Gdy zawodnicy Barcelony przechodzili przez strefę mieszaną, w niedzielną już noc, przynajmniej trzech z nich oraz Pep użyli jednego i tego samego słowa, określającego najświeższy triumf nad Realem Madryt.
Odwaga!
Aby przełamać historyczną passę zwycięstw Realu, na ich własnym terenie, po stracie bramki w pierwszej minucie; zwycięstwo rzeczywiście wymagało najwyższych umiejętności powstrzymania strachu oraz nadzwyczajnego zaangażowania.
Obecny Real ma renomę najsilniejszego w swej historii i stawiany jest w jednym rzędzie z Realem Alfredo Di Stéfano, Ferenca Puskasa i Francisco Gento Lópeza. Do sobotniego meczu Real zanotował piętnaście kolejnych zwycięstw, a cała Hiszpania mówiła, że oto nadszedł czas kiedy Real pokona Dumę Katalonii. Mam jednak wrażenie, że porównania do zespołu z lat 50. są jedynie zabiegiem mającym wlać w serca kibiców Los Blancos wiarę oraz odpowiedzią na porównania teraźniejszej Barcelony ze słynnym Dream Teamem. O ile porównania te, w przypadku Barçy są uzasadnione, to w stosunku do Realu nie mają one żadnego – póki co – pokrycia. Pozostają zabiegiem marketingowym, propagandą mającą przykryć lata bez sukcesów, usprawiedliwieniem budowy zespołu kosztem 300 mln euro.
Barça nie słuchała jednak tych wszystkich pokrzykiwań, a Guardiola poprowadził swój zespół na Santiago Bernabéu i pokazał czyje umiejętności są doskonalsze.
Po zakończeniu spotkania, w którym Barcelona udowodniła bez wątpienia swą wyższość, Cesc Fàbregas powiedział: „Przez około 70 minut graliśmy trójką obrońców. Wykonanie tego i wygranie na Bernabéu wiele mówi o tym zespole.”
Moim zdaniem mówi to wszystko: o tym zespole, trenerze i filozofii Barcelony.
Wystarczy sobie wyobrazić szok jaki przeżyli piłkarze tracąc bramkę w 22. sekundzie meczu. Wystarczyło wyobrazić sobie co czuł Victor Valdés, gdy po fatalnym błędzie, rykoszetach, piłka zatrzepotała w siatce, po strzale Karima Benzemy. Ale nikt się nie poddał, nie zmieniono koncepcji gry. Wytrwale realizowano plan, jaki nakreśla myśl szkoleniowa Barcelony.
Guardiola zrezygnował z całkowitej ochrony swej bramki, na śliskim boisku w Madrycie. A Barcelona grała tak, jak zaobserwował to Fábs. Dani Alves przesunął się do przodu, by grać jako skrzydłowy, a Barça powoli, cierpliwie i odważnie poszukiwała swego rytmu.
To prawda, że Ronaldo zmarnował dwie dogodne sytuacje do strzelenia bramek. Pierwszą w 25. minucie, a drugą w 65. minucie. W obu znajdował się w doskonałej sytuacji by pokonać bramkarza Blaugrany. Kolejny raz pokazał, że nie wytrzymuje presji spotkania, porównania z Messim i wzroku całego świata skierowanego na jego pojedynek z rywalem do Złotej Piłki. Człowiek, który strzela dla Madrytu bramki w prawie każdym meczu, łamie kolejne bariery w drużynie Mourinho, był w sobotę poza grą.
Lionel Messi, symbol tak wielu zwycięstw Barcelony, został zmuszony do gry znacznie głębiej niż preferuje, aby dać przewagę w utrzymywaniu piłki. Ale Messi to Messi, i w 30. minucie jego niesamowite przyspieszenie, umiejętności i brawura, pozwoliły na minięcie trzech przeciwników i piękne podanie do Alexisa Sáncheza. Podobnie jak Cesc, Chilijczyk, miał po raz pierwszy okazję grać w ligowym klasyku i grał bardzo dobrze. Dość powiedzieć, że przeciwnicy byli dla niego za wolni, utrzymał nerwy na wodzy, kontrola piłki była perfekcyjna, a strzał mocny i niezwykle precyzyjny. Iker Casillas nie miał nic do powiedzenia, podobnie jak Pepe i Fábio Coentrão, którzy wyglądali w tej akcji jak przewracające się bezładnie kręgle.
To nie brawura odegrała w tej sytuacji główną rolę. Odegrały ją wiara we własne umiejętności i odwaga w podejmowaniu decyzji.
Trzeba się zgodzić z Mourinho, który na pomeczowej konferencji powiedział, że szczęście odegrało ważną rolę. W moim mniemaniu bramka Xaviego z 53. minuty była ostatecznym sygnałem dla Realu, że tego meczu również nie wygrają. Barcelona - od przeszło pół godziny - dominowała na boisku. Szczęście, jakie sprezentował nam Marcelo, miało wpływ na dalszy przebieg tego meczu. Xavi, który rozegrał sześćsetny mecz w Barwach Barcelony, znowu okazał się przywódcą na boisku.
Po meczu mówił: „Najważniejszą rzeczą była współpraca, w której przeważaliśmy, chcieliśmy być odważni. Wiedzieliśmy, że inaczej nie da się wygrać.”
Mimo wyniku 2:1, Real Madryt miał jeszcze swoje szanse. Wspomniany już Ronaldo spudłował w sytuacji, którą pewnie w każdym innym spotkaniu wykorzystałby z zamkniętymi oczami. Chwilę później Messi rozpoczął kontratak, Alves dośrodkował z prawej strony, a Cesc pięknym strzałem wykończył całą akcję.
Pudło Ronaldo było momentem indywidualnej słabości, zaś akcja Barcelony popisem gry zespołowej. Mecz, który miał być momentem zwrotnym dla Realu – w co wierzyli oni sami – stał się lekcją poglądową na czym polega supremacja aktualnych mistrzów Hiszpanii i Europy. Już godzinę po meczu, zawodnicy opuszczali Santiago Bernabéu, aby udać się w podróż do Japonii na Klubowe Mistrzostwa Świata – czyż można sobie wyobrazić lepszy scenariusz dla tamtej nocy?
Ale z tego meczu zapamiętam jedną sytuację, która pozostawiła na murawie odciśnięty herb Barcelony. Znak znakomitości tego zespołu. Iniesta zrobił coś, co odebrało oddech. Pogonił za Samim Khedirą, który świeżo wszedł na boisko, dopadł w połowie do piłki jeszcze przed nim, a gdy ten ciężko oddychał, Andres podbił piłkę nad swym ramieniem i głową Niemca. Khedira jeszcze patrzył w górę gdy piłkarz Barcelony już prowadził piłkę w przeciwnym kierunku.
Był to dowód na to, że Barcelona była na tyle odważna, aby próbować wszelkich zagrań mających na celu zatrzymanie uciekającego pociągu o nazwie Real Madryt. Był to przykład wiary we własne możliwości i przekonanie o słuszności obranej taktyki. Była to akcja, która jest kwintesencją. Któż inny mógłby tak właśnie to wykonać, jak nie Andres Iniesta. Andres, który zagrał znakomity mecz. Sobotniego wieczora to on robił różnicę w Pep Teamie.
Na koniec należy też dodać, że ów mecz odbywał się w relatywnie przyjaznej atmosferze. Nie będę przytaczał wypowiedzi i zachowań zawodników obu drużyn z wiosny i lata tego roku. Piłkarze zachowali się (z jednym wyjątkiem) honorowo, elegancko i mimo twardej gry, nie było chamstwa i aktorstwa. Trenerzy obu ekip uścisnęli sobie dłonie, a sędziowanie stało na dobrym poziomie. Gratulacje należą się również Davidowi Fernándezowi Borbalánowi za umiejętność utrzymania atmosfery zero-tolerancji i użycie kartek w momentach, które absolutnie tego wymagały.
Gran Derbi znowu stały się wspaniałym widowiskiem.
Komentarze (28)