W ciszy stadionu. Cuenca, talent znikąd

Karol Chowański 'Challenger'

8 stycznia 2012, 14:05

66 komentarzy


Po ledwie kilku meczach, Ameryka tonie w zachwytach nad katalońskim czarodziejem. Wyposzczone ciągnącym się od października lokautem igrzyska basketu – zyskały nowego herosa. Ricky Rubio, to o nim mowa, z miejsca podbił zestawienia najlepszych zagrań tygodnia, zyskał uznanie fanów i nawet Shaq O’Neal pajacuje w roli komentatora mniej gdy gra Minnesota, wpatrzony z uznaniem, co też wyczynia z piłką ten dzieciak z jakiegoś małego kraju na „S”.

Isaakiem Cuenką nie zachwyca się ani piłkarska Europa, ani nawet cała Hiszpania. Póki co, wszyscy ciągle googlują, skąd on się do cholery wziął?

Powtórka z rozrywki

Josep Guardiola wyjątkowo lubi ten schemat. Dostrzega kogoś w szkółce, potem zaprasza na treningi z pierwszą drużyną, wreszcie – daje szansę występu. W innych klubach cały proces potrafi trwać parę lat. U Pepa wszystko mierzy się w tygodniach. Cuenca to kolejny z takich przypadków.

Nie ma tu sensu przytaczać znów liczby wszystkich adeptów La Masíi debiutujących za kadencji Guardioli. Znacie te statystyki Wy, nawet lepiej znają je kibice Realu.

La Masía nie przestaje produkować

Cuenca zaczął rok jako gracz trzecioligowy, a skończył w Japonii, w glorii Klubowego Mistrza Świata. Jednak mamy o nim relatywnie cicho, bo sława barcelońskiej cantery jest dziś dawno większa niż jeden piłkarz.

Szkółka Barçy to uznana kuźnia piłkarskich talentów i charakterów od wczesnych lat 90. Jednak wyniki PepTeamu i przebieg karier ostatnich wychowanków wyniosły sławę tego miejsca do poziomu zarezerwowanego dotychczas w stolicy Katalonii dla bazyliki Sagrada Familia i Parku Güell. Oglądanie co tydzień produktów szkółki Barçy w akcji sprawia, że La Masía stała się globalnym synonimem piłkarskiego sukcesu. „Następny zdolny dzieciak wynaleziony przez Guardiolę?” --- żadna sensacja. Powoli trąci to piłkarskim banałem. Klasyka. Oczywistość.

Mimo to, Cuenca jest jaskrawym symbolem zjawiska tyleż oczywistego, co ważnego. Po wypuszczeniu w świat generacji mistrzów świata i Europy, La Masíi nikt przecież nie zamierza zamykać. Messi, Fábs, Piqué, Busquets, Pedro, Bojan, Jeffrén, Thiago – na nich się nie skończy. Jeszcze kilka miesięcy temu wielu uważało inaczej. Błyskawiczny rozwój Cuenki sugeruje, że czas na pobudkę.

Zresztą, skoro już mówimy o canteranos – to moment, moment, jaki Cuenca? Przecież to miał być sezon Thiago. Nie minęły 2 miesiące rozgrywek, a cały splendor „najnowszego brylantu La Masíi” – który słusznie przysługiwał Brazylijczykowi z hiszpańskim paszportem na starcie kampanii 2011/2012 – wziął i poszedł na spacer. Znalazł sobie kolejnego młodego-zdolnego. Tym razem urodzonego nie 20 km od Brindisi, lecz 100 km od Barcelony.

Debiut na ciężkie czasy

Okoliczności sprawiły, że fani też nie mieli kiedy nacieszyć się erupcją talentu Thiago Alcântary. Nie zdążyliśmy się nawzdychać, naochać, namydlić komplementami dziennikarzy ani nakomentować do woli po facebookach i forach. Hałda przedsezonowych oczekiwań względem syna Mazinho spełniła się na naszych oczach mimichodem, „naturalnie” i bez medialnego szumu – ale z dzisiejszej perspektywy to nic dziwnego. Los co chwilę dostarczał culés nowych tematów dnia. I wcale nie zamierzał przestawać.

Przetrzebiony kontuzjami środek obrony Blaugrany miewał mecze słabe. Plaga urazów przeniosła się dalej, gdy ze składu wypadli jednocześnie Adriano i Maxwell. W środku pola Pep też nie mógł narzekać na kłopoty bogactwa, kiedy leczyli się Iniesta i potem Fábregas. Afellay, potencjalna polisa ubezpieczeniowa Pepa na absencje w obu formacjach ofensywnych, zerwał przed sezonem więzadła. Bezwzględna diagnoza: co najmniej 5 miesięcy poza boiskiem. Jakby tego była mało, po błysku w SH i kilku niezłych meczach w lidze, lotem koszącym opadła forma Villi; spośród 5 trafień Asturyjczyka w lidze, tylko jedno nie było dobiciem rywala z łatwej pozycji. Były gracz Valencii grał nadal, bo kontuzja mięśnia dała półtora miesiąca wolnego Sánchezowi. Po analogicznym urazie z października formy szuka do dzisiaj Pedro... Żeby było solidarnie, rytmu na wyjazdach z mozołem szukał cały zespół.

Kłopoty kadrowe drużyny w innych formacjach dawało się jakoś doraźnie łatać, ale atak Barçy z meczu na mecz wyraźnie cierpiał. Trudno wyobrazić sobie mniej sprzyjającą okazję na wprowadzenie do składu „z marszu” w trakcie sezonu nieopierzonego młokosa, zawodnika anonimowego w dniu debiutu nawet dla większości culés. Tym bardziej do formacji ataku, kluczowej dla płynności i efektywności gry Barçy! Przy znakomitej formie Realu, na eksperymenty Pep nie miał ani chwili.

Uciekająca w lidze i imponująca w innych rozgrywkach drużyna Mourinho uczyniła rzeczywistość Barçy bezwzględnie niekomfortową. Od jakiegoś półtora roku mecze Blaugrany nie dzielą się już na ważne i mniej ważne. Wszystkie są ważne. Pep nie miał jednak wyboru. Kłopoty w ataku wymagały interwencji natychmiastowej.

Ryzykowna inwestycja

Słabnąca forma Villi plus równoczesny brak Afellaya, Sáncheza i Pedro w pierwszej połowie października postawiły Barcelonę pod ścianą. Tym bardziej, że Real nie zwalniał tempa, a naturalny kandydat do wzmocnienia kadry pierwszego zespołu, Jonathan Soriano, też był na etapie odzyskiwania formy po ciężkiej kontuzji z lata. W tych okolicznościach Pep nawet nie postawił na czarnego konia, lecz ratlerka wystawił do rywalizacji z najszybszymi z chartów.

„Transfer z Barçy B” – brzmi znajomo, prawda? Tylko poniekąd. Postawienie na Cuenkę było zagraniem va banque. W przypadku Busquetsa i Pedro, trener Barçy był pewny swego. W Barçie Atlétic oglądał ich dokładnie przez cały rok. Nabrał zaufania do talentów obu juniorów dużo wcześniej niż inni – z fanami, dziennikarzami i rywalami włącznie. Wręczając najpierw Busiemu, a potem Pedrito nominacje do pierwszej drużyny, Pep miał łatwiej.

O Piqué i Thiago też można stwierdzić, że zapowiadali się na „inwestycje bezpieczne”. Cuenca to co innego. Zawodnik, który przed chwilą wrócił z wypożyczenia do trzeciej ligi, nie doczekał się silnej marki nawet w Barcelonie B*, no i latem 2012 kończył mu się kontrakt... Nawet mister nie mógł być pewien, czego spodziewać się po skrzydłowym z Reus. I czy podoła presji okoliczności? Zacięta rywalizacja w lidze, walka o prowadzenie w grupie LM i Mundialito na horyzoncie sprawiały, że młokos na udowodnienie swojej przydatności w pierwszym składzie najlepszej drużyny świata miał w październiku tak naprawdę 2, góra 3 mecze. Gdyby zawiódł, Barça miałaby kolosalny problem kadrowy u progu jednego z najważniejszych minicykli sezonu. Ryzykował. I Guardiola, i klub.

Z dzisiejszej perspektywy, wszystkie te wątpliwości brzmią trywialnie. Jak dobrze wiemy, intuicja nie zawiodła Pepa w przypadku Cuenki – tak, jak nie zawiodła przy Piqué, Busquetsie, Pedro, Thiago. Kolejny kamyczek do ogródka, jak inteligentnym, wizjonerskim trenerem jest Guardiola.

Nie ma Villi, nie ma problemu

W niedawnym błyskotliwym tekście pisanym z typowymi dla siebie pasją i zaangażowaniem, mój redakcyjny kolega IceMan przypominał Wam, że zasług Davida Villi dla Barçy nie godzi się zapominać w sezonie słabszej formy „7” Blaugrany. Tym bardziej po tak przykrej kontuzji – wynikającej zresztą z bezwzględnego oddania drużynie; odniesionej w akcji, w której większość napastników formatu „El Guaje” dawno odpuściłaby wychodzącą na bramkowy aut piłkę.

Na najtrudniejszym etapie kariery na Camp Nou, nikt z fanów nie powinien wątpić w Asturyjczyka, odrodzenie jego formy po powrocie do zdrowia, ani – nawiązując do hymnu The Reds – zostawiać go „idącego samemu”. Jednak niezależnie od dramatu piłkarza, rewersem każdej długotrwałej kontuzji ważnego członka składu jest przyszłość drużyny. Celowo piszę „przyszłość”, bo słowo „interes” brzmi tu brzydko – pomimo tego, że oddaje lepiej to, co mam na myśli. I tak, przyszłość Barçy rysowała się po półfinałowym starciu w KMŚ w najczarniejszych możliwych barwach. Zespół traci podstawowego napastnika na pół roku, Afellay nie wróci z tego powodu szybciej do zdrowia, a wiek Soriano (rocznik 1985) zawsze każe traktować kandydaturę króla strzelców Segunda B z pewnym dystansem.

Złamana noga Villi oznaczała dla Isaaka Cuenki dar od losu. Kolejny, po nominacji na przedsezonowe tournée. Ambitny chłopak zamierzał to wykorzystać, jak tylko mógł.

Nie ma Villi – nie ma problemu. Jest Cuenca.

Dzieciak z potencjałem

Nowy „wynalazek” mistera wprowadził się do składu harmonijnie, swobodnie, bez zgrzytów ni wpadek. Rzadko okazywał tremę i niepewność debiutanta. Nawet gdy jakieś zagranie mu nie wyszło – nie zrażał się i dalej robił swoje. Szczególnie w pierwszych występach grał zachowawczo, ostrożnie, bezpiecznie. Nie unikał błędów, ale zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności. Fajerwerki postanowił zachować na później.

Co warte podkreślenia, Isaac w lot pojął taktykę Pepa. Być może dlatego z nowymi kolegami z drużyny zgrał się szybciej niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Są nimi jedni z najlepszych piłkarzy świata, ale gdy wybrzmi pierwszy gwizdek sędziego, na chłopaku z Reus nie robi to już wrażenia.

W grze nowego odkrycia Guardioli widać stały progres, a kolejnymi meczami potwierdza, że ma potencjał. Nie było tak od razu. Pierwsze mecze Isaaka podsumowywaliśmy z wyraźną ulgą: „nie popełnił błędów”. Podobnież katalońskie media, które szanując wrażliwość i powagę sytuacji kadrowej Barçy, wyraźnie wstrzymywały się od pompowania balonika na temat młodego skrzydłowego. Obserwowano i czekano. Minęły dwa miesiące. Przyniosły: bramki, asysty, wiele zachwycających zagrań, trzy znakomite występy (Mallorca, Levante, Viktoria) i 2 wybitne (BATE, L’Hospitalet). Naturalną koleją rzeczy, Barça zyskała kolejnego reprezentanta Hiszpanii – na razie do lat 21. Zainteresowanie Cuenką ze strony Del Bosque nie jest już żadną tajemnicą.

DNA Barçy

Zadomowienie się Cuenki w szatni w tak krótkim czasie musi mieć związek nie tylko z piłkarskimi umiejętnościami, ale także z jego charakterem. Na juniora nikt nie spojrzał krzywym okiem po żadnej pomyłce. Isaac traktowany jest jak swój, otrzymując od partnerów wsparcie na boisku i poza nim.

Podobnie jak w przypadku wielu innych swoich podopiecznych, Guardiola zdążył już poświęcić wychowankowi jedną ze swoich konferencji. Garść komplementów dodających energii i motywujących do dalszego wysiłku. Przed kamerami całego świata i w chwili, gdy potrzebuje ich piłkarz. Było tak z Keitą, Villą, Busquetsem, Pinto, Pedro, Mascherano, Muniesą, Piqué czy Thiago. Po meczu z Levante przyszedł czas na Cuenkę.

„Pod względem urody, Cuenca nie zostanie bożyszczem fanek, ale na boisku potrafi wyczyniać rzeczy, które wprawią Was w zachwyt. Perfekcyjnie wykonuje swoją pracę i nie można mieć mu nic do zarzucenia!” Żartobliwy komentarz spodobał się na całym świecie – kolejny zdolny chłopak, który nie jest żadną gwiazdeczką, tylko koncentruje się na ciężkiej pracy dla zespołu. Mimo to ktoś postanowił skomentować słowa Pepa poddające w wątpliwość atrakcyjność Isaaka dla płci przeciwnej. To Carme Torres, urocza 20-latka z Sabadell, prywatnie dziewczyna Isaaki Cuenki.

„Gdy ponad rok temu zobaczyłam go pierwszy raz w Sabadell, pomyślałam: to chłopak dla mnie”, wspomina z najsłodszym z uśmiechów. „Cenię go takim, jaki jest, wewnątrz i na zewnątrz. Jestem dumna z jego charakteru i zupełnie mi to wystarcza”, w obronie walorów swego ukochanego stanęła w niedawnej rozmowie z Mundo Deportivo z takim samym dystansem, jak znany ze swego humoru trener Barçy. Carme, studentka politologii i sympatyk futbolu, pospieszyła z wyjaśnieniem, że przekaz Pepa był dla niej jak najbardziej czytelny: „Guardiola miał oczywiście na myśli, że to normalny, zwykły chłopak – co mogę w pełni potwierdzić. Isaac nie jest zarozumiały i jestem spokojna, że pomimo tego, co osiągnął, wciąż będzie stał twardo na ziemi. Tak było, gdy go poznałam i wiem, że się nie zmieni.”

Trudno o bardziej wiarygodne potwierdzenie przeczuć Pepa. Osobowość i pokora odgrywają w szatni Barcelony rolę szczególną. Cuenca do tej drużyny pasuje, bo z bardziej znanymi kolegami ma przecież niezwykle ważną cechę wspólną – też jest wychowankiem La Masíi. I to widać.

Piłkarz na lata?

Wystarczy, że jakiś kibic innego klubu nie oglądał FC Barcelony od połowy października i przeciera z niedowierzaniem oczy, zobaczywszy w składzie na kolejny mecz jakiegoś chuderlawego Galla Anonima. Nie potrwa to długo. Cuenca uczy swojego nazwiska fanów każdym swym występem i średnio co trzecim dotknięciem piłki.

Nie ma zatem przypadku w tym, że Rosell za namową Guardioli błyskawicznie zabrał się za przedłużenie kontraktu młodego skrzydłowego. Zainteresowanie ze strony Manchesteru United, Chelsea, Arsenalu i Realu sprawia, że rynkowa wartość piłkarza już wystrzeliła z niecki 100.000 euro, na ile młody skrzydłowy wyceniany był przed sezonem.

Cuenca nie jest zainteresowany wyprowadzką z Camp Nou. Świadomy swoich atutów i miejsca w składzie, odrzucił co prawda pierwszą ofertę Zarządu (podwyżka i przedłużenie umowy do 2014), ale jednocześnie zdążył podkreślić przywiązanie do klubu. „Chcę zostać w Barcelonie i koncentruję się wyłącznie na przedłużeniu tu kontraktu”, zaznaczył w COM Radio. Nie pozostawił wątpliwości, jakie są jego wola i cele.

Na rezultaty rozmów czekajmy bez pośpiechu, negocjacje zostawmy negocjującym. To czas na radość. Całego barcelonismo. Ni z tego, ni z owego, przybył PepTeamowi kolejny brylancik. Piłkarz spokojny, ambitny i pracowity. Co równie ważne, nigdzie się nie wybiera.

Od fanboy'a do kolegi z drużyny

Nie tak dawno temu Isaac Cuenca musiał czyhać pod bramą Ciutat Esportiva na samochody gwiazd Barçy, by zrobić sobie z nimi zdjęcie i wrzucić na facebook. Wspólne ujęcia młodziutkiego Cuenki z Messim, Marquézem, Puyolem, Xavim można łatwo znaleźć w internecie.

Czasy polowania na fotki z idolami już minęły. Dziś są razem w jednej drużynie. Na tę chwilę, efekty wyglądają bardziej niż obiecująco.

* Nim Pep zdecydował o przeniesieniu młodego skrzydłowego do pierwszego składu, Cuenca otrzymał od Eusebio jedynie 279 minut w 6 meczach.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (66)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze