Nie tylko sportowy marketing Barcelony
Znajomy, który studiuje w Barcelonie przysłał mi ostatnio taką wiadomość:
"Jakiś czas temu - pisze - siedziałem sobie na Ramblas. To był wieczór po wygranym meczu, więc była okazja do świętowania, do wypitki. Siedziałem więc podchmielony i przyglądałem się rozbawionemu tłumowi. Nie masz pojęcia, jak to miasto organicznie zżyte jest z zespołem. Jak wygrywają miasto śmieje się, jest radosne i zadowolone, jak przegrywają to jest jakieś strute, skacowane. Nawet te wszystkie zabytki i dzieła kultury, te Miro, Gaudi, Gomenechy jakoś młodnieją, dostają wigoru i życia, kiedy jest do przodu, a gdy w plecy nagle chwyta je reumatyzm i starcze bóle. Wygraliśmy, więc wszystkim dopisywały humory, zabawa szła w najlepsze. Wtedy właśnie, gdy przyglądałem się rozbawionemu tłumowi, przysiadł się do mnie starszy pan. Nie, nie był obcy - w kibicowskim światku takie pojęcie nie istnieje, a w światku kibiców Barçy szczególnie. To nie jest frazes, że jest to rodzina, choć fakt faktem rodzina to kłótliwa, wyjątkowo niezgoda, czasem niemal biorąca się za łby. No więc przysiadł się ów starszy pan, chwilę pomilczał, po czym ni stąd, ni zowąd wycedził:
- Nie podoba mi się ten zespół. W ogóle mi się nie nie podoba.
Nie muszę chyba mówić, jakie było moje zdziwienie: wygrywamy, zespół jest podziwiany i szanowany, a tu takie słowa, w dodatku z ust poważnego człowieka, którego w dodatku pierwszy raz widzę na oczy.
- Dlaczego? - pytam więc.
- To gwiazdorstwo mi się nie podoba - odpowiedział. - Te wszystkie tournee. Jak to oglądam, to nie wiem, czy widzę jeszcze m ó j z e s p ó ł, czy zbiorowisko gwiazdorów hollywódzkich, którzy lepiej czują się przed kamerami i obiektywami, niż na boisku. Ten cały marketing mnie przeraża, kult wysokich kontraktów reklamowych, rola pieniądza, telewizji. Ja - tu chwilę się zastanowił - chyba utraciłem więź z tym zespołem, duchową nić. Jest dla mnie abstrakcją. Kiedyś...
- Kiedyś - przerwałem - z całym szacunkiem, ale chyba cierpi pan na starczy syndrom "wspaniałego kiedyś". Kiedyś wszystko było inaczej, wszystko było lepiej. A czy dziś jest źle? Jest marketing i jest telewizja, jest kult zysków bo takie są czasy - tłumaczyłem. Taka musi być też piłka. Czy to nasza wina? A klub świetnie się w tym odnajduje i to jest jego sukces. Nie tylko zarabia, ale też znakomicie gra - przecież zdobył Europę! O tym chyba wszyscy marzyli?
- Tak, marzyli - odparł. - Ale myśmy przede wszystkim marzyli o pięknej grze. Kiedyś - tu spojrzał z lekkim, ironicznym uśmiechem w moją stronę - kiedyś liczył się artyzm, liczyło się piękno gry, wirtuozeria. Camp Nou było miejscem dla piłkarskich poetów. Zespół miał dać nam porywające widowisko. Wybaczaliśmy porażki. Słabej, nawet zwycięskiej gry - nigdy.
- Ale przecież teraz jest podobnie! Przecież esencją tego wszystkiego o czym pan mówi jest Brazylijczyk. Nikt nie zaczarował piłki bardziej niż on - broniłem się.
- Podobnie? A te przedsezonowe wyliczania pucharów do zdobycia, ten jęk zawodu, gdy okazało się, że ich nie będzie? I który sezon pamiętacie bardziej - ten, gdy odpadliśmy z Chelsea, ale świat ogłosił nas romantycznymi zbawcami piłki, ostatnimi obrońcami jej piękna, czy ten ostatni - wyrachowany, obliczony na zdobycie pucharu?
Tu faktycznie zacząłem się zastanawiać, ale nie dane mi było odpowiedzieć, bo ten z brodą zaczął wpadać w słowny trans.
- Powiem Ci, młody człowieku, dlaczego nam tak bardzo zależało na pięknej grze, pal licho wynik. Myśmy żyli w czasach dyktatury, kiedy pętano nam ręce zakazami, nie pozwalano żyć, ba! nawet mówić po swojemu. Franko budował schematy, struktury, szablony w których chciał nas pozamykać. A to nigdy nie było w naszej naturze. Jesteśmy Katalończykami. Chcemy żyć po swojemu, każdy na swój własny sposób. On nam tego zabronił. By się przeciwstawić nie chwyciliśmy za broń, jak nasi baskijscy bracia. Wybraliśmy inne metody. Między innymi to piłkarze mieli manifestować nasze umiłowanie do wolności, nieskrępownia właśnie, indywidualizmu poprzez swoją grę. Trener, który chciał im narzucić schematy, zamknąć w szablony, taktykę od razu był naszym wrogiem, bo, zazwyczaj nieświadomie, dusił w nas naszą katalońskość, a myśmy właśnie o nią walczyli! O zrzucenie pęt! Każde zwycięstwo po takiej finezyjnej, porywającej grze było zwycięstwem nad systemem, pokazaniem, że ciągle jesteśmy sobą i nic nas nie zmieni. To dlatego zwykło się mówić, że każda wygrana jest wygraną z Realem Madryt, z samym Franco. Bo mecz pokazywał, że istniejemy niezmienieni, był dla nas grą o nas samych. Piłkarze to czuli, a myśmy się z nimi utożsamiali.
To właśnie wtedy dostrzeżono, że jesteśmy "mas que un club" - dziś tak często bezmyślnie powtarzane, że niedługo stanie się bezwartościowym sloganem. Właśnie dlatego, staliśmy się "więcej niż klubem", bo graliśmy o coś więcej, niż wyniki, puchary, pieniądze. Były dla nas sprawy ważniejsze!
Chwilę się zatrzymał, złapał oddech, po chwili kontynuował już spokojniej:
- Tak nas widziano na świecie. To było naszą marką, marketingiem. Czy to nie przez to ten klub stał się tak popularnym, uwielbianym, nie to zbudowało jego etos? A musisz wiedzieć, że wcale nie chodziło w tej walce, w tym wolnościowym manifeście tylko o nas. Katalonia przez wieki była centrum śródziemnomorskiego świata, wszystkie szlaki przebiegały przez nasz port. Z czasem nasze znaczenie wcale nie zmalało. Oddziaływaliśmy i oddziałujemy na region z wielką siłą. To, jak żyjemy i jak myślimy jest bardzo ważne nie tylko dla nas. A przypomnę Ci, że w tamtym czasie o wolność z wojskową dyktaturą Salazara walczą Portugalczycy, Afryka zrywa pęta rasistowskiego kolonializmu, także Latynosi walczą z tyranami. Myśmy chętnie przyjmowali imigrantów stamtąd - taka jest nasza natura - i u nas dostrzegali, że demokratyzm, prawa obywatelskie, wolność to nie tylko puste słowa - że można o to walczyć i to wywalczyć. A popularność klubu na świecie pomagała w propagowaniu tych ideałów; puszczaliśmy w świat sygnał: My nie godzimy się z dyktaturą, wy też nie musicie! To były - jak wy to mówicie - nasze działania marketingowe. Fenomen czystych, nieskalanych reklamami barw, to dowód, że przez lata ideały, a nie biznes były dla nas najważniejszy. Nie komercja i zarabianie, a czyste wartości - to były nasze priorytety. I tak nas widzieli na świecie.
- Chciałbym jednak zauważyć - mówię - że tamto się skończyło. Katalonia i świat w ogóle, poza kilkoma wyjątkami, jest wolny. Wy żyjecie w dostatku, żyjecie w dobrobycie, wolni od niebezpieczeństwa, manifestujecie swoją kulturę...
- I to oznacza, że możemy zapomnieć kim byliśmy, o naszych ideałach?
- Nie, oznacza, że trzeba o nich pamiętać, szanować je, ale trzeba patrzeć w przyszłość. Zresztą uważam, że Barça dochowuje tradycji - barwy wciąż są czyste, nie zamieniła się w rynkowe przedsiębiorstwo do nabijania portfeli swoim szefom. Na piłkarskiej mapie nie jesteśmy tam, gdzie choćby ManU, czy Real - giełdowi potentaci liczący cyferki z zyskami. W odróżnieniu od nich oparliśmy się komercji i ...
- Oparliśmy?! - przerwał mi nagle starzec. - Naprawdę w to wierzysz? Że ciągle jesteśmy czyści?
- Wierzę.
- Hahaha! - zaśmiał się szyderczo i nerwowo poprawił na krześle. - A wiesz w co ja wierzę? Powiedziałem Ci, jak nas widzieli kiedyś i powiem Ci, jak chciałbym, żeby widzieli nas teraz. Myśmy zawsze byli kosmopolityczni, u nas każdy znalazł schronienie, czuł się nie jak obcy, ale swój. To wynika z natury miast portowych - one są otwarte na różnorodność, wielokulturowość. Port zawsze jest otwarty na Innych. Ci którzy do nas przybywali nie tylko poznawali nas, ale dawali lekcje i nam, powiem więcej - wzbogacali, a nawet budowali naszą tożsamość. Staliśmy się z czasem mieszanką ras, kultur, języków i nauczyliśmy żyć razem bez nienawiści - tworząc jeden organizm. Tak zrodziła się katalońska tolerancja dla Innego. Nawet kataloński nacjonalizm - umiłowanie swojego regionu nie jest szowinistyczny, bo to umiłowanie sposobu myślenia, zasad życia, a nie ziemi. "Obywatelstwa się nie dziedziczy" - mówimy, je się wybiera. Każdy jest Katalończykiem, jeśli myśli tak jak my.
Chciałbym - rozmarzył się - by ta filozofia życia stała się ideą naszej przyszłości, by teraz tak nas widzieli, byśmy sprzedawali tolerancję i poszanowanie Innych - ludzi, narodowości, kultur. Ja jestem starym człowiekiem, znam Republikę z opowiadań, pamiętam wojnę i dyktaturę Franco i wiem, że ksenofobia, zamknięcie, odgradzanie się od innych to zgubna droga. Dziś jest dobry czas na pozytywne działania. Europa się jednoczy - nikną granice, bariery, okopy, fronty. Jesteśmy dziś bliżej siebie. Ale ważni są również Ci, którzy do nas przybywają spoza Kontynentu. Żyjemy dziś w świecie wielokulturowym, w którym każda kultura chce, by ją szanowano, każda ma prawo głosu. Tylko zbliżając do siebie kultury, zbliżając Różnych ludzi będziemy budować lepszy świat. Katalonia może być przykładem dla innych - mamy wielowiekową tradycję otwartości i tolerancji. To nie przypadek, że tak wielu imigrantów nam kibicuje - nawet tych z odległego południa, którzy nigdy u nas nie byli. Oni czują, że jesteśmy nośnikiem idei, która jest dla nich ważna. Za pośrednictwem klubu, którego popularność jest ogromna możemy oddziaływać, tak jak kiedyś. Marzę o tym, żeby to były nasze przyszłe ideały, przyszły nasz heroizm, przyszły marketing - by głosić ideę świata otwartego, tolerancyjnego i wielokulturowego - bo taki jest wymóg współczesności. I taka jest też esencja katalońskości.
- Moglibyśmy ponownie odnaleźć idealizm - kontynuował po chwili - ale musimy być wiarygodni, a dziś niestety nie jesteśmy...
Spojrzał nam mnie badawczo, przeszył wzrokiem starego mędrca, mędrca który posiadł doświadczenie i mądrość całego świata i zdawał się czekać na jakąś moją obronę, jakieś ale, lecz ale nie nadchodziło i nie wiem dlaczego - może dlatego, iż byłem pod wrażeniem jego elokwencji, idealizmu, pasji z jaką mówił.
- Cieszę się, że wierzysz, że wciąż jesteśmy czyści - zaczął po chwili milczenia. -Skoro wierzysz, znaczy, że bardzo tego chcesz. Ale tak nie jest.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytałem w końcu.
- UNICEF - odparł. - Nie ważne dlaczego się pojawił. Może i po to, by przyzwyczaić nas do popisanych barw. Łatwiej przełknie się złamanie tradycji, jeśli chodzi o słuszną sprawę, niektórzy nawet temu przyklasnęli. Tyle, że z czasem może pojawić się tam jakaś nachalna, bezczelna, przebogata marka, która zrobi wszystko, by poczuć się jak zdobywca na pięknym, dziewiczym dotąd terenie. Łatwiej będzie to zaakceptować, gdy już przywyknęliśmy, że coś tam jest. Ale to melodia przyszłości - od was zależy, czy na to pozwolicie.
Ja chciałem o czym innym - o tym mianowicie, że to UNICEF sprawia, że nie jesteśmy wiarygodni, że nas kompromituje, albo lepiej - że sami się kompromitujemy. UNICEF - to szczytne przedsięwzięcie pomocy biednym, manifestując je i nazywając siebie rzecznikiem ich sprawy staliśmy się h i p o k r y t a m i , k ł a m c a m i - szeptał przez zęby wstydliwie. Szeptał, bo brukał własną świętość.
- Ale dlaczego? Czemu tak sądzisz, nie rozumiem?
- Dlaczego?! - wrzasnął nagle - Oto dlaczego! - krzyknął jeszcze głośniej i rzucił na stół gazetę, którą cały czas miał na kolanach. Cisnął ją tak mocno, że omal nie pospadały puste kufle. Spojrzałem. Było to świeże wydanie brytyjskiego Guardiana, a tam artykuł o G14.
- Czytaj! Będziesz wiedział dlaczego... - ale ledwo zdążyłem przeczytać tytuł: "BIEDNI PRECZ Z LIGI MISTRZÓW", wyrwał mi gazetę.
- Albo ci oszczędzę. Wiesz co o ni chcą zrobić, jakby jeszcze było im mało. Chcą zamknąć się we własnym getcie bogaczy, nikogo do niego nie dopuścić . Już i tak prawie się w nim zamknęli. Gdzie ta Liga Mistrzów, w której grali tylko mistrzowie? Te stare lata z Hajdukiem Split, waszą Legią i Widzewem. Wprawdzie poziom był niższy, ale jaki romantyzm, gdy kopciuszek wojował Europę. Teraz zreformowali ją tak, że z ich, znaczy - tu się zreflektował - z naszych lig gra po 4 zespoły, a dla was pozostają żmudne kwalifikacje w których i tak jesteśmy rozstawieni. Ta formuła sprawia, że większość zysków i tak trafia do najbogatszych, którzy mogą jeszcze bardziej podnosić swój poziom kosztem najbiedniejszych, dla których z roku na rok maleją szansę na znalezienie się w elicie. Jakie są przychody waszego najbogatszego klubu?
- 7 mln euro.Wisły.
- Widzisz. A Realu 277 mln! I te proporcje stale się powiększają - na nowo rozpalał się leciwy pan. - Rywalizacja z najbogatszymi stała się niemożliwa. Czasami jednak jakimś cudem kopciuszek wkradnie się do elity - jak niedawno Artmedia - i trzeba się z nim dzielić zyskami, rzucając im jakiś ochłap. A i przed tym chcą się obronić. Chcą stworzyć superligę - tylko dla najbogatszych, z której nie można spaść, ani do niej awansować! Chcą się uchronić przed szybszym odpadnięciem, jak ManU ostatnio, przed stratą grubych milionów na reklamach. Wprawdzie poziom gry będzie wysoki, ale czy to ciągle sport? Zresztą oni sami przyznają, że już nie. O popatrz - tu zaczął nerwowo szukać odpowiedniego cytatu - to ich, G14, czyli organizacji skupiającej najbogatsze kluby własne słowa:
" Piłka stała się biznesem, który trzeba rozwijać, opakowywać i promować w sposób adekwatny do potrzeb nowoczesnego konsumenta, ze świadomością nadrzędnej roli klubów".
- Przecież deklarują wprost, że futbol przestał być sportem i nadszedł czas, by zacząć go traktować, jak zwykły biznes! Musisz wiedzieć, że te słowa nigdy nie miału ujrzeć światła dziennego, to był ich prywatny dokument z ich wizją futbolu jutra. Wizją gdzie nie ma miejsca dla kibiców, jest miejsce na k o n s u m e n t ó w. A ja jestem kibicem, nie chcę być konsumentem, a Ty?
- Ja też nie chcę.
- A wygląda na to, że będziesz. To jest ich odpowiedź na wizję "Wizję Europy", którą UEFA niedawno ogłosiła, gdzie chce wyrównywać poziom, solidaryzować się ze słabszymi, opiekować się szkółkami młodzieżowymi. I chce to robić za pieniądze m.in. z Ligi Mistrzów, bo to UEFA je rozdziela. Bogaczom to nie w smak. Chcą dzielić zyski tylko pośród siebie, bo uważają, że to oni je wypracowują. Mówią wprost, tu cytat: "Należy odłączyć się od futbolu stojącego na niższym poziomie". Toż to piłkarski apartheid! To już posunięte tak daleko, że nawet oni sami mają wątpliwości, czy absolutna komercjalizacja jest właściwa. Obawy mają szefowie Arsenalu. A do najgorętszych zwolenników radykalnych zmian należą Bayern i...niestety Barcelona... - ostanie słowa mówił znów ściszonym głosem, jakby wstydliwie.
- Tak, ta sama Barcelona, która niby rozpowszechnia wartości solidaryzmu z biednymi, tu pragnie odgrodzić się od biedy, wyplenić ją z własnego otocznia. To wstyd, to wielka hańba dla obecnie nią rządzących. Piłka nożna to zawsze była wielka metafora świata. Dziś na naszym globie stosunki układają się podobnie, jak w piłce. Z jednej strony garstka uprzywilejowanych, którym ciągle mało, którzy ciągle pragną się bogacić, na drugim biegunie ogromne masy biedy, przed którymi zamyka się drzwi dostatniego świata. A dziś właśnie tak to wygląda: odgrodzić się, odłączyć, zamknąć we własnym egoistycznym świecie i mnożyć zyski, aż do nieskończoności. Dlaczego więc zdecydowano się na ten UNICEF, po to by zachować pozory, że zależy nam na ideałach?
- Dlatego mówiłem, że nie podoba mi się ten zespół, że utraciłem z nim wspólny język. W ogóle ta piłka mi się nie podoba. Kibiców nazywa się konsumentami, najwięcej do powiedzenia mają wielkie koncerny reklamowe (ustalają kto ma grać z jakim numerem, ustalają składy! - pamiętasz naciski Nike, by Ronaldo grał w finale mundialu we Francji?), wszędzie telewizja ustalająca reguły. Dokąd my zabrnęliśmy?
- Pytasz, czy nie da się tego odwrócić. Nie wiem. Wierzę, że tak. Wiem jednak, że coś nas różni od fabryk typu ManU, gdzie jawnie gardzi się kibicami. Barça to nasz klub - klub jej członków i to my mamy najwięcej do powiedzenia. Ten demokratyzm zawsze nas wyróżniał, klub należy do kibiców, nie biznesmenów. Jeśli chcemy zmienić jej charakter to możemy naciskać na prezesów, by zmienili swoją politykę, która przynosi nam wstyd. To zadanie dla Was - młodych, piszących, organizujących się, by Barça zachowała swój charakter. Za moich czasów kibice byli strażnikami idealizmu Barçy, jej etosu i charakteru. Czy w przyszłości też tak będzie? Czy będą w stanie zrobić to Ci nowi, zdobywani na tournee k o n s u m e n c i, ci nowi fani, o których klub zabiega? Czy dla nich Barça to też będzie "mas que un club", czy wystarczą im puchary, wielkie gwiazdy i telewizyjne show? Współpraca z UNICEFEM byłaby dla nas chlubą, gdyby pokątnie prezesi nie spiskowali przeciw słabszym i biedniejszym. Wspaniałym ideałem, który Barça zgodnie z tradycją mogła by promować wespół z tym o wielokulturowym i tolerancyjnym świecie. To może być nasz marketing przyszłości. W to wierzę.
- Może trochę przesadziłem, może trochę się zagalopowałem - powiedział już spokojnie na końcu. - My starcy mamy problemy z ukrywaniem emocji. Może za dużo wymagam, zbyt jestem naiwny, bo wierzę w te ideały, które inni mogą nazwać mrzonkami. Ale jestem przecież Katalończykiem, a dla nas najważniejszy jest romantyzm. Chyba zdążyłeś zauważyć...
I gdy chwilę się zastanowiłem, gdy się ocknąłem i chciałem odpowiedzieć, starca już nie było. Siedziałem, Drogi Mój Przyjacielu, sam na pustym już prawie Las Ramblas i podchmielony zastanawiałem się, czy starzec w ogóle tam był ze mną, czy to tylko moje wyimaginowane, zmaterializowane wątpliwości nabrały realnych kształtów, czy może miasto szeptało mi, czego się obawia."
* Dane o przychodzie Wisły, jako najbogatszym polskim klubie pochodzą z 2004r. Realu z 2005r.
* Tekst o dziesięciostonicowym dokumencie krezusów z grupy G14 z ich "wizją futbolu jutra" - rodzaj manifestu ideologicznego i ich plan działania na najbiższe lata został opublikowany przez włoskie "La Gazzetta dello Sport" i angielski "Guardian". O dokumencie dowiedziano się wskutek przecieku. Uchwalono w grudniu 2005 roku.
"Jakiś czas temu - pisze - siedziałem sobie na Ramblas. To był wieczór po wygranym meczu, więc była okazja do świętowania, do wypitki. Siedziałem więc podchmielony i przyglądałem się rozbawionemu tłumowi. Nie masz pojęcia, jak to miasto organicznie zżyte jest z zespołem. Jak wygrywają miasto śmieje się, jest radosne i zadowolone, jak przegrywają to jest jakieś strute, skacowane. Nawet te wszystkie zabytki i dzieła kultury, te Miro, Gaudi, Gomenechy jakoś młodnieją, dostają wigoru i życia, kiedy jest do przodu, a gdy w plecy nagle chwyta je reumatyzm i starcze bóle. Wygraliśmy, więc wszystkim dopisywały humory, zabawa szła w najlepsze. Wtedy właśnie, gdy przyglądałem się rozbawionemu tłumowi, przysiadł się do mnie starszy pan. Nie, nie był obcy - w kibicowskim światku takie pojęcie nie istnieje, a w światku kibiców Barçy szczególnie. To nie jest frazes, że jest to rodzina, choć fakt faktem rodzina to kłótliwa, wyjątkowo niezgoda, czasem niemal biorąca się za łby. No więc przysiadł się ów starszy pan, chwilę pomilczał, po czym ni stąd, ni zowąd wycedził:
- Nie podoba mi się ten zespół. W ogóle mi się nie nie podoba.
Nie muszę chyba mówić, jakie było moje zdziwienie: wygrywamy, zespół jest podziwiany i szanowany, a tu takie słowa, w dodatku z ust poważnego człowieka, którego w dodatku pierwszy raz widzę na oczy.
- Dlaczego? - pytam więc.
- To gwiazdorstwo mi się nie podoba - odpowiedział. - Te wszystkie tournee. Jak to oglądam, to nie wiem, czy widzę jeszcze m ó j z e s p ó ł, czy zbiorowisko gwiazdorów hollywódzkich, którzy lepiej czują się przed kamerami i obiektywami, niż na boisku. Ten cały marketing mnie przeraża, kult wysokich kontraktów reklamowych, rola pieniądza, telewizji. Ja - tu chwilę się zastanowił - chyba utraciłem więź z tym zespołem, duchową nić. Jest dla mnie abstrakcją. Kiedyś...
- Kiedyś - przerwałem - z całym szacunkiem, ale chyba cierpi pan na starczy syndrom "wspaniałego kiedyś". Kiedyś wszystko było inaczej, wszystko było lepiej. A czy dziś jest źle? Jest marketing i jest telewizja, jest kult zysków bo takie są czasy - tłumaczyłem. Taka musi być też piłka. Czy to nasza wina? A klub świetnie się w tym odnajduje i to jest jego sukces. Nie tylko zarabia, ale też znakomicie gra - przecież zdobył Europę! O tym chyba wszyscy marzyli?
- Tak, marzyli - odparł. - Ale myśmy przede wszystkim marzyli o pięknej grze. Kiedyś - tu spojrzał z lekkim, ironicznym uśmiechem w moją stronę - kiedyś liczył się artyzm, liczyło się piękno gry, wirtuozeria. Camp Nou było miejscem dla piłkarskich poetów. Zespół miał dać nam porywające widowisko. Wybaczaliśmy porażki. Słabej, nawet zwycięskiej gry - nigdy.
- Ale przecież teraz jest podobnie! Przecież esencją tego wszystkiego o czym pan mówi jest Brazylijczyk. Nikt nie zaczarował piłki bardziej niż on - broniłem się.
- Podobnie? A te przedsezonowe wyliczania pucharów do zdobycia, ten jęk zawodu, gdy okazało się, że ich nie będzie? I który sezon pamiętacie bardziej - ten, gdy odpadliśmy z Chelsea, ale świat ogłosił nas romantycznymi zbawcami piłki, ostatnimi obrońcami jej piękna, czy ten ostatni - wyrachowany, obliczony na zdobycie pucharu?
Tu faktycznie zacząłem się zastanawiać, ale nie dane mi było odpowiedzieć, bo ten z brodą zaczął wpadać w słowny trans.
- Powiem Ci, młody człowieku, dlaczego nam tak bardzo zależało na pięknej grze, pal licho wynik. Myśmy żyli w czasach dyktatury, kiedy pętano nam ręce zakazami, nie pozwalano żyć, ba! nawet mówić po swojemu. Franko budował schematy, struktury, szablony w których chciał nas pozamykać. A to nigdy nie było w naszej naturze. Jesteśmy Katalończykami. Chcemy żyć po swojemu, każdy na swój własny sposób. On nam tego zabronił. By się przeciwstawić nie chwyciliśmy za broń, jak nasi baskijscy bracia. Wybraliśmy inne metody. Między innymi to piłkarze mieli manifestować nasze umiłowanie do wolności, nieskrępownia właśnie, indywidualizmu poprzez swoją grę. Trener, który chciał im narzucić schematy, zamknąć w szablony, taktykę od razu był naszym wrogiem, bo, zazwyczaj nieświadomie, dusił w nas naszą katalońskość, a myśmy właśnie o nią walczyli! O zrzucenie pęt! Każde zwycięstwo po takiej finezyjnej, porywającej grze było zwycięstwem nad systemem, pokazaniem, że ciągle jesteśmy sobą i nic nas nie zmieni. To dlatego zwykło się mówić, że każda wygrana jest wygraną z Realem Madryt, z samym Franco. Bo mecz pokazywał, że istniejemy niezmienieni, był dla nas grą o nas samych. Piłkarze to czuli, a myśmy się z nimi utożsamiali.
To właśnie wtedy dostrzeżono, że jesteśmy "mas que un club" - dziś tak często bezmyślnie powtarzane, że niedługo stanie się bezwartościowym sloganem. Właśnie dlatego, staliśmy się "więcej niż klubem", bo graliśmy o coś więcej, niż wyniki, puchary, pieniądze. Były dla nas sprawy ważniejsze!
Chwilę się zatrzymał, złapał oddech, po chwili kontynuował już spokojniej:
- Tak nas widziano na świecie. To było naszą marką, marketingiem. Czy to nie przez to ten klub stał się tak popularnym, uwielbianym, nie to zbudowało jego etos? A musisz wiedzieć, że wcale nie chodziło w tej walce, w tym wolnościowym manifeście tylko o nas. Katalonia przez wieki była centrum śródziemnomorskiego świata, wszystkie szlaki przebiegały przez nasz port. Z czasem nasze znaczenie wcale nie zmalało. Oddziaływaliśmy i oddziałujemy na region z wielką siłą. To, jak żyjemy i jak myślimy jest bardzo ważne nie tylko dla nas. A przypomnę Ci, że w tamtym czasie o wolność z wojskową dyktaturą Salazara walczą Portugalczycy, Afryka zrywa pęta rasistowskiego kolonializmu, także Latynosi walczą z tyranami. Myśmy chętnie przyjmowali imigrantów stamtąd - taka jest nasza natura - i u nas dostrzegali, że demokratyzm, prawa obywatelskie, wolność to nie tylko puste słowa - że można o to walczyć i to wywalczyć. A popularność klubu na świecie pomagała w propagowaniu tych ideałów; puszczaliśmy w świat sygnał: My nie godzimy się z dyktaturą, wy też nie musicie! To były - jak wy to mówicie - nasze działania marketingowe. Fenomen czystych, nieskalanych reklamami barw, to dowód, że przez lata ideały, a nie biznes były dla nas najważniejszy. Nie komercja i zarabianie, a czyste wartości - to były nasze priorytety. I tak nas widzieli na świecie.
- Chciałbym jednak zauważyć - mówię - że tamto się skończyło. Katalonia i świat w ogóle, poza kilkoma wyjątkami, jest wolny. Wy żyjecie w dostatku, żyjecie w dobrobycie, wolni od niebezpieczeństwa, manifestujecie swoją kulturę...
- I to oznacza, że możemy zapomnieć kim byliśmy, o naszych ideałach?
- Nie, oznacza, że trzeba o nich pamiętać, szanować je, ale trzeba patrzeć w przyszłość. Zresztą uważam, że Barça dochowuje tradycji - barwy wciąż są czyste, nie zamieniła się w rynkowe przedsiębiorstwo do nabijania portfeli swoim szefom. Na piłkarskiej mapie nie jesteśmy tam, gdzie choćby ManU, czy Real - giełdowi potentaci liczący cyferki z zyskami. W odróżnieniu od nich oparliśmy się komercji i ...
- Oparliśmy?! - przerwał mi nagle starzec. - Naprawdę w to wierzysz? Że ciągle jesteśmy czyści?
- Wierzę.
- Hahaha! - zaśmiał się szyderczo i nerwowo poprawił na krześle. - A wiesz w co ja wierzę? Powiedziałem Ci, jak nas widzieli kiedyś i powiem Ci, jak chciałbym, żeby widzieli nas teraz. Myśmy zawsze byli kosmopolityczni, u nas każdy znalazł schronienie, czuł się nie jak obcy, ale swój. To wynika z natury miast portowych - one są otwarte na różnorodność, wielokulturowość. Port zawsze jest otwarty na Innych. Ci którzy do nas przybywali nie tylko poznawali nas, ale dawali lekcje i nam, powiem więcej - wzbogacali, a nawet budowali naszą tożsamość. Staliśmy się z czasem mieszanką ras, kultur, języków i nauczyliśmy żyć razem bez nienawiści - tworząc jeden organizm. Tak zrodziła się katalońska tolerancja dla Innego. Nawet kataloński nacjonalizm - umiłowanie swojego regionu nie jest szowinistyczny, bo to umiłowanie sposobu myślenia, zasad życia, a nie ziemi. "Obywatelstwa się nie dziedziczy" - mówimy, je się wybiera. Każdy jest Katalończykiem, jeśli myśli tak jak my.
Chciałbym - rozmarzył się - by ta filozofia życia stała się ideą naszej przyszłości, by teraz tak nas widzieli, byśmy sprzedawali tolerancję i poszanowanie Innych - ludzi, narodowości, kultur. Ja jestem starym człowiekiem, znam Republikę z opowiadań, pamiętam wojnę i dyktaturę Franco i wiem, że ksenofobia, zamknięcie, odgradzanie się od innych to zgubna droga. Dziś jest dobry czas na pozytywne działania. Europa się jednoczy - nikną granice, bariery, okopy, fronty. Jesteśmy dziś bliżej siebie. Ale ważni są również Ci, którzy do nas przybywają spoza Kontynentu. Żyjemy dziś w świecie wielokulturowym, w którym każda kultura chce, by ją szanowano, każda ma prawo głosu. Tylko zbliżając do siebie kultury, zbliżając Różnych ludzi będziemy budować lepszy świat. Katalonia może być przykładem dla innych - mamy wielowiekową tradycję otwartości i tolerancji. To nie przypadek, że tak wielu imigrantów nam kibicuje - nawet tych z odległego południa, którzy nigdy u nas nie byli. Oni czują, że jesteśmy nośnikiem idei, która jest dla nich ważna. Za pośrednictwem klubu, którego popularność jest ogromna możemy oddziaływać, tak jak kiedyś. Marzę o tym, żeby to były nasze przyszłe ideały, przyszły nasz heroizm, przyszły marketing - by głosić ideę świata otwartego, tolerancyjnego i wielokulturowego - bo taki jest wymóg współczesności. I taka jest też esencja katalońskości.
- Moglibyśmy ponownie odnaleźć idealizm - kontynuował po chwili - ale musimy być wiarygodni, a dziś niestety nie jesteśmy...
Spojrzał nam mnie badawczo, przeszył wzrokiem starego mędrca, mędrca który posiadł doświadczenie i mądrość całego świata i zdawał się czekać na jakąś moją obronę, jakieś ale, lecz ale nie nadchodziło i nie wiem dlaczego - może dlatego, iż byłem pod wrażeniem jego elokwencji, idealizmu, pasji z jaką mówił.
- Cieszę się, że wierzysz, że wciąż jesteśmy czyści - zaczął po chwili milczenia. -Skoro wierzysz, znaczy, że bardzo tego chcesz. Ale tak nie jest.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytałem w końcu.
- UNICEF - odparł. - Nie ważne dlaczego się pojawił. Może i po to, by przyzwyczaić nas do popisanych barw. Łatwiej przełknie się złamanie tradycji, jeśli chodzi o słuszną sprawę, niektórzy nawet temu przyklasnęli. Tyle, że z czasem może pojawić się tam jakaś nachalna, bezczelna, przebogata marka, która zrobi wszystko, by poczuć się jak zdobywca na pięknym, dziewiczym dotąd terenie. Łatwiej będzie to zaakceptować, gdy już przywyknęliśmy, że coś tam jest. Ale to melodia przyszłości - od was zależy, czy na to pozwolicie.
Ja chciałem o czym innym - o tym mianowicie, że to UNICEF sprawia, że nie jesteśmy wiarygodni, że nas kompromituje, albo lepiej - że sami się kompromitujemy. UNICEF - to szczytne przedsięwzięcie pomocy biednym, manifestując je i nazywając siebie rzecznikiem ich sprawy staliśmy się h i p o k r y t a m i , k ł a m c a m i - szeptał przez zęby wstydliwie. Szeptał, bo brukał własną świętość.
- Ale dlaczego? Czemu tak sądzisz, nie rozumiem?
- Dlaczego?! - wrzasnął nagle - Oto dlaczego! - krzyknął jeszcze głośniej i rzucił na stół gazetę, którą cały czas miał na kolanach. Cisnął ją tak mocno, że omal nie pospadały puste kufle. Spojrzałem. Było to świeże wydanie brytyjskiego Guardiana, a tam artykuł o G14.
- Czytaj! Będziesz wiedział dlaczego... - ale ledwo zdążyłem przeczytać tytuł: "BIEDNI PRECZ Z LIGI MISTRZÓW", wyrwał mi gazetę.
- Albo ci oszczędzę. Wiesz co o ni chcą zrobić, jakby jeszcze było im mało. Chcą zamknąć się we własnym getcie bogaczy, nikogo do niego nie dopuścić . Już i tak prawie się w nim zamknęli. Gdzie ta Liga Mistrzów, w której grali tylko mistrzowie? Te stare lata z Hajdukiem Split, waszą Legią i Widzewem. Wprawdzie poziom był niższy, ale jaki romantyzm, gdy kopciuszek wojował Europę. Teraz zreformowali ją tak, że z ich, znaczy - tu się zreflektował - z naszych lig gra po 4 zespoły, a dla was pozostają żmudne kwalifikacje w których i tak jesteśmy rozstawieni. Ta formuła sprawia, że większość zysków i tak trafia do najbogatszych, którzy mogą jeszcze bardziej podnosić swój poziom kosztem najbiedniejszych, dla których z roku na rok maleją szansę na znalezienie się w elicie. Jakie są przychody waszego najbogatszego klubu?
- 7 mln euro.Wisły.
- Widzisz. A Realu 277 mln! I te proporcje stale się powiększają - na nowo rozpalał się leciwy pan. - Rywalizacja z najbogatszymi stała się niemożliwa. Czasami jednak jakimś cudem kopciuszek wkradnie się do elity - jak niedawno Artmedia - i trzeba się z nim dzielić zyskami, rzucając im jakiś ochłap. A i przed tym chcą się obronić. Chcą stworzyć superligę - tylko dla najbogatszych, z której nie można spaść, ani do niej awansować! Chcą się uchronić przed szybszym odpadnięciem, jak ManU ostatnio, przed stratą grubych milionów na reklamach. Wprawdzie poziom gry będzie wysoki, ale czy to ciągle sport? Zresztą oni sami przyznają, że już nie. O popatrz - tu zaczął nerwowo szukać odpowiedniego cytatu - to ich, G14, czyli organizacji skupiającej najbogatsze kluby własne słowa:
" Piłka stała się biznesem, który trzeba rozwijać, opakowywać i promować w sposób adekwatny do potrzeb nowoczesnego konsumenta, ze świadomością nadrzędnej roli klubów".
- Przecież deklarują wprost, że futbol przestał być sportem i nadszedł czas, by zacząć go traktować, jak zwykły biznes! Musisz wiedzieć, że te słowa nigdy nie miału ujrzeć światła dziennego, to był ich prywatny dokument z ich wizją futbolu jutra. Wizją gdzie nie ma miejsca dla kibiców, jest miejsce na k o n s u m e n t ó w. A ja jestem kibicem, nie chcę być konsumentem, a Ty?
- Ja też nie chcę.
- A wygląda na to, że będziesz. To jest ich odpowiedź na wizję "Wizję Europy", którą UEFA niedawno ogłosiła, gdzie chce wyrównywać poziom, solidaryzować się ze słabszymi, opiekować się szkółkami młodzieżowymi. I chce to robić za pieniądze m.in. z Ligi Mistrzów, bo to UEFA je rozdziela. Bogaczom to nie w smak. Chcą dzielić zyski tylko pośród siebie, bo uważają, że to oni je wypracowują. Mówią wprost, tu cytat: "Należy odłączyć się od futbolu stojącego na niższym poziomie". Toż to piłkarski apartheid! To już posunięte tak daleko, że nawet oni sami mają wątpliwości, czy absolutna komercjalizacja jest właściwa. Obawy mają szefowie Arsenalu. A do najgorętszych zwolenników radykalnych zmian należą Bayern i...niestety Barcelona... - ostanie słowa mówił znów ściszonym głosem, jakby wstydliwie.
- Tak, ta sama Barcelona, która niby rozpowszechnia wartości solidaryzmu z biednymi, tu pragnie odgrodzić się od biedy, wyplenić ją z własnego otocznia. To wstyd, to wielka hańba dla obecnie nią rządzących. Piłka nożna to zawsze była wielka metafora świata. Dziś na naszym globie stosunki układają się podobnie, jak w piłce. Z jednej strony garstka uprzywilejowanych, którym ciągle mało, którzy ciągle pragną się bogacić, na drugim biegunie ogromne masy biedy, przed którymi zamyka się drzwi dostatniego świata. A dziś właśnie tak to wygląda: odgrodzić się, odłączyć, zamknąć we własnym egoistycznym świecie i mnożyć zyski, aż do nieskończoności. Dlaczego więc zdecydowano się na ten UNICEF, po to by zachować pozory, że zależy nam na ideałach?
- Dlatego mówiłem, że nie podoba mi się ten zespół, że utraciłem z nim wspólny język. W ogóle ta piłka mi się nie podoba. Kibiców nazywa się konsumentami, najwięcej do powiedzenia mają wielkie koncerny reklamowe (ustalają kto ma grać z jakim numerem, ustalają składy! - pamiętasz naciski Nike, by Ronaldo grał w finale mundialu we Francji?), wszędzie telewizja ustalająca reguły. Dokąd my zabrnęliśmy?
- Pytasz, czy nie da się tego odwrócić. Nie wiem. Wierzę, że tak. Wiem jednak, że coś nas różni od fabryk typu ManU, gdzie jawnie gardzi się kibicami. Barça to nasz klub - klub jej członków i to my mamy najwięcej do powiedzenia. Ten demokratyzm zawsze nas wyróżniał, klub należy do kibiców, nie biznesmenów. Jeśli chcemy zmienić jej charakter to możemy naciskać na prezesów, by zmienili swoją politykę, która przynosi nam wstyd. To zadanie dla Was - młodych, piszących, organizujących się, by Barça zachowała swój charakter. Za moich czasów kibice byli strażnikami idealizmu Barçy, jej etosu i charakteru. Czy w przyszłości też tak będzie? Czy będą w stanie zrobić to Ci nowi, zdobywani na tournee k o n s u m e n c i, ci nowi fani, o których klub zabiega? Czy dla nich Barça to też będzie "mas que un club", czy wystarczą im puchary, wielkie gwiazdy i telewizyjne show? Współpraca z UNICEFEM byłaby dla nas chlubą, gdyby pokątnie prezesi nie spiskowali przeciw słabszym i biedniejszym. Wspaniałym ideałem, który Barça zgodnie z tradycją mogła by promować wespół z tym o wielokulturowym i tolerancyjnym świecie. To może być nasz marketing przyszłości. W to wierzę.
- Może trochę przesadziłem, może trochę się zagalopowałem - powiedział już spokojnie na końcu. - My starcy mamy problemy z ukrywaniem emocji. Może za dużo wymagam, zbyt jestem naiwny, bo wierzę w te ideały, które inni mogą nazwać mrzonkami. Ale jestem przecież Katalończykiem, a dla nas najważniejszy jest romantyzm. Chyba zdążyłeś zauważyć...
I gdy chwilę się zastanowiłem, gdy się ocknąłem i chciałem odpowiedzieć, starca już nie było. Siedziałem, Drogi Mój Przyjacielu, sam na pustym już prawie Las Ramblas i podchmielony zastanawiałem się, czy starzec w ogóle tam był ze mną, czy to tylko moje wyimaginowane, zmaterializowane wątpliwości nabrały realnych kształtów, czy może miasto szeptało mi, czego się obawia."
* Dane o przychodzie Wisły, jako najbogatszym polskim klubie pochodzą z 2004r. Realu z 2005r.
* Tekst o dziesięciostonicowym dokumencie krezusów z grupy G14 z ich "wizją futbolu jutra" - rodzaj manifestu ideologicznego i ich plan działania na najbiższe lata został opublikowany przez włoskie "La Gazzetta dello Sport" i angielski "Guardian". O dokumencie dowiedziano się wskutek przecieku. Uchwalono w grudniu 2005 roku.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)