w sobie rezerwy. A do tego niezwykle głodny gry, sukcesów, w pewnym sensie także chwały (trudno np. uznać Ledesmę za zawodnika spełnionego w kadrze). Błyskotliwy, dynamiczny skrzydłowy dysponujący soczystym uderzeniem z obu nóg, który wraz z Danim Alvesem i Iniestą jest jednym z niewielu piłkarzy faktycznie potrafiących przewidzieć i nadążać za poczynaniami Messiego. Współpraca Pedro z genialnym Argentyńczykiem jest dla Barçy absolutnie bezcenna! Toteż na przyjściu Chilijczyka Pedrito będzie mógł tylko zyskać - bo w chwilach zmęczenia i spadku formy (vide wiosna 2011), otrzyma wreszcie możliwość opuszczenia meczu lub dwóch, spokojnego zregenerowania organizmu, odpoczynku, odzyskania formy. Nieskuteczny Krkić ani kontuzjoczęsty Jeffrén nie dawali tego komfortu ani Pedro, ani Guardioli... Czynniki te pozwalają sprowokować do refleksji, że osobą, na którą angaż chilijskiego pędziwiatra może cokolwiek wpłynąć, jest kto inny, Villa właśnie.

Należy tu natychmiast zaznaczyć stosowne proporcje - ani myślę wysyłać Asturyjczyka na emeryturę czy z fanfarami heroldować jego koniec na Camp Nou. Absolutnie nie! Barça będzie Villi potrzebować jeszcze długo. Latami. Spodziewam się natomiast, że uzupełnienie składu o niebanalnego Chilijczyka dyskretnie wpłynie na przesunięcie akcentów w drużynie. Villa przestanie być u Pepa zawodnikiem nietykalnym. Jego obecność w składzie nie będzie już bezwarunkowa - jak było długimi fragmentami minionego niedawno sezonu.

Villa młodszy nie będzie

... i sam ten fakt stawia go w ewentualnej rywalizacji z nienasyconym Sánchezem na pozycji bezdyskusyjnie przegranej. W dniu rzucenia Chilijczykowi rękawicy w walce o miejsce w składzie, przyszłość Villi w Barçy nabierze barw bardziej mrocznych niż makijaże Amy Lee. Dlatego mam nadzieję (podzielaną pewnie przez Guardiolę, Rosella i całe barcelonismo), że do rywalizacji Villa-Sánchez nie dojdzie... Całe szczęście w tym wszystkim, że charakter asturyjskiego napastnika raczej nie pozwala nazywać go bratnią duszą Ibry.

Jak natomiast wspomniałem dwa akapity wcześniej - wzbogacenie się Barçy o zawodnika w wieku i o charakterystyce Sáncheza oznacza, że nadejdzie dzień, kiedy to kandydatura Chilijczyka stanie wyżej w hierarchii pretendentów do pierwszego składu. Ale czy oznacza to, że Villa od zaraz pocznie siwieć, sfrustrowany graniem "ogryzków"? Oczywiście, że nie. Po pierwsze, dzień ten raczej nie nadejdzie w tym sezonie. Po przypadkach Cáceresa, Hleba, a także Mascherano i Adriano widać doskonale, że Pep zwyczajnie potrzebuje czasu by nabrać do nowego zawodnika przekonania, zaufania. Można to ironicznie nazywać "feelingiem", ale Guardiola faktycznie przywiązuje do kwestii zaufania swemu piłkarzowi wagę zdecydowanie większą niż średnia wśród innych trenerów. Dla mistera to sprawa fundamentalna - scalająca zresztą więzi na liniach trener-cała drużyna i trener-poszczególni zawodnicy - bo Barça to dla niego coś dużo więcej niż miejsce pracy.

Względy te pozwalają na domniemanie, że Alexis nie zagości w pierwszym składzie od jutra, a w najważniejszych meczach sezonu 2011/2012 będziemy pewnie znacznie częściej oglądać od pierwszych minut najbardziej bramkostrzelnego napastnika hiszpańskiej kadry. Poza tym, meczów w sezonie skróconym z powodu EURO 2012 starczy dla wszystkich... Jednak już od kolejnego sezonu porządek faworytów do miejsca w ataku Barçy może się na przestrzeni miesięcy sukcesywnie, płynnie zmieniać. Kwestią czasu gdy w klasyfikacji Pepa numery "9" i "7" podmienią się miejscami.

Języczkiem u wagi - jak zareaguje na to Villa?

Wielki piłkarz podoła wielkiemu wyzwaniu

Obecność Alexisa efektownie witającego się z Camp Nou, to dla Villi niewątpliwie presja i wyzwanie. "Wielcy" piłkarze zasługują na to określenie, bo żadne wyzwanie nie może ich przerosnąć. Tę wielkość Villi, piłkarską i ludzką, obserwujemy już od pierwszych chwil po jego transferze - świadomy swych zalet, wychowanek UP Langreo zaznaczał w każdym wywiadzie, jak wiele musi nauczyć się od Pepa i nowych kolegów z drużyny; podkreślał konieczność rozwijania swych dotychczasowych umiejętności i determinację w nabywaniu nowych.

Pokora, gra dla drużyny, pracowitość, determinacja - to cechy czyniące z "El Guaje" nie tylko wartościowego piłkarza, ale także niezmiernie wartościowego członka tej wyjątkowej drużyny. Przyjaciela canteranos oraz innych zastanych w szatni piłkarzy, a także ambasadora wartości utożsamianych przez Barçę na boisku i poza nim. Dodałbym do tego swoistą piłkarską szlachetność - pomimo dawno udowodnionej wartości w świecie piłki, tytułów zdobytych z kadrą czy kwoty, za jaką Barça wykupiła go z Valencii - Villa nigdy, przenigdy, nie aspirował w koszulce blaugrana do koncentrowania gry na sobie. Nie prezentował tak znanej z innych stadionów pokusy, by zbliżając się do bramki przeciwnika resztę drużyny uzależniać od swego ego. Villa piłkarzem wielkim jest pod każdym względem. A tacy gotowi są nawet z czasem cofnąć się z oświetlonego reflektorami i pochlebstwami centrum uwagi... dla dobra całej drużyny i kontynuowania z nią sukcesów.

"Ewolucja" Davida Villi

Lata nie płyną wstecz, a napastnicy w futbolu starzeją się chyba najszybciej. Odnajdywanie się w zespole ze ścisłego światowego topu jest jak proces ewolucji - ciągłe, rok po roku. Szczególnie w takiej drużynie jak Barca, która z 12 pucharami w 3,5 roku jest na autostradzie do historii; drużynie, która regularnie wzmacnia skład by pozostać o krok przed rywalami. Oczywiście, przemiana na zasadzie rewizji swego dotychczasowego znaczenia na boisku bywa trudna (dla niektórych - nieosiągalna), ale - skoro mówimy o zespole Guardioli - z wysokim stopniem prawdopodobieństwa stanowi jednocześnie bilet do kolejnych stacji tego pociągu sukcesów. Nie ma w nim miejsc dla każdego i David Villa dobrze o tym wie.

Jeszcze przed transferem do Barçy, obserwując losy i wypowiedzi Ibrahimovicia - Villa miał okazję wszechstronnie zaznajomić się z porządkiem rzeczy w Barcelonie. Zamiast dążyć do zmiany tego stanu po zjawieniu się na Camp Nou, z najwyższą godnością go zaakceptował. Dlatego bądźmy spokojni o to, że z tą sama godnością, z którą ustąpił miejsca Messiemu, Xaviemu, Inieście czy Pedro - David Villa zaakceptuje swoje nowe zadania i nowe miejsce w zespole bogatszym o Alexisa, Ceska i lepszego niż kiedykolwiek Thiago. Miejsce, które wcześniej czy później zmieni się na znacznie mniej eksponowane niż w sezonie 2010/2011. I nawet jeśli zechce kiedyś wrócić w rodzinne strony, do ukochanego Sportingu, to wcześniej można wyobrazić sobie Villę na Camp Nou w roli człowieka od zadań specjalnych, dżokera, najwartościowszego zmiennika. Bezcennego członka składu, którego doświadczenie i klasa procentują w ostatnich chwilach najważniejszych z meczów. Bohatera Barcelony, który też doczeka się "swojego Paryża". Taka funkcja w najbardziej utytułowanej drużynie ostatnich dekad wydaje się całkiem kuszącym pejzażem schyłku futbolowej kariery.

Nowy etap, delikatne odsunięcie się na margines, nie są równoznaczne z osunięciem się w nieobecną niepotrzebność. Nie, piłkarz formatu Villi jest potrzebny każdej wielkiej drużynie - aż po ostatni dzień, w którym sam zechce zejść ze sceny. Przebieg całej kariery napastnika z Asturii i jego losy na Camp Nou pozwalają mieć nadzieję, że transfer Alexisa Sáncheza nie przyspieszy tego dnia. Co najwyżej sprawi, że rola Villi w "Pep Teamie" zacznie w swoim czasie dryfować ku innym zadaniom. Ku dziedzictwu Henrika Larssona - tego, który nie wahał się stanąć z boku, by w aurze życiowego sukcesu zostać bohaterem całego barcelonismo.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (57)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze